Archiwa tagu: ciąża

Z Felkiem wieczorem

Zdarza się, że Felek ma ochotę nadrobić nasze nadszarpnięte codziennym chaosem relacje i gdy młodsze dzieci już śpią, on siedzi ze mną i spędzamy czas np. na sprawdzaniu jak jest dupa po chińsku. Oczywiście wolałabym wtedy robić co innego, np. piec ciasto, czytać gazetę albo zapisywać się na jakiś ciekawy kurs, ale nie przyszłoby mi do głowy wyszarpywać zdobytych takich trudem resztek mamy jakkie udało mu się upolować dzięki cierpliwości i determinacji.

Rzeczywiście, w natłoku spraw, z jakimi mierzymy się każdego dnia nawet nie udaję, że pamiętam, że on jest wciąż chłopcem, dzieckiem które potrzebuje tulenia żeby żyć. Bobas dostaje co jego bez większych problemów, Lila sama sobie bierze, wskakując na mnie kiedy ma ochotę i nie złażąc nawet gdy wprost ją przepędzam, bo np. chcę w spokoju dać bobasowi opróżnić mleczarnię. Felek jest z tyłu. Niby jest, a jakby go nie było, oczywiście rozmawiamy i robimy różne rzeczy razem, ale tego bezpośredniego kontaktu jest jak na lekarstwo. Smutne to.

To niebywałe, bo gdy był malutki i zaszłam w ciążę z Lilą, największym moim dylematem było to, czy ja w ogóle będę umiała chociaż w połowie pokochać to nowe ludzkie stworzenie tak, jak pierworodnego synka. I faktycznie nie było łatwo……….. To cień na mojej macierzyńskiej historii. Rozdział, który wciąż boli i potrzebuje wyleczenia. Tak jak to, że krótko karmiłam Felka piersią i do dzisiaj tego nie rozumiem. Ostatnio czytałam o ,,breastfeeding grief” i to jest zupełnie to, co czasami dochodzi do głosu w moim wnętrzu. Chociażby właśnie dzisiaj, kiedy Felek leżał z głową na moich kolanach i przyjrzałam się jego niewymownie pięknej twarzy. Ogromne oczy miał zamknięte, przypomniałam sobie, jak to było dawno temu, gdy nikt nie potrafił przejść obok niego obojętnie, tak zwracał uwagę swoją urodą, zamyśloną, wiecznie zatroskaną o losy własne i świata buzią i oczami w których można się było zapaść. Zapomniałam, że on taki. Bo obecnie jest trochę niezdarnym, wchodzącym w nastolatkostwo młodzieńcem, niemal mojego wzrostu i ważącym prawie 40 kilo. Nadal ma serce, którego trochę się boję, bo nie wiem, czy ja takie mam, a niestety pewnie nie.

Chciałabym kiedyś poczuć jak to jest być matką, która nie ma żadnych, najmniejszych nawet wyrzutów sumienia.

 

Pralka

W wakacje jedziemy na 12 dni w oklice Plymouth (południowo- zachodnia Anglia). Jak i rok temu, pakujemy namioty i ruszamy autokarem. Spać będziemy gdzie się da, po plażach i parkach. Jeść odgrzane na ognisku frykasy z marketu. Myć się w publicznych toaletach i morzu po zmroku. Wędrować z plecakami i zatrzymywać się gdzieś, bo ładnie. I pewnie znowu dzieciarnia cały rok będzie przeżywać i wspominać, a my razem z nimi.

Rok temu ruszyliśmy dzień po zrobieniu Guciutkowego testu ciążowego. Wszyscy w euforii, że jesteśmy w piątkę. Dzieci cieszyły się, że dzidziuś taki mały, a już kąpał się w morzu i wspinał po skałach. Ja walczyłam z jadłowstrętem, pochłaniając pizzę i zupki chińskie ze szpinakiem. Nie da się czegoś takiego zapomnieć.

W tym roku elementem dodatkowym będzie pięciomiesięczniak w nosidle. Nie wiem, czy nie za bardzo szarżujemy, ale z drugiej strony, jak nie teraz żyć, to kiedy? Martwiłam się jedynie, jak my się ogarniemy z praniem, bo choćby te pieluchy nieszczęsne co jakiś czas. Napisałam więc do 10 osób na couchsurfingu. Nikt długi czas nie odpisywał. Dziś patrzę- JEST. Odpowiedź pewnej starszej pani, która jak najbardziej zaprasza nas na zrobienie sobie prania i wzięcie prysznica, gdy będziemy tego potrzebować. O mój Boże, jak strasznie uradowała mnie ta wiadomość!!! Napełniła siłą!!! Mam ochotę piszczeć ze szczęścia! Nie chcemy u tej pani nocować, a jedynie skorzystać trochę z cywilizacji. Pralka jest dla mnie symbolem uzależnienia :)

Tak czy owak, nie mogę się doczekać wyjazdu i wiem, że będzie cudownie. Niesamowite, ile jest na tej Ziemi miejsc wartych zobaczenia, ilu ludzi o wielkich sercach, których trzeba tylko znaleźć, a oni zaoferują każdą pomoc. Wierzyć w to i ruszać w świat- a wtedy nawet pranie pieluch nie będzie straszne :)

 

O czym tu napisać?

Pomyślałam, że warto byłoby napisać, jak nam się wiedzie. Ale wszystko wydaje się tak oczywiście normalnie zwykłe że mam problem z wyborem tematu na wpis. Czy wartym wspomnienia wydaje się fakt, że Gucio przez 3 tygodnie życia przybrał na wadze ponad 1100 gramów? Tucznik nie daje mleczarni wytchnienia. Karmię go według jego potrzeb które są niezmierzone. A każdego wieczora jest wizualnie większy niż był o poranku.

Codziennie wychodzimy albo jedziemy na wycieczkę. Wróciliśmy na homeschoolingowe playgrupy. Starsze dzieci przyjęły to z wyraźną ochotą. Mamy trochę więcej do noszenia w plecaku bo póki co Guciutek nosi pieluszki i nie wydaje mi się, że szybko z nich zrezygnuję. Jak na razie 100 % wielorazówki- podarowane jednorazówki leżą smętnie w szafce. System prania i nakładania poszczególnych warstw na małą słodką pupeczkę powoli zbliża się do absolutnej perfekcji.

Dwa razy się z nim kąpałam i było to cudowne przeżycie. Jakbym znowu miała go w brzuchu albo rodziła. Ciepłe, małe zrelaksowane ciałko przylegające ciasno do mojego, dającego całe to tucznikowe życie. Guciutek zadowolony. Kąpiele wyniknęły z mojej potrzeby (ja chciałam się umyć a nie było co zrobić z dzieckiem!!!) bo maleńki jak był krystalicznie czysty, tak jest nadal.

W ciągu dnia właściwie nigdy nie jest odkładany. Spędza czas w chuście i na rękach. Czasami płacze, ale nie przeszkadza nam to, nie burzy nam spokoju i pewności, że wszystko jest jak ma być, dokładniena swoim miejscu.