Archiwa tagu: edukacja domowa

Gimnastyka

Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem ogromnych emocji. Pojechaliśmy bowiem na zajęcia próbne z gimnastyki na trampolinach dla dzieci edukowanych w domu. Nikogo nie znając, jadąc w zupełnie nowe miejsce na wieś poza Londyn, czułam dreszcz ekscytacji, jednocześnie wiążąc z wypadem dość mocne nadzieje. Lila od dawna marudziła, że chce chodzić na gimnastykę ale trochę mi zajęło wyszperanie na fejsie grupy która formą zajęć jakoś by mnie przekonała, bo po cichu marzyłam o tym, że i Felek się na to pójdzie. On twardo obstawał przy tym, że na żadną gimnastykę chodzić nie będzie ale ja się nie poddawałam. Gimnastyka na trampolinach brzmiała zachęcająco i z pomocą Marcinka udało mi się zwabić i Felcia na darmowe, niezobowiązujące zajęcia próbne.

Ranek był radosny, ale i trudny, po Felku widać było, że nie spełniam jego aktualnych marzeń wyciągając go z domu, ubranie skarpet go bolało, Lili nastrój się udzielił, nagle ona nie ma stroju sportowego, ubrała dziurawe rajstopy i za duże baletki i gdybym nie wzięła jej do plecaka leginsów, to pewnie kolejny rzut rozpaczy mielibyśmy na sali gimnastycznej……. Ale obyło się bez.

Kiedy tam przyszliśmy wszyscy byli dla nas bardzo mili, zarówno panie uczące dzieci, jak i inne mamy. Nadszedł moment w którym bardziej zaawansowane dziewczynki zaczęły przebierać się w swoje stroje gimnastyczne… Lila wpatrywała się w nie w niemym, nabożnym podziwie jak w Matkę Boską Fatimską… Jej drobnym ciałkiem wstrząsnął dreszcz. Wręcz czułam ten wybuch emocji towarzyszący wyobrażeniu jej samej w takim stroju! Bez szemrania przebrała się w leginsy, którymi godzinę wcześniej tak ostentacyjnie gardziła. Bo kto to widział ćwiczyć GIMNASTYKĘ w starych rajstopach?!

Bez szemrania też ustawili się gęsiego na jeden jedyny sygnał pań trenerek z innymi dziećmi i poszli na górę do sali rozgrzewek. Rodzice zostali w poczekalni wyposażonej z ekrany na których można było obserwować potomstwo biegające, skaczące, przysiadające i usiłujące zrobić szpagat…No, nie wszystkie dzieci usiłowały, niektóre po prostu robiły :)

Po jakimś czasie towarzystwo wróciło i z rumieńcami ruszyło do sali trampolin, gdzie już zaczęła się poważna gimnastyka. Naprawdę byłam pod wrażeniem poziomu tych zajęć, bo zwykle dla dzieci homeschoolingowych wszystko cechuje się wielką dozą luzu. Tu ten luz też był, dzieciaki latały po wodę albo do mam coś powiedzieć, ale w sekundę wracały nie dlatego, że ktoś je wołał, lecz… nie chciały niczego ominąć! Z ufnością poddawały się radom pań trenerek, które pochylały się nad każdym dzieciakiem, traktując je z wielkim profesjonalizmem! Wszystko to widziałam na ekranie i na żywo bo od sali trampolin dzieliły poczekalnię otwarte drzwi zabezpieczone jedynie ‚baby gate’ na wypadek niesforności młodszego znudzonego rodzeństwa któremu nie wolno było tam włazić, ekhm…..

To nie do uwierzenia, ale Felek ani razu nie przyleciał, nawet na mnie nie spojrzał podczas całych zajęć!!!

Kiedy gimnastyka się skończyła, moje dzieci runęły z sali do poczekalni zgrzane, czerwone i tak rozemocjonowane, że trudno mi było ten żywioł ogarnąć. BYŁO SUPER!!!!- darli się oboje. Lila dodała: ,,Było tak super, że się prawie zesrałam!”, czego nie omieszkała przekazać natychmiast tacie przez telefon. Felek (ćwiczył w dresach bo on żadnych innych ubrań nie ubierze od lat) zapytał, czy jego strój był wystarczająco gimnastyczny- myślałam, że zemdleję…

W trakcie drogi do domu oboje przeżywali (Felek na swój sposób, Lila na swój), a po powrocie Lila kazała sobie włączyć na youtubie gimnastykę i ćwiczyła na karimacie. Następnie MUSIAŁAM zamówić jej strój gimnastyczny, co też uczyniłam mało nie przyprawiając biednego dziecka o zawał serca z ekstazy. Rysowała siebie w tym stroju na trampolinach do późnej nocy. Felek natomiast zajął się lego i nie kazał mi zamawiać sobie żadnego stroju, twierdząc, że zależy mu na ćwiczeniach bo były fajne. Na to Lila oburzona, że jej też bardziej na ćwiczeniach zależy ale chce mieć strój żeby w nim ćwiczyć :D No logika…

Jestem dzisiaj bardzo szczęśliwa i pozytywnie nastawiona do życia. Wszystko idzie jakoś tak pięknie i łagodnie. Przedwczoraj byłam przy porodzie, mam dwie Panie, którymi opiekuję się teraz jako doula, zarabiam już naprawdę fajnie a dzieci kwitną. Marcinek opiekuje się bobasem (no i starszakami rzecz jasna) przez całe trzy dni w tygodniu od wczesnego poranka do wieczora i spełnia się w tym niezawodnie…. Nie mógł uwierzyć, że ma już swoje ulubione pieluchy :D A propos pieluch, zakładamy na małą pupę, bo zimno, ale do regularnego użycia wszedł już też zwyczajny nocnik do którego za dnia trafia teraz większość tego, co powinno tam trafiać. A dziecinka 11 miesięcy :) Magia bezpieluchowego chowania przez pierwsze 8 miesięcy życia :) Tak więc… Nic tylko dalej tak samo, do przodu, powolutku, myśleć z radością o każdej szansie, nie bać się chorób ani innych katastrof, głowę podnosić wysoko……… Prosty przepis na to, by każdy dzień ubrać w sens.

 

 

 

 

 

Playgrupa dla bobasów

Pierwszy raz w życiu byłam dzisiaj z bobasem na playgrupie- z nim i tylko z nim- takiej dla bobasów, w salce przy kościele, z zabawkami dla bobasów, przekąskami dla bobasów i w ogóle wszystkim stworzonym, zaplanowanym i ułożonym z myślą o dzieciach do lat 4.

Bobas nadzwyczajnie dobrze się bawił. Miał moją stuprocentową uwagę (a ja jakiś wybuch introwertyzmu, nie podeszłam nawet do dawnej klientki którą wypatrzyłam kątem oka… tak bardzo chciałam tam być TYLKO z Guciem), co zapewne musiało mu się podobać, bo z reguły starszaki dominują przestrzeń, zarówno w domu, jak i na homeschoolingowych spędach. Miał zabawki, których nikt mu nie zabierał, nie to co w domu, gdzie ani kubkiem kawy, ani nawet telefonem spokojnie nie dadzą się ponapawać. Założyłam mu pieluchę bo nie chciało mi się latać z nim do toalety umiejscowionej na końcu długiego korytarza. Pełen luz. Już zapomniałam jak to jest być w otoczeniu samych bobasów. I zapomniałam jak to jest być w otoczeniu 50 matek tą jedyną karmiącą piersią. Kiedyś dawno temu, jak Felek i Lila byli takimi bobasami i mieszkaliśmy w Ashford, strasznie przejmowałam się tym, że nie ma wokół mnie innych gołych cycków niż mój własny… Krępowałam się karmić, próbowałam zrozumieć, chciałam naprawiać świat. Dzisiaj wiem, że ten świat nie potrzebuje naprawiania tylko trzeba trafić w dobre miejsce.

Playgrupa przy kościele to nie jest szczyt marzeń alternatywnego freaka, ale chyba osiągnęłam już taki etap, że mam to totalnie gdzieś i uważam, że warto wyskrobać funciaka, żeby przez 90 minut móc spokojnie obserwować szczęśliwe, suche, niezmarznięte i nieprzygaszone niemowlę, popijając kawę którą ktoś ci zrobi i przegryzając ciastko które ktoś ci poda. A przez kilka lat wydawało mi się, że już moje nogi na żadną ,,zwykłą” playgrupę nie zajdą… Tym bardziej cieszę się, że kolejnej szufladki z korzyścią dla siebie i dziecięcia się pozbyłam. A dziecię mam wyjątkowe pod względem aktywności… Śpi mi w dwóch setach po 20 minut, resztę dnia rozpieprza co się da… Latam z wywieszonym językiem jak pies po zawodach łapania frisbee… Z tym, że moje frisbee waży już pewnie z dychę i nie trzeba go rzucać, bo samo włazi na sufit, taranując przy okazji wszystko co leży mu na drodze. Tylko łapać trzeba a nie zawsze się zdąży. Tym psom jakoś z większą gracją to wychodzi niż mnie….

 

Napewno dam sobie radę!

Lila, jak każde niezmuszane do niczego dziecko weszła naturalnie w etap fascynacji czytaniem. Zupełnie nie interesowało mnie, kiedy to się zacznie i nie wyczekiwałam tego momentu. Nie prosiłam ją o ,,przeczytanie” czegokolwiek ani nie uczyłam literek. Jak o coś pytała, odpowiadałam. Podsłuchiwała jak Felek czytał, czytałam jej to, co chciała i już. A dziś przyłazi mi z elementarzem i tu prostsze frazy czyta praktycznie płynnie bez uprzedzenia :D Czyta lepiej niż Felek, którego jednak ,,uczyliśmy”, my głupole.

Dochodzi do słowa ,,ekierka” i widzę, że zaczyna machać nerwowo nóżką. Na policzki wstępuje rumieniec. Idzie do łazienki. Wraca. Bierze książkę. Do siebie?- Do mnie?- Do książki?- mówi stanowczo: ,,Napewno dam sobie radę!”. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Trochę pomagam. Przeczytała.

Ostatnio robiła jakieś zadanie matematyczne i sprawiło jej trudność. Mimo naszych prób wytłumaczenia, zezłościła się i cisnęła książką o podłogę. My nic, bo w sumie co tu począć, pewnie sobie zasłużyła. Przeleżała tam do następnego dnia (czasami dobrze nie posprzątać bo wtedy pewne zjawiska mają szansę nie umknąć a są godne obserwacji!) i rano Lileczka wstała, wzięła nieszczęsną książkę i dokończyła zadanie.