Archiwa tagu: dieta dziecięca

Po pół roku…

Jutro minie pół roku od dnia w którym Gucisko zdecydowało się przyjść na ten świat. Nadal wspominam jego poród z rozmarzeniem a wspomnienie to napełnia mnie poczuciem mocy i wiary w siebie… Mogę wszystko i jestem silna- nie wiem, czy cokolwiek będzie kiedyś w stanie zmienić tę moją samoocenę… To uczucie, kiedy widzisz swoje dziecko, świeżo urodzone i podnosisz je sama…. Nie ma nic bardziej BARDZIEJ! Przynajmniej ja nic BARDZIEJ nie doświadczyłam w moim życiu. Minęło pół roku a ja wciąż w tym jestem.

O Guciutku- jest normalnym niemowlakiem w swojej grupie wiekowej. Czyli być może zaczyna ząbkować, co objawia się awanturowaniem po nocach, niepokojem, trudnością w zasypianiu. Z reguły pogodny, ale zdecydowany w swoich dążeniach. Śmieje się radośnie pod wpływem ambitnych żartów typu ,,kto jest moje bobo, bobo, bobobobobo?”. Posadzony siedzi stabilnie chociaż sam nie wykazuje najmniejszej ochoty na żadne akrobacje. Umie się przewrócić na brzuszek, ale tego nie robi. Od miesiąca natomiast dziczeje jak tylko w jego pobliżu znajdzie się coś jadalnego albo w jego mniemaniu jadalnego. Z tego powodu nie udało nam się utrzymać wyłącznego karmienia piersią przez pierwsze sześć miesięcy życia ;) Bo już mając pięć zdarzało mu się ukraść to i owo a teraz kradnie regularnie i smakował już owoce, warzywa, ryż, makaron, chleb i mnóstwo innych rzeczy. Nie przyrządzam nic specjalnie dla niego i sama mu nie podaję, ale w granicach racjonalności pozwalam na częstowanie się z mojego talerza. Gdy mam ochotę na coś czego definitywnie on nie powinien próbować, czekam aż zaśnie :)

Pieluszki poszły już w odstawkę i nie używamy ich w nocy ani w dzień. Ogromny postęp dokonał się na naszych wakacjach, podczas których przez całe 12 dni nie zakładałam mu pieluszki od rana do wieczora żeby potem nie trzeba było ich prać gdyby coś tam zdarzyło się Guciutkowi  popuścić. Przyznam, że zużyłam na naszym dzikim campingu cztery pampersy…. Lało jak z cebra, nie było jak prać, suszyć ani wysadzać dziecko przed namiot… Miałam jednorazówki ze sobą w razie emergency i to emergency pojawiło się właśnie raz w środku lasu pewnej nocy. Ale cztery przez pół roku to nie znowu aż taka tragedia ;) A teraz budzi się na sikanie w nocy, stęka (lub się drze- przez to nocki ostatnio bywają delikatnie mówiąc długie), sika i idzie dalej spać, czasami okrasi sobie sikanie mlekiem z cycusia :) W każdym razie nie musimy już używać pieluszek w nocy!

Gdy czasami mówię o tym, że owszem… Nie mamy wózka, nie odciągam mleka, mały nigdy nie mia butelki w ustach a teraz jeszcze przestaliśmy używać pieluch… To patrzą na mnie jak na dwugłowego szympansa albinosa w ZOO… Ja jednak czuję się dobrze z naszymi wyborami. W końcu, przy trzecim dziecku czuję sie FAIR wobec środowiska, wobec dziecka, wobec siebie. Nie mam absolutnie żadnych problemów z jego zdrowiem, wątpliwości co do jego rozwoju, wagi, zachowania. Jeśi będę miała jeszcze kiedyś kolejne dziecko (żyję nadzieją, że nie nastąpi to w ciągu najbliższych 5-6 lat!!!) wszystko zrobię dokładnie tak samo, jak z Guciem- ale wysadzanie zacznę od urodzenia a nie 4 tygodnia życia :)

Jest jedna sprawa, która zapewne skończy się zabiegiem w szpitalu, niegroźna (póki co) kwestia anatomiczna, która być może przeszkadzałaby mu w przyszłości, więc jesteśmy zdecydowani na leczenie tzw. konwencjonalne. Raz w życiu był u lekarza bo poszłam poinformować o tym, że nie będziemy go szczepić i rutynowe badanie wykazało konieczność podjęcia dalszych kroków. Myślę, że przy całej reszcie szybko dojdzie po tym do siebie a my razem z nim.

Oczywiście nie jest tak, że wszystko jest nieskazitelnie idealne, jestem zmęczona i czasami nawet bardzo, zdarza się, że nie mam czasu ugotować, o sprzątaniu nie wspomnę bo na to z reguły nie starcza mi siły! A tę wolę oszczędzać na kolejną noc albo całodzienną wyprawę z trójką dzieci i plecakiem. Fantastyczne jest to, że Marcin pracuje tylko 3 dni w tygodniu, inaczej byłoby zapewne trudniej. A tak jakoś ciągniemy :) 

Rozwijamy się także zawodowo, rozkręca nam się biznes kapsułkowania łożysk (ja naganiam klientki a Marcinek kapsułkuje bo ma wymagane certyfikaty) a niebawem idę uczyć się na temat tradycyjnej pierwotnej wiedzy o ‚preconception medicine’ z Ameryki Południowej. Oczywiście z Guciutkiem na podorędziu.

Nigdy nie czułam tak bardzo że posuwamy się do przodu :) I pamiętam o tym, że małe kroczki są OK.

 

 

 

 

 

Krótko o podziwie…

Podziwiam zorganizowanie niektórych matek…. Na homeschoolingowy piknik zawsze mają homemadowe żarcie w kolorowych pudełeczkach. Wszystkie ich jaglane klopski są tego samego kształtu i rozmiaru. To jest takie piękne, że zapiera dech.

Chciałabym chociaż raz, położywszy dzieci spać wieczorem, znaleźć w sobie samozaparcie żeby zamiast siedzieć na fejsie zrobić jedzenie na następny dzień. Uklepać tych klopsów i je mieć. A nie czekać na poranek, kiedy każdy coś i znowu jedyne na co mnie będzie stać to ,,kupić coś po drodze”, coś, czyli bułki i ser.

Dzisiaj miałam na pikniku własne placki. Udało się! Ale kosztem starszaków cały ranek okupujących laptopa i Guciutka zamulającego w chuście, narażonego na pryskający z patelni tłuszcz. Słoik dżemu, ciastka i 2 jabłka które ja sama zjadłam potem. Jedzenie na cały dzień. Aż wstyd pisać o tym publicznie!

Teraz zamiast pisać powinnam stać i pichcić.

Ale mi się nie chce.

 

Lila myje naczynia

Ci, co mnie znają, wiedzą, że nie jestem pedantką. Owszem, lubię ładne wnętrza, ale tylko lubię- nie uważam, że są warte każdej ceny, a na pewno nie relacji z najbliższymi. Nie użalam się nad sobą, gdy decyduję się na porządki, nie poświęcam czasu dla rodziny dla pucowania i mycie tego czy tamtego. To oczywiście skutkuje tym, że bałagan ,,robi się” momentami niedorzeczny, trudny do zniesienia, ale wiadomo, że on nigdy nie robi się sam, tylko powstaje na skutek aktywności dzieci. Normalnej aktywności dzieci, czyli zabawy, nauki, życia. No bo to jest właśnie życie i nie zamierzam z tym walczyć. Nigdy.

Gdy niekiedy czuję potrzebę ogarnięcia, np. przed przyjazdem gości czy po prostu, żeby nic nie wyrosło na środku salonu, zawsze informuję dzieci dlaczego i po co tak się robi, tłumaczę im czynności, ZAWSZE pozwalam na ,,pomaganie”, nawet jeśli wiem, że tak, jak np. w przypadku mycia okien może to przynieść efekt raczej przeciwny do zamierzonego… Ale nie poddaję się. Wierzę, że kilkulatek umyje okno beznadziejnie 15 razy ale widzi rezultat, widzi też rezultat gdy robię to ja (powiedzmy że nieco bardziej zamierzony…) i zacznie się zastanawiać, co może robić lepiej. I za 16-tym razem już umyje dobrze, porządnie. Tak jak Lila ostatnio.

Nigdy nie obarczam ich poczuciem winy, że to, czym się zajmują, generuje syf. Jeśli syf ma szansę stać się przytłaczający, proszę o kontynuowanie zabawy w ogródku. Po to go mamy.

A dzisiaj wróciłyśmy z Lilą z basenu do pustego mieszkania. Miałyśmy za sobą dość długą trasę pod górkę więc gdy dotarłyśmy, ja musiałam odsapnąć. Lila powiedziała, że ona umyje naczynia a ja mam wypić sobie kawkę. Sama z siebie. Ani słowem nie jęknęłam na temat straszącej góry naczyń. Ona je sama zauważyła i postanowiła się z nimi rozprawić.

I myje, już ponad 15 minut co jak na nią jest hiper długo. Gdy tam zajrzałam, zobaczyłam, że używa tylko lodowatej wody a jej łapki zrobiły się czerwone. Pokazałam jej zatem że łatwiej robić to z użyciem wody ciepłej i na tym moja rola się zakończyła. W takich chwilach kocham być mamą i czuję autentyczny sens tego wszystkiego. Prostotę, logikę. Konsekwencję.

Odsapnęłam, więc idę robią kotleciki jaglane. Lileczka zapewne nie omieszka mi pomóc :) Ukradła właśnie ciastko oreo z szafki (zostało z jaglanego ciasta o smaku oreo, które niedawno, także razem, robiliśmy) na rozruch ale nie mam serca nawet zwrócić na to uwagi. Jest tyle rzeczy które można robić zamiast zwracania uwagi na pierdoły!