Archiwa tagu: edukacja domowa

Gutek i potwory

gutekZgodnie z obietnicą zamieszczam pierwszą z cyklu recenzji książek jakie podarowało nam Wydawnictwo RM. Muszę przyznać że już sam prezent sprawił nam potężną radość. Dzieciaki wciąż preferują czytanie po polsku a dostęp do książek w ojczystym języku jest z oczywistych powodów dość ograniczony. Zatem każda okazja do poszerzenia swoich horyzontów i bycia razem nad książkami po polsku jest mówiąc oględnie w cenie!

Książka jest częścią serii z której resztą nie mieliśmy jeszcze okazji się zaznajomić, a szkoda! Cała trójka bowiem uznała przygody Gutka za godne śledzenia. Każde z dzieci odnalazło dla siebie coś godnego uwagi i tak:

1. Guciutek przede wszystkim ekstatycznie reagował na fakt, że książka jest o Gutku. Nie wiem co tam w jego głowie się układało na wieść o tym, że chłopczyk z książki ma na imię tak jak on, ale to, że tak było, plus książkowego Gutka otaczały  śmieszne potworki wystarczało, żeby w miarę spokojnie słuchał, jak mama czytała. Co jest nowością, bo do niedawna po prostu krzyczał, zabierał książkę albo przynosił swoje, ewentualnie sam chciał czytać. No nie dało się czytać starszakom gdy mały był na chodzie. Czyżby Gutek i Potwory to zmieniły? :)

2. Lila od początku wykazywała największe zainteresowanie fabułą książki i kontynuacją jej czytania (Felka zafascynowała dopiero od połowy), przeżywała perypetie i domagała się dalej, dalej, dalej. 

3. Felitek dość przytomnie zauważył na początku, że nie wiadomo o co chodzi. Faktycznie, częste wtręty dotyczące światowej literatury w połączeniu z komiksową formułą sporej części książki czyniły zrozumienie wątku dość utrudnionym zanim stał się on oczywisty.Podobały mu się jednak obrazki oraz, gdy już stała się ona jasna, historia. Oto władze szykują przerobienie parku miejskiego na centrum handlowe. A fe! Wolnościowa dusza Felka doznała oburzenia i przekonania do dalszego czytania. Wiadomo było, że park uratują, ale jakim sposobem? Trzeba było się przekonać!

4. Matka filolożka, czyli ja, miłośniczka książek i czytania dzieciom, czuła się delikatnie przytłoczona nawałem dialogów w formie komiksowej i licznych odniesień do innych książek gdy najmłodsza część słuchaczy skakała jej po brzuchu podczas prób czytania. Jednak uważam, że mieszanka prezentowała się bardzo egzotycznie i interesująco. Ogromny plus za szatę graficzną i rysunki, bo naprawdę przykuwały uwagę młodzieży. No i sama fabuła też godna oklasków, bo ogólnie lubimy wszystko, co pokazuje wartość przyrody, pracy zespołowej, walki z biurokracją i antykonsumpcjonizm nawet jeśli czynione to jest z pomocą pluszowych potworków :)

Dla nas bardzo ciekawe są wszelkie książki gdzie dość intensywnie poruszany jest temat SZKOŁY, prac domowych, nauczycieli itd. Z reguły w książkach dla dzieci dzieci szkoły nie lubią. Jakakolwiek fabuła by nie była, wątek nielubienia szkoły jest żywy i bogaty. My go lubimy bo utwierdza nas w przekonaniu o słuszności tego, jak wygląda nasze życie. Ponadto inspiruje do rodzinnych międzypokoleniowych rozmów o tym, jak było kiedyś… Dzieci lubią pytać czy ja lubiłam kiedyś szkołę oraz słuchać o rozmaitych aspektach tego zagadnienia. Ja lubię opowiadać…

I na tym zakończę rozważania na temat książki ,,Gutek i potwory. Ratujmy park!” gdyż nie chcę za bardzo wybiegać w nasze osobiste doświadczenia związane ze szkołą, jej brakiem i takimi tam :) Może na zachętę do czytania napiszę tylko, że nie możemy doczekać się lektury kolejnej pozycji z prezentowej paczki!

PS. Właśnie przylazł Gustaw i widząc grafikę okładki z Gutkiem na ekranie, krzyknął radośnie: ,,Pats!! Gutek! Lubię tego Gutka!” więc niech to stanie się podsumowaniem tego tesktu :)

 

O odwadze

Muszę przyznać, że nieraz usłyszałam od kogoś, że podziwia mnie za odwagę. Odnosiło się to do rozmaitych kwestii: edukacji domowej, niechodzenia do lekarzy (żadne z dzieci nie było od ponad sześciu lat, z wyjątkiem Guciutkowego zabiegu… żadne przez cały ten okres nie dostało żadnego leku…. kilka razy paracetamol na silny ból głowy Feliksika…. i też jest to droga, przyznać muszę, i to jest temat na osobny wpis), porodu, wyboru ścieżki zawodowej, podróżowania i odwiedzania ,,obcych ludzi”, karmienia piersią dzieciaka w wieku przedszkolnym w każdym możliwym publicznym miejscu, ogolenia głowy na łyso, używania pieluszek wielorazowych, stosownia naturalnej higieny niemowląt, pozwalania dzieciom na łażenie w samorobnych ciuchach i dwóch różnych skarpetach itd, itp. Powody mnożą się każdego dnia!

I czuję się z tymi wyznaniami nieswojo, bo ja naprawdę nie widzę powiązania między tymi wyborami a odwagą. Tymbardziej, że w głębi serca uważam się (i nawet wyznając to, czuję dziwne nieprzyjemne mrowienie) za osobę pełną lęku.

Boję się czegoś bez przerwy.

Boję się chemikaliów, braku kontroli, uwiązania, traum w sobie i w innych, boję się, że moje dzieci ktoś skrzywdzi, boję się uzależnień i zatrutego powietrza, boję się zdewastowanego środowiska naturalnego i braku ciepła między ludźmi. Boję się skutków ubocznych wszechobecności antybiotyków i hormonów, boję się utraty wiary w siebie u moich dzieci jak również tego, że wyrobią sobie odruch obawy przed oceną. Boję się, że któreś z moich dzieci na jakimkolwiek etapie pomyśli, że jest samo i otacza je bezdenna przepaść samotności i braku wsparcia. Boję się ocieplenia klimatu. Boję się depresji, bezradności, bezduszności porodów szpitalnych, bezrefleksyjnej przemocy, dyskryminacji, patriarchatu, usprawiedliwania bestialstw religią, konsumpcjonizmu, marnotrawstwa, ludzi którzy wyładowują złość i urazy na słabszych, niesprawiedliwości, miliarda rzeczy.

Przeczytałam jednak już jakiś czas temu, że życiem każdego człowieka kierują dwa motywatory: miłość i strach. Mając to na względzie, staram się po prostu, by ten strach jaki w sobie mam, nie dominował i równoważę go miłością, gdy tylko mam czas na zrobienie chociaż maleńkiego bilansu. I wtedy podejmowanie decyzji zdaje się jakoś prostsze.

Piękni ludzie, piękny świat

Tytuł tego wpisu nawiązuje do jednej z moich ulubionych piosenek z młodości. EastWest Rockers. To były czasy. Człowiek myślał, że całe życie będzie tylko jeździł z imprezy na imprezę i podróżował pracując od czasu do czasu żeby zarobić na to pieniądze. No, nie wiem, czy człowiek, ale ja tak myślałam :)

I potem coś się stało. Urodził się synek, potem córeczka a świat wydał się nieprzyjaznym miejscem. Nie dlatego, że dzieci przedstawiały sobą jakieś nadzwyczajne problemy, lecz dlatego, że społeczeństwo jakie znamy, to w swoim najbardziej podstawowym mainstreamowym wydaniu nie daje żadnego wsparcia młodym rodzicom (moje dzieci właśnie kwiczą ze śmiechu słuchając audiobooka ,,Dzieci z Bullerbyn” chociaż zaraz wybije północ a ja dopiero co wypełniłam aplikację do zamieszkania w komunie w Kornwalii. Never give up!). Ale rozważania na ten temat, wierzcie mi, obfite, mam już za sobą. Chcę mieć więcej dzieci i w dupie mam co społeczeństwo uważa na ten temat. Bo swoim życiem i dobrostanem mojej rodziny zamierzam kierować w taki sposób aby mi łaska i politowanie społeczeństwa nie były do niczego potrzebne.

Nie tego społeczeństwa na którym chciałam polegać, ale się zawiodłam kilka lat temu.

Niebawem jedziemy do Walii w gościnę do kolejnych poznanych na FB unschoolersów. Troje dzieci, domek na zadupiu, autobus przerobiony na chatę dla gości, rodzice zaangażowani w ruchy alternatywne. Jak nam się spodoba, to wynajmiemy coś w ich okolicy. W czasie jak będziemy tam na miniwakacjach, w ,,naszym” mieszkaniu będzie rodzinka z Francji, mama podróżuje z dziećmi edukowanymi w domu, nie mają kasy a chcą zwiedzić Londyn. Nie znam ich i pewnie nie poznam. Ale pozwalam im spać w swoim łóżku za darmo.

Tego samego miesiąca prawodopodobnie pojedziemy też do wyżej wspomnianej komuny w Kornwalii. Popatrzeć, pogadać, spędzić z tymi ludźmi trochę czasu. Boże święty a kiedy żyć, jak nie teraz, dzieci coraz starsze i jak mamy ich nauczyć ufności i miłości do ludzi jak nie dając się temu porwać w całości, bez reszty i setek ,,ale”.

Wydaje mi się, że świat potrzebuje radykalnych zmian aby jakiś czas jeszcze funkcjonować i że te zmiany muszą nastąpić w naszych głowach i sercach, no nie ma innej opcji. A, jeszcze na Majorkę lecimy. Też do unschoolersów w gościnę. Postanowiliśmy bowiem trzymać ze swoimi. Stworzyć swoje ,,społeczeństwo” które głównie opiera się na wzajemnej trosce, szacunku, podziwie, radości i poczuciu wspólnoty. Tym niesamowitym uczuciu, że jest się częścią czegoś dobrego.