Archiwa tagu: dzieciństwo

Bird Watch

Uczestniczyłam dzisiaj w nietypowym wydarzeniu. Otóż zapisałam się do grupy obserwacji ptaków i dzisiaj po raz pierwszy wzięłam udział w dwugodzinnym spacerze, podczas którego spora ilość osób podążała za znawcą przyrody, który o każdym napotkanym ptaku, liściu, motylu i grzybie snuł jakieś wywody. Całość była tak odprężająca i skłaniająca do refleksji że musiałam o tym napisać.

Jako dziecko uwielbiałam przyrodę, prowadziłam dzienniki, miałam  mnóstwo książek o polskich gatunkach flory i fauny, potrafiłam spędzać GODZINY na samotnym odkrywaniu, oznaczaniu i rysowaniu trawek, piórek, rybek, żabek, ważek. Gdy trafiło się coś większego kalibru, typu piżmak, spać po nocach nie mogłam. Usiłuję zarazić tą pasją moje dzieci, ale chyba jeszcze za małe, bo póki co nauczyły się nazwy jednego drzewa i teraz wszystkie witają z radosnym okrzykiem: ,,O! Wiezba płacąca!”

Dzisiaj na tym spacerku, gdy W KOŃCU nikt ode mnie nikt nie chciał, nie piszczał, nie kwiczał, nie gubił się i nie głodował ani nie umierał z pragnienia (Marcinek latał z dzieciakami nieopodal, ale nie brali udziału w Bird Watch), poczułam się wyjątkowo. Przypomniałam sobie, jak bardzo kiedyś po prostu lubiłam snuć się po parku czy lesie i wypatrywać ptaków. Potem szkoła, studia, prace, dzieci oddaliły mnie od tego. Ale w sercu uwielbiam. Czułam się tam na prawdę dobrze.

Zmierzam do tego, że warto czasami przypomnieć sobie, kim było się dwadzieścia, trzydzieści czy więcej lat temu. Łatwiej wtedy o sympatię do samego siebie ale także o wyrozumiałość dla innych, szczególnie tych małych. Z rozczuleniem myślę, że przed nimi cała historia i teraz, właśnie teraz, jest ten decydujący czas, który w znacznym stopniu determinuje dalsze koleje losu tych istot. Czy będą lubić ptaszki, spacery, czy coś innego- nieważne. Ważne by nie zagubili siebie w ferworze frenetycznej gonitwy za wyimaginowaną dorosłością.

Kilkulatki pod ostrzałem

Przyznaję się: czasami czytam o tym, co dzieje się w Polsce. Nie za często, bo nie obchodzi mnie to zupełnie, ale czasami ktoś z bliskich znajomych podlinkuje jakieś wstrząsające wieści albo na lubianym przeze mnie blogu pojawi się to i owo. Obecnie dużo emocji wzbudza obowiązek posłania niebawem już do szkoły sześciolatków. Dla mnie to chore, zważywszy na stan polskich szkół, podejście wielu nauczycieli, ich stopień wyedukowania, itd, itp. Natomiast zaskakujące są argumenty ,,autorytetów”, np. znanej i kochanej przez rzesze pogubionych i drogi poszukujących w tefałenie rodziców, Superniani. Otóż podobno dzieci pragną chodzić do szkoły, czują sie gorsze gdy zostają w przedszkolu, bo nie doświadczają tej społecznej nobilitacji, poza tym brakuje im (tym sześciolatkom zaznaczam) kogoś, kto powie im szczerze w twarz, że są głupi i nielubiani. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak mam się do tego ustosunkować, bo wyadje mi się to absurdalne. Mam ochotę się roześmiać z tych teorii w głos, jednak hamuje mnie świadomość, że tu idzie o rozwój tysięcy maluchów i rozterki rodziców. I tu już do elementu humorystycznego dołącza przerażający, co odbiera ochotę na zabawę za to dodaje takiej na schowanie się w mysiej dziurze.

Ja ostatnio dużo z Felkiem rozmawiam o szkole itd, z racji tego, że we wrześniu spróbujemy go tam wysłać. On nie czuje nobilitacji z tym związanej. Czuje awans, gdy przejedzie rowerem po mostku, po którym dotychczas się bał, albo odróżni gęś od łabędzia, to tak. Wiele razy pytał mnie, dlaczego musi chodzić do przedszkola i wierzcie mi, że po nocach nie spałam, konstruując sensowne odpowiedzi, bo sama nie widzę w tym sensu. W kwestii szkoły jest podobnie, Felek  nie chce być duży, nie chce rosnąć, bo uważa, że teraz nie jest nudno, a jak urośnie to będzie. I że on chce się cały czas bawić a nie chodzić do szkoły. Czuję się niefair, bo absolutnie przyznaję mu rację, a jednak machina rekrutacyjna dla naszego synka już niebawem zostanie poruszona. Wiadomo, że dziecko uczy sie w zasadzie w każdej sekundzie swojego życia, więc ten argument, że ma prawo do nauki a co za tym idzie- obowiązek (w ogóle tę retorykę która miesza prawa z obowiązkami wysłałabym do mocnej poprawki, a niestety posługują się nią te mordy w TV i w internecie bez żadnej, mam wrażenie kontroli kogoś mądrzejszego) chodzenia do szkoły, w której nawet nie dosięgnie do kibla i zlewu żeby umyć ręce uważam za bezzasadny. A robienie z ludzi idiotów za okrutne i szkodliwe bardziej niż tłuszcze trans w margarynie.

Mama czyta

Nareszcie! Moje dziecko (starsze) daje sobie poczytać. Wiem, że to dość późno, zaczął mi na to pozwalać zaledwie niecały miesiąc temu, ale ja i tak jestem dumna i szczęśliwa. Lepiej późno niż wcale! Matka filolog, od najmłodszych lat książki ubóstwia, przeżywając tak silnie wszelkie historie, bajki… Felciowi zaczęłam czytać gdy miał pół roczku. Niechęć. Marudzenie, zamykanie książki. Co jakiś czas ponawiałam próby, im starszy był tym wyraźniej potrafił pokazać, że mam generalnie przestać. Dochodziło nawet do zabierania mi książeczki, chowania jej… Tak, kochał te sztywne książki z obrazkami, ładnie uczył się z nimi słówek, pokazywał na kaczuszki i motorki, ale każde czytanie- snucie fabuły napotykało jego opór. Raz, gdy miał niewiele ponad 2 latka, pozwolił sobie poczytać Pinokia przez 15 minut, tak się podnieciłam, że też na blogu o tym napisałam :) Ale cóż z tego, skoro potem , ilekroć próbowałam, nie chciał. I tyle. Z Lilą podobnie ogólnie, zabiera mi książki, zamyka, więc do niedawna po prostu myślałam, że pewnych genów nie odziedziczyli po matce i już- trzeba z tym żyć :)

A tu synek podczas pobytu w Polsce dostał od koleżanki Helenki na urodziny książkę ,,Leśni Bracia” Weroniki Kurosz. Kilka dni leżała nieużywana, potem usłyszałam, jak dziadek czyta Felkowi nowy nabytek i… byłam w szoku, że Felek jest w tym czasie cicho. Długo to nie trwało, ale zwróciło moją uwagę na książkę. I następnego dnia także synkowi zaproponowałam czytanie. Felek przystał, upewniwszy się, czy jest to aby ta sama książka, jaką czytał mu dziadek. I faktycznie, fabuła przeciekawa, napisana bogatym, ujmującym wręcz w tym bogactwie językiem, akcja wartka, pełna zarówno magii jak i elementów ,,normalnej” rzeczywistości, bohaterowie budzący ogromną sympatię… Sama czytając, zastanawiałam się, co będzie dalej! Fakt, Felek nie rejestrował wszystkiego i co chwila przerywał (zresztą nadal tak robi), zadając pytania o kwestie, o których przed chwilą była mowa w tekście albo o takie, o których mowy nie było i przez to nie mam pojęcia jak odpowiedzieć :)

,,Leśnych Braci” zabrałam oczywiście ze sobą do Anglii i świetnie, bo Felek sam domaga się obecnie czytania. Uciera się powoli rytuał czytania wieczornego, do podusi, często też ma ono miejsce w ciągu dnia, po południu, zwłaszcza gdy Lilcia śpi. Marzę o tym, że kiedyś oni oboje usiądą mi spokojnie na kolanach, zatopimy się wspólnie w ogromnym polarowym pledzie… Będę im czytać, potem będziemy razem o tym rozmawiać. I kurczę, wypijemy sobie kakao ciepłe z kubków! Śmiem nawet wierzyć w to, że kiedyś ono się nie rozleje. Mam dowody na to, że dzieci z biegiem czasu rosną, coraz więcej potrafią i rozumieją, więc… Te marzenia mają szansę się spełnić!