Archiwa tagu: edukacja domowa

Wdzięczność

To niesamowite jak wiele osób okazuje nam serce. Ponad 50 złożyło datek na naszej stronie. Dziesiątki udostępniło link na swoim FB. Dzięki temu udało nam się zebrać całkiem pokaźną sumkę i wierzymy że uda nam się jeszcze trochę ustukać. Póki co jesteśmy w stanie kupić samochód i stworzyć miejsca do spania dla naszej rodziny :) Nie mam słów na to, by opisać moją wdzięczność. To ogromnie dużo! Proszę jednak o dalsze wsparcie żebyśmy mogli od razu przyjmować gości i zacząć budować to, o czym marzymy, bezpieczną przestrzeń dla unschoolersów z całego świata. W dalszej kolejności chciałabym móc organizować off gridową szkołę rodzenia. A właściwie retreaty dla rodzin planujących dzieci bądź oczekujących na poród. Mamy tyle pomysłów… Proszę, proszę o kontrybucję! :)

Przepiękne są też inne formy pomocy jakie oferują nam nasi przyjaciele. Pozwala nam to widzieć jak wiele znaczymy dla ludzi i serce rośnie, oj rośnie… Bo dzięki SERCU Marcin zyska dostęp do tanich aut i darmowego lub ,,po kosztach” przygotowania kupionego pojazdu do długiej drogi. Parę osób zaproponowało że dojedzie do Hiszpanii i fizycznie pomoże jeślli coś trzeba będzie naprawić, zbudować, odnowić (a zapewnie trzeba będzie). Nieocenionym wsparciem będzie też dla nas możliwość nocowania u kogoś (ja plus dzieci) gdy oddamy już mieszkanie, Marcin pojedzie a my będziemy musieli jeszcze z kilka tygodni spędzić w Londynie. I taka możliwość jest. Nie martwię się. Wem, że sobie poradzimy i osiągniemy zamierzone cele. 

Każdego dnia staramy się robić cokolwiek w kierunku jak najgładszego etapu przejścia, nie boję się zadawać głupich pytań na grupach off gridowych ani uczyć hiszpańskiego z youtuba. Już wszystko wiem na temat kosztów internetu na zadupiu i skąd wziąć szczeniaka, realiów homeschoolingu dla obcokrajowców w Hiszpanii i takie tam. Usiłuję dokształcić się w zakresie paneli słonecznych i okazuje się że największe znaczenie dla drążenia tego tematu ma nasze roczne zużycie prądu które znalazłam na rachunku za prąd :D Cóż, fizyka i technika nigdy nie były moimi mocnymi stronami i rosłam w fałszywym przekonaniu że mój mózg tego nie ogarnie nigdy a zresztą po co miałby ogarniać. Ale wyjście ze strefy komfortu nie musi być bolesne! Może być fascynujące. W chwilach słabości myślę sobie, że kurde, sama urodziłam dziecko i żyłam z nim praktycznie bez pieluch, bez kropli sztucznego mleka, bez wózka, bez setek innych pierdół, więc takie dość off gridowe rodzicielstwo wybrałam i okazało się cudowne…. Dlaczego tego podejścia nie przenieść na inne dziedziny życia? Damy radę!

A propos, Na przelicznikowej stronie okazało się, że zużywamy tyle co trzyipółosobowa rodzina…. Więc nie jest źle :)  A tu macie Liliankę na Majorce. Tak sobie myślę, że ten nasz wyjazd to był znak i idealny przedsmak tego, co nas czeka… To wszystko potem po prostu musiało się wydarzyć!

IMG_4278

 

 

TO się dzieje

3 dni temu za namową znajomej i po gruntownych rozmowach z Marcinkiem zdecydowałam się na krok o którym nigdy nie sądziłam że go poczynię…. Miałam wiele oporów. Raz w życiu tylko pożyczyliśmy pieniądze od kogoś, nie braliśmy nigdy kredytów. Chociaż bywały w naszym życiu okresy (nie wiem jakich słów użyć ale zaryzykuję) że ledwo nam wystarczało na jedzenie, szczególnie w Polsce, nigdy nie obarczaliśmy tym innych. No i wiadomo… Tyle tragedii naokoło. A nasze dzieci zdrowe, my też. Ale przełamałam się. Założyłam dla naszej sprawy profil na stronie crowdfundigowej, tzw. zrzutkowej. W skrócie: ty piszesz na co zbierasz a ludzie, jeśli im się projekt podoba i/ lub cię lubią, to wspierają cię drobnymi (albo większymi) kwotami. Możecie sobie zatem wyobrazić moją minę po 2 dobach funkcjonowania stronki gdy na naszym koncie było już prawie tysiąc funtów :)

Permanentna ekscytacja jakiej obecnie doświadczam już odbija się na moim zdrowiu i chodzę wyczerpana, boli mnie noga i nie umiem się zrelaksować. To jest jakby zastrzyk z adrenaliną działający we dnie i w nocy. Oczywiście nawyknę do myśli, że nasze życie się zmienia, ale wciąż jest to dla mnie tak nowe, że nie umiem się nie jarać. Jak tak dalej pójdzie, to nie dożyję przeprowadzki bo zejdę na zawał! Szumi mi w uszach za każdym piątakiem wpłaconym na nasze panele słoneczne!

Oczywiście wiele osób powie: a co będę wpłacać. Niech zarobią. Sam nie mam. Każdy by tak chciał. Oj, wiele rzeczy można powiedzieć sobie i innym i NIE WPŁACIĆ, jestem tego absolutnie świadoma. Dlatego wdzięczna jestem serdecznie nawet tym, którzy nic nie wpłacili i nie okazali żadnego wsparcia ale też nie zalali nas widocznym hejtem. Kocham Was! I też zapraszam na turnus relaksacyjny do Hiszpanii za darmo np. na święta albo wiosnę :)

Natomiast dla tych którzy wpłacicli albo wyrazili więcej ciepłych uczuć w sposób odbieralny mam szczególne miejsce w sercu i wiedzcie że nigdy Wam tego nie zapomnę. Będziemy się rozliczać z tych datek, możecie być pewni. To, czego potrzebujemy to przede wszystkim samochód (już możemy go kupić dzięki Waszej dobroci i szczodrości) ale także całoroczne namioty (takie duże, nazywają się bell tents), no chociaż jeden, i jeśli ludzie nadal będą nam sprzyjać, panele słoneczne. To nie jest tak, że jak nie uzbieramy to nie pojedziemy. Pojedziemy. Ja mam jeszcze kilka porodów do wyjazdu i może coś tam dodatkowego się trafi. Marcin już zwolnił się z pracy, ostatni dzień będzie we wrześniu, więc to już się dzieje. To nie jest ,,pożyjemy, zobaczymy”. Już żyjemy i widzimy. Odpycham od siebie myśli, że nie znam hiszpańskiego, że nie będzie pracy i składek emerytalnych, że homeschooling w Hiszpanii nie istnieje i cały ten negatywizm jaki się pleni jak chwasty. Nie. Ja tu pod szklanką hoduję sobie na słoneczku delikatną roślinkę, która zupełnie się nie nadaje do tego klimatu i łatwo może zginąć, ale jest piękna, egzotyczna, wspaniała. I nazywa się ,,Jadę, Bo Wiem, Że Tam Znajdę Siebie, A Reszta Się Ułoży”. Inni mówią: wywal to, bo i tak ci zgnije/ uschnie/ nic z niej nie będzie. Nawet jeśli nie posługują się przekazem werbalnym, to ich postawy to mówią. I gdy to wyczuwam, myślę sobie o bezkresnych polach na wiosce, gdzie się wychowałam…. Każdy robi dla siebie i swoich dzieci to, co może a co uważa za najlepsze. Ludzie mają różne pragnienia. Ja chcę żeby moje dzieci były wolne, miały psa, rower i poczucie, że mogą wszystko…. Nie pójdą do szkoły. Nie będę się zarabiać żeby kupić to czy tamto. Nie będę tej presji wywierać na ich tacie. Wierzę w nowy model społeczeństwa gdzie więzy między ludźmi oraz połączenie człowieka z naturą są możliwe i konieczne. Wierzę w to głęboko i mam do tego prawo, tak jak inni mogą sobie wierzyć w inne rzeczy.

Docelowo chcemy stworzyć miejsce, gdzie podróżnicy z dziećmi będą mogli zostać na czas nieograniczony, wejrzeć w siebie i swoje miejsce na Ziemi. Gdzie będziemy mogli zapraszać bliskie nam osoby w celach rekreacyjnych albo ratowniczych. Samotne mamy na zakrętach życiowych, wchodzące w dorosłość dzieci znajomych które nie wiedzą, co zrobić ale wiedzą, że nie chcą w wieku 17, 20, 25 lat stawać się trybikami w maszynie systemu bo czują, że zostali stworzeni do jakichś bardziej znaczących rzeczy. Wszystkich którzy to poczują zapewniam, że jeśli uda nam się zorganizować dodatkowe komfortowe i bezpieczne miejsca noclegowe, a nad tym już teraz pracujemy, będą mogli do nas przyjechać i nabrać górskiego powietrza…. do płuc i duszy. A wtedy pomyśleć, co dalej. Dostaję dreszczy na myśl o tym, ile dobrego można zrobić dysponując takim miejscem.

Jeśli to, co piszę rezonuje z Tobą i jesteś w sytuacji w której kilka funtów nie stanowi dla ciebie bariery nie do pokonania, proszę wprost, wesprzyj nas tutaj.

Jeśli chciałbyś stronę zrzutki udostępnić, to błagam, napisz kilka słów od siebie, bo samo udostępnianie nie daje zbyt wiele. Stron, gdzie ktoś prosi o pieniądze są miliony. Nie da się wesprzeć każdego i sama nad tym nieraz ubolewałam. Ale pomagam, gdy coś przemówi do mego serca. Wiem, że inni mają podobnie.

To dla nas ogromna sprawa. Dziękuję każdemu nawet za to, że doczytał do końca ten wpis :)

 

 

 

 

 

Gutek i potwory

gutekZgodnie z obietnicą zamieszczam pierwszą z cyklu recenzji książek jakie podarowało nam Wydawnictwo RM. Muszę przyznać że już sam prezent sprawił nam potężną radość. Dzieciaki wciąż preferują czytanie po polsku a dostęp do książek w ojczystym języku jest z oczywistych powodów dość ograniczony. Zatem każda okazja do poszerzenia swoich horyzontów i bycia razem nad książkami po polsku jest mówiąc oględnie w cenie!

Książka jest częścią serii z której resztą nie mieliśmy jeszcze okazji się zaznajomić, a szkoda! Cała trójka bowiem uznała przygody Gutka za godne śledzenia. Każde z dzieci odnalazło dla siebie coś godnego uwagi i tak:

1. Guciutek przede wszystkim ekstatycznie reagował na fakt, że książka jest o Gutku. Nie wiem co tam w jego głowie się układało na wieść o tym, że chłopczyk z książki ma na imię tak jak on, ale to, że tak było, plus książkowego Gutka otaczały  śmieszne potworki wystarczało, żeby w miarę spokojnie słuchał, jak mama czytała. Co jest nowością, bo do niedawna po prostu krzyczał, zabierał książkę albo przynosił swoje, ewentualnie sam chciał czytać. No nie dało się czytać starszakom gdy mały był na chodzie. Czyżby Gutek i Potwory to zmieniły? :)

2. Lila od początku wykazywała największe zainteresowanie fabułą książki i kontynuacją jej czytania (Felka zafascynowała dopiero od połowy), przeżywała perypetie i domagała się dalej, dalej, dalej. 

3. Felitek dość przytomnie zauważył na początku, że nie wiadomo o co chodzi. Faktycznie, częste wtręty dotyczące światowej literatury w połączeniu z komiksową formułą sporej części książki czyniły zrozumienie wątku dość utrudnionym zanim stał się on oczywisty.Podobały mu się jednak obrazki oraz, gdy już stała się ona jasna, historia. Oto władze szykują przerobienie parku miejskiego na centrum handlowe. A fe! Wolnościowa dusza Felka doznała oburzenia i przekonania do dalszego czytania. Wiadomo było, że park uratują, ale jakim sposobem? Trzeba było się przekonać!

4. Matka filolożka, czyli ja, miłośniczka książek i czytania dzieciom, czuła się delikatnie przytłoczona nawałem dialogów w formie komiksowej i licznych odniesień do innych książek gdy najmłodsza część słuchaczy skakała jej po brzuchu podczas prób czytania. Jednak uważam, że mieszanka prezentowała się bardzo egzotycznie i interesująco. Ogromny plus za szatę graficzną i rysunki, bo naprawdę przykuwały uwagę młodzieży. No i sama fabuła też godna oklasków, bo ogólnie lubimy wszystko, co pokazuje wartość przyrody, pracy zespołowej, walki z biurokracją i antykonsumpcjonizm nawet jeśli czynione to jest z pomocą pluszowych potworków :)

Dla nas bardzo ciekawe są wszelkie książki gdzie dość intensywnie poruszany jest temat SZKOŁY, prac domowych, nauczycieli itd. Z reguły w książkach dla dzieci dzieci szkoły nie lubią. Jakakolwiek fabuła by nie była, wątek nielubienia szkoły jest żywy i bogaty. My go lubimy bo utwierdza nas w przekonaniu o słuszności tego, jak wygląda nasze życie. Ponadto inspiruje do rodzinnych międzypokoleniowych rozmów o tym, jak było kiedyś… Dzieci lubią pytać czy ja lubiłam kiedyś szkołę oraz słuchać o rozmaitych aspektach tego zagadnienia. Ja lubię opowiadać…

I na tym zakończę rozważania na temat książki ,,Gutek i potwory. Ratujmy park!” gdyż nie chcę za bardzo wybiegać w nasze osobiste doświadczenia związane ze szkołą, jej brakiem i takimi tam :) Może na zachętę do czytania napiszę tylko, że nie możemy doczekać się lektury kolejnej pozycji z prezentowej paczki!

PS. Właśnie przylazł Gustaw i widząc grafikę okładki z Gutkiem na ekranie, krzyknął radośnie: ,,Pats!! Gutek! Lubię tego Gutka!” więc niech to stanie się podsumowaniem tego tesktu :)