Archiwa tagu: edukacja domowa

Królowa (nie)ogarniania

Ostatnio każdy dzień szedł jak po grudzie. Zaczynał się płaczochaosem i tymże się kończył. Zaczęłam czuć się naprawdę beznadziejnie. W barku rozgościł się ostry ból, niechybna oznaka stresu i presji. Już nie wiedziałam, czy to ząbkowanie czy ja po prostu się nie nadaję. Raz nawet skapitulowałam i dałam niespełna pięciomięsięczniakowi bułkę do żucia :D Natychmiastowe uspokojenie się na 10 minut- kto by nie skorzystał?! Oczywiście wcale się tym nie chwalę i nie namawiam innych do stosowania…. Próbuję jedynie pokazać że było na serio kiepsko.

Ale dni takie jak dzisiejszy dodają mi pewności siebie i nawet radości w życiu (dzięki niej bóle w barku mijają).

Bałam się tego dnia bo oczywiście zaczął się jak każdy ostatnio. Z jedną pozytywną różnicą: starszaki zamiast bezproduktywnie latać i marudzić zadawały różne ambitne pytania, np. skąd się wzięła Ziemia i takie tam. Puściłam im dokument i oglądali uważnie. Ja w tym czasie bez hardkoru położyłam Guciutka na poranną drzemkę. Gdy wróciłam, w ruch poszły książki edukacyjne i mieliśmy ok. 40 minut na ogarnięcie tematu, tego i kilku innych (co kocham w edukacji domowej ale co mnie osłabia momentami, to ta wielotorowość- nie ma dla nas czegoś takiego jak ,,zrealizowanie tematu” bez poruszenia dwudziestu innych). Poczułam że coś sensownego zostało zrobione i w związku z tym dużo lepiej.

Wczesnym popołudniem pojechaliśmy w czwórkę (dzieciaki plus wciąż jeszcze zgarbiona obolała matka) do Gucinej terapeutki (technika Bowena- ma na niego korzystny wpływ, polecam). Jest to dla nas podróż trzyetapowa- dwa pociągi i metro. Na czas ,,masażu” starszaki mają obowiązek grzecznie poczekać w salonie tej pani. Zawsze muszę ich w tym celu jakoś przekupić. Tym razem dostali soczki. Udało się! Nic nie rozpieprzyli i nie włazili do gabinetu! Punkt (kolejny!) dla mnie :D

Od terapeutki do starszakowej nauczycielki angielskiego (w duchu unschoolingu i RB- płacimy babeczce za możliwość bawienia się naszych dzieciaków u niej w domu z jej córeczką, ona ma jedynie do nich gadać co jakiś czas)- metro plus dwa pociągi (napomknę jedynie, że oczywiście co jakiś czas Guciutka trzeba jakoś karmić i wysikiwać). W międzyczasie park. Guciutek zalicza meltdown. Ja razem z nim ale staram się nie pokazać tego po sobie. Guciutek zasypia. Zostawiam dzieciaki na ,,lekcji” i idę na mrożoną kawę… Guciutek się budzi i chce pić moją kawę. E tam, i tak już czas wracania po dzieciaki…

Wracamy do domu (dwa autobusy) i okazuje się że Guciutek (normalne po Bowenie) ma lepszy nastrój. Śmieje się jak głupi na sam widok siostry lub brata. Jest miękki i szczęśliwy. W domu nie zajmuje mi dużo czasu położenie go do spania już na noc. Smażę naleśniki z mąki quinoowej :D Polewam agawą i serwuję z uśmiechem. Starszaki oglądają swoją wieczorną bajkę, po niej epatują pędem do wiedzy. Dzisiaj rządzi średniowiecze (Lila) i fenomen łaciny jako języka literackiego w Polsce (szukamy trenów Kochanowskiego, dzieci chcą bawić się z Orszulką. Słitaśnie). Potem Felek chce ćwiczyć czytanie (ćwiczy mimo zmęczenia 40 minut!!! Sam z siebie!!!), pomagam gdzie trzeba. Jestem spokojna. Zrelaksowana. Bark nie boli.

Po godzinie 22 dzieciaki same decydują się iść do łóżek. Zasypiają. Ja zasiadam do laptopa i jem kolację. Czuję się jak człowiek a nie osioł po tresurze i czyni mnie to niepomiernie szczęśliwą.

Ale i tak się boję następnego dnia bo kto powiedział, że będzie taki jak dzisiejszy? :D

 

 

Zmiana pieluszki

Trafiliśmy dzisiaj trochę przypadkiem na czadowy homeschoolingowy piknik! Zabrałam Felka i Gucia, Lila wolała zostać z tatą w domu. Była to parkowa imprezka pod znakiem wymiany kart lego (dzieciaki wszekich roczników szaleją ostatnio na ich punkcie, kolekcjonują je i wymieniają się) ale nie wiedzieliśmy za bardzo kogo się spodziewać i czy przyjdzie ktokowiek znajomy poza najlepszym przyjacielem Felka. Dylematy towarzyskie nie trwały długo, bowiem niemal od razu zbiegła się ogromna grupa mam (był tam obecny aż jeden tata) z nieprzebranymi czeredami dzieciaków w różnym wieku- normą były trójki i czwórki rodzeństwa! Felek od razu wdrożył się w temat i praktykował angielski w handlu kartami– było to bardzo intensywne!

Jedna z mam poszła w pewnej chwili po kawę zostawiając swoje dzieci- ośmiolatkę, trzylatka i dwuletnie bliźniaki pod kuratelą piknikowej reszty. Oczywiście niewiele czasu minęło i jeden z najmłodszych zaczął rzewnie płakać. Kilka kobiet usiłowało go uspokoić, chciałyśmy iść z nim do mamy, oferowałyśmy picie, jedzenie, wzięcie na ręce, ale to tylko pogłębiało rozpacz. Nagle głos braciszka dotarł do zajętej wymianami starszej siostry. Pewnym krokiem podeszła do malucha i powąchała go. ,,Trzeba mu zmienić pieluchę”- orzekła bez cienia konfudacji. Przypadłyśmy do niej z zamiarem pomocy, ale spojrzała na nas zdziwiona. Sytuacja trwała sekundy- dziewczynka wzięła małego na ręce, położyła na kocyku i zmieniła pieluszkę trzema wprawnymi ruchami… Patrzyłam na to zauroczona, pełna podziwu który również werbalnie wyraziłam, ale dziewczynka zupełnie sobie nic z tego nie zrobiła. Inna, mniejsza, sześcioletnia, zapewniła mnie wówczas, że i ona umie zmienić pieluszkę i często to robi- a jej siostrzyczka ma 17 miesięcy….

Niby nic takiego, co to za problem wziąć i zmienić pieluchę. Żaden. Było jednak coś zachwycającego w tym, jak naturalnie tym dziewczynkom przychodziła REALNA pomoc mamie i opieka nad młodszym rodzeństwem. Coś o czym jedynie czyta się w książkach typu ,,W głębi kontinuum”… I co przywodzi na myśl że ,,szkoda że teraz tak nie jest”… Bo niby dzieci rozpieszczone, zaniedbane rodzinnie, w separacji od młodszego rodzeństwa, uczące się ułamków i ortografii zamiast życia, pozbawione zaufania dorosłych, którzy też za wszelką cenę nie chcą ,,obarczać” potomstwa żadnymi obowiązkami. A one…Te małe dziewczynki… Wyobraziłam je sobie za 20- 30 lat jako mamy, które nie będą patrzeć na swoje noworodki bezradnie, szukajac instrukcji obsługi. O ile kroków dalej są od tych, które przed porodem nigdy nie będą miały okazji zmienić pieluszki? Ja byłam taką mamą… Pierwsza pieluszka jaką zmieniłam, drżącymi rękami oczywiście, należała do mojego synka i zarówno to, jak i wiele podobnych ,,problemów” przytłaczało mnie okrutnie… A przecież to takie nic. Szkoda tylko że nie było przy mnie żadnej sześciolatki na homeschoolingu która by mi mogła wszystko pokazać i wytłumaczyć.

 

 

Niemowlaczek nad miską

Kilka dni temu na playgrupie homeschoolingowej poznałam nową koleżankę, mamę dwójki dzieci. Wychowując to młodsze nie używała pieluszek i rozmowa z nią na ten temat bardzo mnie zainspirowała. Od dawna o tym myślałam, jednak nie znając nikogo z doświadczeniem, nie wiedziałam od czego zacząć a facebookowe fora nie okazywały się pomocne. I w końcu w odpowiednim momencie, kiedy Guciutek skończył miesiąc, na mojej drodze pojawiła się Ljiljana ze swoją opowieścią! Hura!

Do niczego nie byłam namawiana, a jednak postanowiłam spróbować. Po prostu zaczęłam Guciutka trzymać nad miską po każdym spaniu i karmieniu. Za każdym razem robił siusiu albo kupę. Po 2 dniach za dnia przez wiele godzin jego pieluszka była sucha, bo ,,robił” tylko, gdy go wysadzałam. Początkowo nie zakładałam mu pieluszki, ale było to frustrujące, bo stresowałam się za każdym razem gdy zasypiał, że będzie mokry, a po co nam stres? Pieluszkę ma i siusia do niej ALBO NIE. W nocy nie budzi się do karmienia całkowicie, więc nie kombinuję, żeby go nie rozbudzać (chociaż dzisiaj, ze względu na katar, nie spał za dobrze- gdy zdjęłam mu pieluszkę, natychmiast nie czekając na miskę, załatwił się na łóżko…. Czyli czekał aż mu zdejmę majtasy żeby się wypróżnić- bomba!- tylko szczegóły trzeba dopracować :) )

Dzisiaj czwarty dzień miskowania i od rana po karmieniu wszystko ląduje w miseczce :) To prostsze niż się wydawało. Od urodzenia wiem, kiedy chce mu się siusiu, kiedy kupę (w końcu spędzam z nim w bliskim kontakcie fizycznym 24 godziny na dobę), jednak nie miałam odwagi żeby pójść o krok dalej. Jak zwykle okazało się, że minimum wsparcia, życzliwości i cudzej mądrości wystarczył żeby dodać odwagi komuś zielonemu jak ja :)

Pewnie są tacy, co zapytają, po co właściwie wysadzać niemowlę, przecież na każde dziecko przychodzi w końcu czas. Ano… Tak. Tylko gdy ten czas przychodzi, dziecina z reguły już przekonana jest w 1000%, że siusiu i kupę robi się pod siebie (niezbyt korzystne przekonanie) i musi się tego ODUCZAĆ. Mnóstwo napisano na ten temat, jest nawet świetna książeczka po polsku ,,Pożegnanie z pieluszkami” Kingi Cherek, którą przeczytałam dwa razy jeszcze gdy Lila była mała i dzięki niej przestałyśmy używać pieluch za dnia gdy miała 18 miesięcy. Dla mnie bardzo ważny jest aspekt wolności dziecka (widzę, jakie jest szczęśliwe bez pieluchy, chociaż zakładam mu je możliwie najdelikatniej!), ekologii (wiecie ile ton szkodliwych i nieprzetwarzalnych śmieci produkujemy w zachodnim społeczeństwie codziennie używając jednorazówek? głowa boli… ) i zdrowia (chemia z pieluch jednorazowych to ZUO! też nie chce mi się rozpisywać na ten temat, dociekliwi na pewno dociekną). Jednak przede wszystkim chcę żeby Gucio miał świadomość swojego ciała. Kontrolę nad nim. Żeby nikt nigdy nie chciał jej przejąć, nawet nadopiekuńcza mama ;) Bo my matki lepiej wszystko zawsze wiemy- kiedy nasze dziecko jest głodne, kiedy mu zimno, a kiedy chce siku. Ja nie chcę wiedzieć. Chcę żeby wiedział on :)

WIĘC usiłuję kupić malutki nocniczek, który będziemy mogli zabierać ze sobą na wycieczki. Gucia pupcia pozostaje póki co w pieluszce (szmacianej rzecz jasna) bo unikamy stresów. Ale jeśli uda się jej nie zmoczyć chociaż kwadrans dłużej niż wczoraj (a wczoraj sucha była przez prawie 5 godzin bez przerwy!!) to… to nic się nie stanie, będziemy dalej żyć szczęśliwie. A delikatne części ciała mojego synka kwadrans dłużej pozostaną suche i bezpieczne, nieprzegrzane i nienarażone na chłód. Na koniec dodam tylko, że bez smarowania syneczka niczym (z rana niewielką ilością oleju kokosowego w pachwinkach, przyznaję się), absolutnie niczym podczas przewijania, bez używania mokrych chusteczek jego skóra nie była dotychczas nawet zaczerwieniona. Upatruję przyczyny w przewiewności szmacianych pieluszek i tym bardziej je kocham :)