Archiwa tagu: dieta dziecięca

Krótko o podziwie…

Podziwiam zorganizowanie niektórych matek…. Na homeschoolingowy piknik zawsze mają homemadowe żarcie w kolorowych pudełeczkach. Wszystkie ich jaglane klopski są tego samego kształtu i rozmiaru. To jest takie piękne, że zapiera dech.

Chciałabym chociaż raz, położywszy dzieci spać wieczorem, znaleźć w sobie samozaparcie żeby zamiast siedzieć na fejsie zrobić jedzenie na następny dzień. Uklepać tych klopsów i je mieć. A nie czekać na poranek, kiedy każdy coś i znowu jedyne na co mnie będzie stać to ,,kupić coś po drodze”, coś, czyli bułki i ser.

Dzisiaj miałam na pikniku własne placki. Udało się! Ale kosztem starszaków cały ranek okupujących laptopa i Guciutka zamulającego w chuście, narażonego na pryskający z patelni tłuszcz. Słoik dżemu, ciastka i 2 jabłka które ja sama zjadłam potem. Jedzenie na cały dzień. Aż wstyd pisać o tym publicznie!

Teraz zamiast pisać powinnam stać i pichcić.

Ale mi się nie chce.

 

Lila myje naczynia

Ci, co mnie znają, wiedzą, że nie jestem pedantką. Owszem, lubię ładne wnętrza, ale tylko lubię- nie uważam, że są warte każdej ceny, a na pewno nie relacji z najbliższymi. Nie użalam się nad sobą, gdy decyduję się na porządki, nie poświęcam czasu dla rodziny dla pucowania i mycie tego czy tamtego. To oczywiście skutkuje tym, że bałagan ,,robi się” momentami niedorzeczny, trudny do zniesienia, ale wiadomo, że on nigdy nie robi się sam, tylko powstaje na skutek aktywności dzieci. Normalnej aktywności dzieci, czyli zabawy, nauki, życia. No bo to jest właśnie życie i nie zamierzam z tym walczyć. Nigdy.

Gdy niekiedy czuję potrzebę ogarnięcia, np. przed przyjazdem gości czy po prostu, żeby nic nie wyrosło na środku salonu, zawsze informuję dzieci dlaczego i po co tak się robi, tłumaczę im czynności, ZAWSZE pozwalam na ,,pomaganie”, nawet jeśli wiem, że tak, jak np. w przypadku mycia okien może to przynieść efekt raczej przeciwny do zamierzonego… Ale nie poddaję się. Wierzę, że kilkulatek umyje okno beznadziejnie 15 razy ale widzi rezultat, widzi też rezultat gdy robię to ja (powiedzmy że nieco bardziej zamierzony…) i zacznie się zastanawiać, co może robić lepiej. I za 16-tym razem już umyje dobrze, porządnie. Tak jak Lila ostatnio.

Nigdy nie obarczam ich poczuciem winy, że to, czym się zajmują, generuje syf. Jeśli syf ma szansę stać się przytłaczający, proszę o kontynuowanie zabawy w ogródku. Po to go mamy.

A dzisiaj wróciłyśmy z Lilą z basenu do pustego mieszkania. Miałyśmy za sobą dość długą trasę pod górkę więc gdy dotarłyśmy, ja musiałam odsapnąć. Lila powiedziała, że ona umyje naczynia a ja mam wypić sobie kawkę. Sama z siebie. Ani słowem nie jęknęłam na temat straszącej góry naczyń. Ona je sama zauważyła i postanowiła się z nimi rozprawić.

I myje, już ponad 15 minut co jak na nią jest hiper długo. Gdy tam zajrzałam, zobaczyłam, że używa tylko lodowatej wody a jej łapki zrobiły się czerwone. Pokazałam jej zatem że łatwiej robić to z użyciem wody ciepłej i na tym moja rola się zakończyła. W takich chwilach kocham być mamą i czuję autentyczny sens tego wszystkiego. Prostotę, logikę. Konsekwencję.

Odsapnęłam, więc idę robią kotleciki jaglane. Lileczka zapewne nie omieszka mi pomóc :) Ukradła właśnie ciastko oreo z szafki (zostało z jaglanego ciasta o smaku oreo, które niedawno, także razem, robiliśmy) na rozruch ale nie mam serca nawet zwrócić na to uwagi. Jest tyle rzeczy które można robić zamiast zwracania uwagi na pierdoły!

 

Felek zgasił światło

Wróciłam dzisiaj z pracy i poczułam, że muszę się na chwilę położyć. Nie miałam siły aranżować sobie specjalnych wygód, zaległam na gołym legowisku Felka, bez przykrycia, z nogami na podłodze. Nie chciało mi się już gasić światła. Przymknęłam oczy z myślą, że to tylko na chwilę, zaraz wszystkie tkanki powrócą na swoje miejsce, a ja wstanę i dalej będę ogarniać co należy.

Dzieciaki szalały w salonie. Na tym etapie już mi jednak nic nie przeszkadzało. Nikogo nie informowałam, że idę spać, bo też nie miałam tego w planach, nie prosiłam o ciszę, ot tak, chciałam 10 minut poświęcić na powrót do przytomności.

W pewnym momencie do sypialni wszedł Felek, myślałam, że pogadać po całym dniu rozłąki, więc nawet pomyślalam, że to dobrze, nie da mi zasnąć i szybciej się spionizuję. A on zgasił światło, przymknął drzwi i wyszedł. Poczułam się cudownie, jakby ktoś położył mi termofor na sercu. Nawet nie chodziło o to zgaszone światło; tak bezwarunkowo piękne było dla mnie to, że mój synek zadbał o mnie, pomyślał, jak umilić mamie żywot, sam z siebie, nie oczekując żadnej wdzięczności. Chociaż kontakt z nim to ostatnio miód z malinami, nie spodziewałam się po nim takiej bezrefleksyjnej wręcz empatii. W pamięci mam wciąż moją drugą ciążę i początki podwójnego macierzyństwa, kiedy miałam niekiedy wrażenie, że moje starsze dziecko spędza dnie i noce na zastanawianiu się, jak jeszcze utrudnić mi życie. Celowe budzenie siostry gdy tylko zamknęła oczy po trzygodzinnym ryku zajmowało jedno z czołowych miejsc na liście jego ulubionych aktywności, a przynajmniej tak to wyglądało. Był to ciężki czas. Dla nas wszystkich. Na kilka lat wdrukowałam mu łatkę małego socjopaty którą trudno nam było mentalnie oderwać. Musiałam sama zmierzyć się ze swoim podejściem do własnego życia, poczuciem krzywdy, tendencją do obarczania innych odpowiedzialnością. Gdyby wtedy…. Był ktoś, kto byłby przy mnie i uświadomił, że dzieci tak się po prostu zachowują a ja i tak zasługuję na wsparcie, bo dobra ze mnie mama… Kto wie? Może dzisiaj nie byłabym w takim szoku, że moje własne dziecko okazuje mi taką czystą i mądrą miłość?? Ten szok muszę sobie wybaczyć, zrozumieć i żyć z nim w przyjaźni. Te trzy zasady postępowania z własnymi uczuciami pomagają mi w codziennych wirach.

Przy okazji chciałam także poruszyć inny temat, a mianowicie zgrywanie przez matki bohaterki.

Zbyt dobrze wiem, jak to często wygląda: chociaż nogi i głowa odmawiają posłuszeństwa, my wciąż czujemy, że MUSIMY. Zrobić 3 różne obiady (na wypadek gdyby któryś z członków rodziny grymasił), wyprasować wszystkim wszystko (nawet majtki i skarpety -ja akurat nie mam nawet żelazka ale wiem jak to bywa u innych), umyć, posortować, wyprać, wyszorować, zalać, osuszyć, wygotować. Żadnemu z domowników nie pisnąć, że coś boli, że spać się chce, a że w ogóle to mamy to w dupie bo tysiąc razy bardziej wolałybyśmy czytać sobie wywiad z ukochanym muzykiem. OTÓŻ NIE. Mówienie o swoim samopoczuciu i preferencjach jest szalenie ważne wychowawczo. Dla córeczek, bo ucząc je, że jesteśmy niezłomne, zaszczepiamy im taki właśnie model jako właściwy- i one potem same, mając na głowie dzieci, ciążę, męża, pracę, psa i gości prędzej porzygają się z wyczerpania niż przyznają do tego, że czegoś nie zrobiły jak należy. I dalej będą szarżować w tej kuchni, w tym kiblu, w biurze i supermarkecie, bo jeszcze musi być jogurcik z dżemem na kolację dla jednego a naleśnik z miodem dla drugiego. Szit! Nie mam siły latać, mówię o tym szczerze, dzięki czemu obie moje pociechy potrafią obsłużyć się w kuchni (zawsze najpierw próbują mnie do tego użyć ale w przypadku braku sukcesu doskonale sobie radzą). A że trzeba potem po tym posprzątać? Cóż, zrobię to gdy będę w lepszej formie- sama albo ich do tego jakoś tam przymuszę. 

Dla synków- zawsze gdy mój pierworodny się zapomni i prosi o nalanie wody, gdy ja siedzę tak samo jak on, myślę o mojej potencjalnej synowej. I to daje mi siłę do otworzenia buzi i poinformowania że nóżki i rączki to on ma, a i kran nadal znajduje się na swoim miejscu. Niestety napatrzyłam się na sytuacje, gdzie kobieta trzy dni po cesarskim cięciu piekła łososia bo męża akuart naszła ochota- ta sama kobieta, chociaż dopiero co jechała po nieuczynnym mężu jak po łysej kobyle,  kilka lat później skacze nad synkiem jak psiak podtykając mu frykasy, podczas gdy mały zmienia zdanie co 5 minut i wydaje jedynie dyspozycje. To właśnie dziecko widzi, to realizuje, w tym czuje się bezpiecznie.

Z jednej więc strony wiem i czuję, że muszę jakoś przebić się ze swoim głosem. Jestem mamą i kocham moje dzieci nad życie, ale jestem też kobietą w ciąży, coraz mniej mobilną, która stara się trzymać cały ten kram we względnych ryzach. Wbrew pozorom nie jestem fanką dyscypliny i wymagania od dzieci czegoś czego one nie są w stanie mi dać. Ja właściwie nic od nich nie chcę a dostaję tak wiele- wierzę, że to dlatego, że na pewnym etapie przestałam przede wszystkim rygorystycznie traktować samą siebie.