Archiwa tagu: dzieci

Ostatnia noc

Dzisiaj spędzam z dziećmi ostatnią noc w ,,naszym” mieszkaniu na Croydonie.

Potem będziemy się kręcić to tu, to tam, Marcin ogarnie wszelkie sprawy związane z agencją i za 8 dni zmywa się z tego kraju. Jesteśmy w punkcie, że nie wiemy za bardzo co robimy ale wiemy, że cokolwiek to nie jest, przyniesie dobre plony. Na każdy wyraz troski i wsparcia rzucamy się jak pies na ochłap. Jest przy nas okazjonalnie taki jeden dziadek, bezdomny, podróżuje w vanie. Poznaliśmy go wiele lat temu i pomogliśmy mu troszeczkę. Facet zniknął na pięć lat i myśleliśmy, że nie żyje a on zwiedzał świat. Wrócił. Teraz on jest dla nas jak anioł stróż. Sama jego obecność, chociaż momentami wydawałaby się nachalna, działa na mnie niebywale kojąco. W dodatku bardzo nam kibicuje i w naturalny sposób oferuje pomoc za którą mam ochotę płakać z wdzięczności: pohuśta Gutka w ogródku gdy marudzi, odbierze nas ze stacji gdy pada deszcz. Ma też znajomych niedaleko naszej miejscówki. Powiedziałam mu dzisiaj, że chcemy wziąć kozę najszybciej jak się da od razu po przeprowadzce. On jest jak doula… Pomyślał sekundę.

,,Oh, yes, Bernard knows these things”

Bernard to jego kumpel, który tam mieszka. Tam, czyli piętnaście kilometrów od naszej wioski. Ma świnie, kurczaki. To i na temat kozy się zapewne wypowie w sposób konstruktywny. A Kenny, ten ,,nasz dziadek” pojedzie za nami do Hiszpanii już w październiku i pomoże się ogarnąć. Zapozna z Bernardem. Sama świadomość, że ktoś tak bezdennie popiera nasz projekt i chce pomóc w przyziemnych sprawach przynosi mi poczucie niebiańskiego szczęścia… Oczywiście tylko na chwilkę, bo zaraz znowu znajduję coś, czym stresuję się aż do mdłości…

Ostatnia noc. Tu zostałam doulą, tu poznałam setki podobnych pod różnymi względami do siebie ludzi, tu urodziłam trzecie dziecko bez asysty i pokochałam Marysię, jaką jestem. Wiele przez te sześć lat podróżowaliśmy, widzieliśmy, dowiedzieliśmy się, wykorzystaliśmy wiedzę w praktyce i oceniliśmy, co nam jest potrzebne, a co nie. Czujemy się silni.

A jednak… Coś boli.

Jechałam dzisiaj na ostatnią poporodową wizytę i wybrałam jako środek transportu hulajnogę w miejsce autobusu. Chciałam być blisko. Chłonąć. Wybrałam obecność i pozytywny wysiłek. Uważność. Odpowiedzialność. Ostatniego dnia chciałam być aktywnym uczestnikiem życia tutaj. Zmierzyć się z momentem.

Usiadłam na chwilę na ławce przy placu zabaw na którym kiedyś moje dzieci wesoło się bawiły. Pamiętam, że wcześniej Felek naciągnął mnie w czariciaku na komplet plastikowych robotów. To było parę lat temu. Jednego z tych robotów znalazłam ostatnio podczas opróżniania mieszkania. NIc nie czułam wywalając go do śmietnika. Ale dzisiaj poczułam. Poczułam, że południowy Londyn będzie w nas zawsze bo to on nas ukształtował jako rodzinę. Dał silną podstawę i wypuścił dalej. A my idziemy z podniesionymi głowami, chociaż niepewnie. Tak bardzo potrzebujemy teraz potwierdzenia że to co robimy jest dobre…. ważne…. wielkie na swój sposób.

Do pieska czekającego na nas w Andaluzji dołączył dzisiaj kociak.

 

 

Do celu!

Założyłam na oczy klapki i pódę do celu nie rozglądając się na boki żeby mnie nic nie rozproszyło!

Po okresie ponad 10 lat, od kiedy to jestem mamą Felka a następnie Lilianki i Gutka, chociaż popełniłam mnóstwo błędów i kilka zagadnień wciąż pozostaje dla mnie frustrującą tajemnicą, wyciągnęłam kilka wniosków i na ich podstawie podejmuję dalsze decycje. Wiem, że nie ma uniwersalnego przepisu na bycie szczęśliwym rodzicem posiadającym szczęśliwe dzieci, ale definitywnie kilka zasad u nas działa.

1. Dzieci czują się lepiej gdy spędzają czas na dworze, najlepiej na ‚open space’, gdzie nie ma permanentego zagrożenia w postaci przejeżdżających samochodów.

2. Im więcej technologii, tym więcej frustracji i walk. Niestety! Screeny u nas nie przynoszą wielu plusów. Powodują za to mnóstwo spięć.

3. Presja w postaci zakazów, nakazów i szantażu nie daje nic poza stresem i eskalacją napięć. Podobnie z byciem gdziekolwiek ,,na czas”. No poprostu u nas to nie działa! Nie ma u nas czegoś takiego jak pozytywna motywacja, dyscyplina itd. Jakiekolwiek ,,trzeba” skutkuje pogorszeniem nastrojów w całej rodzinie. Oczywiście czasami nie ma wyjścia, gdy np. spieszymy się na lotnisko. Dlatego z reguły wolimy nawet zapłacić więcej i podróżować w ludzkich godzinach! 

4. Natura relaksuje, zwierzaki relaksują, ruch na świeżym powietrzu relaksuje. To są nasze top tips!

5. Inne dzieci to klucz do sukcesu w postaci zadowolenia i dobrego samopoczucia. Punkt 4 w połączeniu z punktem 5 to właściwie prosta recepta na uśmiechy na twarzy :)

6. Stres równa się obniżenie odporności. Relaks równa się podwyższenie odporności. Wiem, że dzieci chorują gdy coś nie gra w ich życiu duchowo emocjonalnym i kwitną gdy w ich życiu jest, jak ja to mówię, miękko :)

Mając na względzie powyższe spostrzeżenia zaopatrujemy się obecnie w rowery i zabukowałam dzisiaj szczeniaczka (do odebrania w październiku w Andaluzji), którego Felek już nazwał PEEP SHTOCK. Lila kłócąc się z Felkiem rozbiła tablet i po krótkim płaczu poszli bawić się na podwórku wesoło i miło tak jak już dawno się nie bawili! Przestudiowaliśmy atrakcje turystyczne w naszej nowej okolicy i hitem będą jaskinie, plaże i wąwozy. Już sprawdzamy gdzie wolno wchodzić z psami :)

 

Nowe horyzonty

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku spełni się nasze wieloletnie marzenie i przeniesiemy się na łono natury. Chcę stworzyć reportaż dokumentujący przebieg tego procesu… Wydaje mi się, że będzie to niezmiernie odświeżające i ubogacające doświadczenie. Już jakiś czas temu na jednej z grup dotyczących alternatywnych ścieżek życia znalazłam infomację o angielskojęzycznych doulach i położnych prowadzących szkołę w południowej Hiszpanii i ich corocznym festiwalu… Zapragnęłam tam być. Poczułam sercem strasznie mocno, że to bardzo, bardzo moje.  Jednakże ilość pracy w Londynie jaką mam ostatnio nie pozwoliła nam na dodatkowy wyjazd.

Ale nie poddałam się, to nie w moim stylu. Dodałam się do wszystkich możliwych grup dotyczących tamtego regionu, nie zniechęcałam się, że połowa postów była po hiszpańsku. Połowa po angielsku, czyż to nie cudowne?

Pewnego dnia jak zwykle wracałam z pracy pociągiem i scrollowałam fejsa. Nagle moim oczom ukazało się ogłoszenie kobiety, która szukała kogoś do opieki nad 2 końmi na jej ogromnym terenie w południowej Hiszpanii. Że możemy z ziemii korzystać jakby była nasza, nie ma tam zbyt wiele wygód ale jest potencjał pod wieloma względami. Napisałam jej po prostu, że to będziemy my. Gdy zaczęłam z nią pisać, cała się trzęsłam. Wyobraźcie sobie, co czułam, gdy okazało się, że mieszka obecnie w mieście niedaleko Londynu.

Spotkaliśmy się dzisiaj z nią i omówiliśmy wszelkie niezbędne szczegóły. Została podjęta decyzja, że Marcin pojedzie tam w październiku a my dołączymy po 2, 3 tygodniach gdy on przygotuje nam nieco przestrzeń do życia. Wyszliśmy z tego pubu a ja czułam spokój. Czyli to już. Dzieje się. Będzie pies, rower i jeszcze koń. Znaczy się dwa. Ja większość dzieciństwa jeździłam konno.

No i jeszcze te położne- doule piętnaście kilometrów dalej.

Planujemy spędzić tam minimum pół roku z nadzieją, że raczej dłużej. Następne moje marzenie to napisanie książki o tym, jak można żyć pięknie gdy wie się, że wszystko jest w nas. Patrzę na moje dzieci. Na przykład Guciutek dzisiaj znowu doprowadził mnie do łez wzruszenia. Na deptaku facet zarabiał pieniądze dmuchaniem przeolbrzymich baniek mydlanych. Miały po kilka metrów średnicy i dla malutkiego Guciutka mogły wyglądać nieco przerażająco gdy tak miotały się w powietrzu. W chwili gdy jedna z nich leciała w naszym kierunku, małe uczepiło się rączką mojej spódnicy. Spojrzałam na jego twarz a ona wyrażała najgłębszą radość, zachwyt i pełne pozytywnego napięcia oczekiwanie. Jednocześnie rączusia na wszelki wypadek szukała bliskości, bo przecież niewiadomo co też taka wielka bańka wymyśli. To było tak wspaniałe. Miłość i strach. Jedno zawsze musi wygrać. Pisałam o tym ostatnio. I o tym, że nie chcemy by wygrywało to drugie, jak również nie chcemy żeby wygrywało w dzieciach. Ale one to… mają w sobie. Nie tłamsić tego to wystarczający ,,styl” w rodzicielstwie. Ja nie potrzebuję żadnego innego.

Lila szaleje a Feliks przyjął z godnością wieść o nadchodzących zmianach. Tacy są i uwielbiam oboje nieprzytomnie. Są doskonali i nie trzeba ich zmieniać. Wszystko co robię ma na celu utwierdzenie ich w tej pewności.