Archiwa tagu: dzieciństwo

Po wakacjach

Wróciliśmy dzisiaj z ośmiodniowego pobytu w Swanage, małego miasteczka na południu Anglii, leżącego nadmorzem wśród klifów. Było cudownie i sama nie wiem, dlaczego najbardziej. Nie odpoczęłam, nie widzieliśmy żadnych spektakularnych dzieł sztuki Matki Natury ani powalających na kolana zabytków; pogoda była ładna ale wiało strasznie więc w zasadzie to też nie to. Byliśmy natomiast maksymalnie wyluzowani w każdej sprawie, pozwalając dzieciakom grać po nocach (chodziły z tatą) na automatach i objadać się czipsami. Gucio chyba ostatecznie się odpieluchowal (czy to jest odpowiednie slowo, biorąc pod uwage fakt, ze tak czy siak nosi pieluchę maksymalnie kilka godzin na dobę?) bo nawet w nocy kazał się nosić do kibelka (to jego gromkie ,,mamo,sikuuu!!!”) i zaczął budować pierwsze zdania. Wszystko płynęło i pomyślałam sobie, że jeśli się tylko na to życiu pozwoli, to zabierze cię tam, gdzie chcesz być.

Pojęłam to. Chcę być tam, gdzie nie użeram się z poczuciem winy, nie interesuje mnie cudze zdanie na temat tego, co robię, szczególnie jeśli czuję, że to służy jakiejś głębszej sprawie. Dużo się obecnie mówi o wartościach rodzinnych, potrzebie odwrócenia się od materializmu, rozwoju duchowości. Ale ilu ludzi faktycznie stara się te rozmaite ,,ideały” wprowadzić w życie? Mówią o wolności, a nie można się z nimi spotkać, bo albo hamuje ich szkoła, albo praca. Narzekają, że dziecko cały dzień siedzi na telefonie, a sami kupili mu dopiero co najnowszy model. Potrafią godzinami narzekać na nauczycielki swojego malucha a na sugestię o edukacji domowej reagują jak diabeł na święconą wodę. Czytamy u zwiększającej się liczbie rozwodów, samobójstw, przypadków depresji u dzieci. To nie są statstyki gdzieś tam w gazecie. To my,ludzie, społeczeństwo, tak, ja , ty, jesteśmy tego wszystkiego częścią i mamy realny wpływ na to, co się z nami stanie, jakie szanse będą miały nasze dzieci.

Patrząc na całą naszą trójkę, która z nami rozmawia, przytula się, śmieje i dobrze bawi bez względu na okoliczności, na zupełny brak spięć między nimi, na ich nieokrzesaną kreatywność i miłość do świata z którego pragną  wycisnąć ile się da, wiem, że jesteśmy na dobrej drodze. Oni nie uciekają przed rzeczywistością a ludzie nie jawią im się jako zagrożenie, nie mają potrzeby rywalizacji ani posiadania przedmiotów. Im ZAWSZE I WSZĘDZIE się podoba i to jest zachwycające. Jestem szczerze zachwycona moimi dziećmi.

Bird Watch

Uczestniczyłam dzisiaj w nietypowym wydarzeniu. Otóż zapisałam się do grupy obserwacji ptaków i dzisiaj po raz pierwszy wzięłam udział w dwugodzinnym spacerze, podczas którego spora ilość osób podążała za znawcą przyrody, który o każdym napotkanym ptaku, liściu, motylu i grzybie snuł jakieś wywody. Całość była tak odprężająca i skłaniająca do refleksji że musiałam o tym napisać.

Jako dziecko uwielbiałam przyrodę, prowadziłam dzienniki, miałam  mnóstwo książek o polskich gatunkach flory i fauny, potrafiłam spędzać GODZINY na samotnym odkrywaniu, oznaczaniu i rysowaniu trawek, piórek, rybek, żabek, ważek. Gdy trafiło się coś większego kalibru, typu piżmak, spać po nocach nie mogłam. Usiłuję zarazić tą pasją moje dzieci, ale chyba jeszcze za małe, bo póki co nauczyły się nazwy jednego drzewa i teraz wszystkie witają z radosnym okrzykiem: ,,O! Wiezba płacąca!”

Dzisiaj na tym spacerku, gdy W KOŃCU nikt ode mnie nikt nie chciał, nie piszczał, nie kwiczał, nie gubił się i nie głodował ani nie umierał z pragnienia (Marcinek latał z dzieciakami nieopodal, ale nie brali udziału w Bird Watch), poczułam się wyjątkowo. Przypomniałam sobie, jak bardzo kiedyś po prostu lubiłam snuć się po parku czy lesie i wypatrywać ptaków. Potem szkoła, studia, prace, dzieci oddaliły mnie od tego. Ale w sercu uwielbiam. Czułam się tam na prawdę dobrze.

Zmierzam do tego, że warto czasami przypomnieć sobie, kim było się dwadzieścia, trzydzieści czy więcej lat temu. Łatwiej wtedy o sympatię do samego siebie ale także o wyrozumiałość dla innych, szczególnie tych małych. Z rozczuleniem myślę, że przed nimi cała historia i teraz, właśnie teraz, jest ten decydujący czas, który w znacznym stopniu determinuje dalsze koleje losu tych istot. Czy będą lubić ptaszki, spacery, czy coś innego- nieważne. Ważne by nie zagubili siebie w ferworze frenetycznej gonitwy za wyimaginowaną dorosłością.

Kilkulatki pod ostrzałem

Przyznaję się: czasami czytam o tym, co dzieje się w Polsce. Nie za często, bo nie obchodzi mnie to zupełnie, ale czasami ktoś z bliskich znajomych podlinkuje jakieś wstrząsające wieści albo na lubianym przeze mnie blogu pojawi się to i owo. Obecnie dużo emocji wzbudza obowiązek posłania niebawem już do szkoły sześciolatków. Dla mnie to chore, zważywszy na stan polskich szkół, podejście wielu nauczycieli, ich stopień wyedukowania, itd, itp. Natomiast zaskakujące są argumenty ,,autorytetów”, np. znanej i kochanej przez rzesze pogubionych i drogi poszukujących w tefałenie rodziców, Superniani. Otóż podobno dzieci pragną chodzić do szkoły, czują sie gorsze gdy zostają w przedszkolu, bo nie doświadczają tej społecznej nobilitacji, poza tym brakuje im (tym sześciolatkom zaznaczam) kogoś, kto powie im szczerze w twarz, że są głupi i nielubiani. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak mam się do tego ustosunkować, bo wyadje mi się to absurdalne. Mam ochotę się roześmiać z tych teorii w głos, jednak hamuje mnie świadomość, że tu idzie o rozwój tysięcy maluchów i rozterki rodziców. I tu już do elementu humorystycznego dołącza przerażający, co odbiera ochotę na zabawę za to dodaje takiej na schowanie się w mysiej dziurze.

Ja ostatnio dużo z Felkiem rozmawiam o szkole itd, z racji tego, że we wrześniu spróbujemy go tam wysłać. On nie czuje nobilitacji z tym związanej. Czuje awans, gdy przejedzie rowerem po mostku, po którym dotychczas się bał, albo odróżni gęś od łabędzia, to tak. Wiele razy pytał mnie, dlaczego musi chodzić do przedszkola i wierzcie mi, że po nocach nie spałam, konstruując sensowne odpowiedzi, bo sama nie widzę w tym sensu. W kwestii szkoły jest podobnie, Felek  nie chce być duży, nie chce rosnąć, bo uważa, że teraz nie jest nudno, a jak urośnie to będzie. I że on chce się cały czas bawić a nie chodzić do szkoły. Czuję się niefair, bo absolutnie przyznaję mu rację, a jednak machina rekrutacyjna dla naszego synka już niebawem zostanie poruszona. Wiadomo, że dziecko uczy sie w zasadzie w każdej sekundzie swojego życia, więc ten argument, że ma prawo do nauki a co za tym idzie- obowiązek (w ogóle tę retorykę która miesza prawa z obowiązkami wysłałabym do mocnej poprawki, a niestety posługują się nią te mordy w TV i w internecie bez żadnej, mam wrażenie kontroli kogoś mądrzejszego) chodzenia do szkoły, w której nawet nie dosięgnie do kibla i zlewu żeby umyć ręce uważam za bezzasadny. A robienie z ludzi idiotów za okrutne i szkodliwe bardziej niż tłuszcze trans w margarynie.