Archiwa tagu: karmienie dziecka

Niemowlaczek nad miską

Kilka dni temu na playgrupie homeschoolingowej poznałam nową koleżankę, mamę dwójki dzieci. Wychowując to młodsze nie używała pieluszek i rozmowa z nią na ten temat bardzo mnie zainspirowała. Od dawna o tym myślałam, jednak nie znając nikogo z doświadczeniem, nie wiedziałam od czego zacząć a facebookowe fora nie okazywały się pomocne. I w końcu w odpowiednim momencie, kiedy Guciutek skończył miesiąc, na mojej drodze pojawiła się Ljiljana ze swoją opowieścią! Hura!

Do niczego nie byłam namawiana, a jednak postanowiłam spróbować. Po prostu zaczęłam Guciutka trzymać nad miską po każdym spaniu i karmieniu. Za każdym razem robił siusiu albo kupę. Po 2 dniach za dnia przez wiele godzin jego pieluszka była sucha, bo ,,robił” tylko, gdy go wysadzałam. Początkowo nie zakładałam mu pieluszki, ale było to frustrujące, bo stresowałam się za każdym razem gdy zasypiał, że będzie mokry, a po co nam stres? Pieluszkę ma i siusia do niej ALBO NIE. W nocy nie budzi się do karmienia całkowicie, więc nie kombinuję, żeby go nie rozbudzać (chociaż dzisiaj, ze względu na katar, nie spał za dobrze- gdy zdjęłam mu pieluszkę, natychmiast nie czekając na miskę, załatwił się na łóżko…. Czyli czekał aż mu zdejmę majtasy żeby się wypróżnić- bomba!- tylko szczegóły trzeba dopracować :) )

Dzisiaj czwarty dzień miskowania i od rana po karmieniu wszystko ląduje w miseczce :) To prostsze niż się wydawało. Od urodzenia wiem, kiedy chce mu się siusiu, kiedy kupę (w końcu spędzam z nim w bliskim kontakcie fizycznym 24 godziny na dobę), jednak nie miałam odwagi żeby pójść o krok dalej. Jak zwykle okazało się, że minimum wsparcia, życzliwości i cudzej mądrości wystarczył żeby dodać odwagi komuś zielonemu jak ja :)

Pewnie są tacy, co zapytają, po co właściwie wysadzać niemowlę, przecież na każde dziecko przychodzi w końcu czas. Ano… Tak. Tylko gdy ten czas przychodzi, dziecina z reguły już przekonana jest w 1000%, że siusiu i kupę robi się pod siebie (niezbyt korzystne przekonanie) i musi się tego ODUCZAĆ. Mnóstwo napisano na ten temat, jest nawet świetna książeczka po polsku ,,Pożegnanie z pieluszkami” Kingi Cherek, którą przeczytałam dwa razy jeszcze gdy Lila była mała i dzięki niej przestałyśmy używać pieluch za dnia gdy miała 18 miesięcy. Dla mnie bardzo ważny jest aspekt wolności dziecka (widzę, jakie jest szczęśliwe bez pieluchy, chociaż zakładam mu je możliwie najdelikatniej!), ekologii (wiecie ile ton szkodliwych i nieprzetwarzalnych śmieci produkujemy w zachodnim społeczeństwie codziennie używając jednorazówek? głowa boli… ) i zdrowia (chemia z pieluch jednorazowych to ZUO! też nie chce mi się rozpisywać na ten temat, dociekliwi na pewno dociekną). Jednak przede wszystkim chcę żeby Gucio miał świadomość swojego ciała. Kontrolę nad nim. Żeby nikt nigdy nie chciał jej przejąć, nawet nadopiekuńcza mama ;) Bo my matki lepiej wszystko zawsze wiemy- kiedy nasze dziecko jest głodne, kiedy mu zimno, a kiedy chce siku. Ja nie chcę wiedzieć. Chcę żeby wiedział on :)

WIĘC usiłuję kupić malutki nocniczek, który będziemy mogli zabierać ze sobą na wycieczki. Gucia pupcia pozostaje póki co w pieluszce (szmacianej rzecz jasna) bo unikamy stresów. Ale jeśli uda się jej nie zmoczyć chociaż kwadrans dłużej niż wczoraj (a wczoraj sucha była przez prawie 5 godzin bez przerwy!!) to… to nic się nie stanie, będziemy dalej żyć szczęśliwie. A delikatne części ciała mojego synka kwadrans dłużej pozostaną suche i bezpieczne, nieprzegrzane i nienarażone na chłód. Na koniec dodam tylko, że bez smarowania syneczka niczym (z rana niewielką ilością oleju kokosowego w pachwinkach, przyznaję się), absolutnie niczym podczas przewijania, bez używania mokrych chusteczek jego skóra nie była dotychczas nawet zaczerwieniona. Upatruję przyczyny w przewiewności szmacianych pieluszek i tym bardziej je kocham :)

Zasłuchanie

Szykuję się. Bardzo się szykuję. I chociaż przez ostatnie kilka lat słyszałam lub czytałam setki pięknych porodowych historii, obudziło się we mnie jeszcze silniejsze niż dotychczas pragnienie kontaktu z Kobietami, które mogą podzielić się naprawdę wzmiacniającym doświadczeniem.

Nie typu ,,Było strasznie, ale przecierpiałam i teraz jest dobrze”.

Nie typu: ,,Dobrze, że byli przy mnie lekarze, bez których mogłoby być tragicznie”.

Nie typu: ,,Najważniejsze, że z dzieckiem wszystko OK”

Bo wszystkie je z całego serca szanuję i nie kwestionuję tego, że mogą być pozytywne w końcowym wymiarze. Ale moje doulowanie zawieszam na razie. To ja potrzebuję doulowania, powera, świadkowania sile! Wrócę do formy i pracy, będę ją dawać. Teraz sama chcę :)

Byłam więc zachwycona, gdy moja znajoma, doula, która kilka tygodni temu urodziła córeńkę, zaprosiła mnie na kawę. Ta dziewczyna zrezygnowała niemal całkowicie z jakiejkolwiek medycznej opieki w trakcie ciąży (drugiej po niezbyt dobrym porodzie pierwszego dziecka) oraz zupełnie podczas porodu. Jej maleństwo przyszło na świat mając za świadka tylko swoją mamę, a potem już świętowali wspólnie z tatą i starszym bratem. Zasłuchałam się absolutnie i szczerze, bo cała historia została opowiedziana z promiennym uśmiechem na ustach, z blaskiem w oku. Malutka co jakiś czas raczyła się cycusiem. Moje dzieci zajmowały się sobą. Raj i ideał spotkania dla kobiety w 9 miesiącu ciąży. To było coś, czego trzeba mi było od dawna. Poziom energii raptownie w moim ciele podniósł się a ja poczułam zalew oksytocyny. Chcę rodzić! Chcę poczuć to, co ta niezwykła matka i wyleczyć wszystkie wątpliwości związane z moją kobiecością. 

Jej opowieść i kilka przydatnych wskazówek ostatecznie utwierdziły mnie w przekonaniu że prawdopodobnie mojemu porodowi także nie będzie towarzyszył nikt z medycznego establishmentu. Chociaż położne z mojego lokalnego Homebirth Teamu są cudowne, to jednak poczucie, że chcę być sama w tej magicznej chwili jest tak silne, że… nie potrafię mu się oprzeć. W decydującej chwili chcę po prostu klęczeć na jednym kolanie i złapać  moje dziecko. Chcę przytrzymywać, za radą znajomej, jego główkę, gdy parcie stanie się przytłaczające. Chcę zawołać bliskich gdy nowy człowiek będzie już gotowy na ich przywitanie.

Możliwe też, że cała Rodzina będzie wokół mnie bo tego zapragnę i to też dalece bardziej podoba mi się jako wizja, niż bądź co bądź, obca kobieta z urządzeniem do monitoringu pracy serca dziecka na podorędziu skupiona na swojej PRACY po której będzie wypełniała papiery. Nie potrzebuję relacjonowania cudu normalności w papierach. Niech sobie przyjedzie po fakcie, spisze co musi bez zwracania na siebie niczyjej uwagi. Dostanie nawet kawę i ciasto. Zważy dziecko (po debacie na ten temat uznaliśmy z Marcinkiem, że chcemy by maleństwo było zważone) i zapisze jego wagę. Tak jakby to było najważniejsze na świecie… Bo przecież po porodzie ludzie zwykle przede wszystkim meldują wagę i długość ciała dziecka. Nie to, jak bosko wszechświat wyzierał z jego granatowych oczu. Nie o tym, czy udało mu się samodzielnie trafić do piersi. Nie to, jakie rany uleczyła pełnym mocy porodu jego mama. Waga i wzrost. Czy nic innego naprawdę nas nie charakteryzuje? Chociaż uważamy, że NIE, mamy świadomość, że to będzie właśnie to, o co zostaniemy zapytani od razu jak tylko obwieścimy światu że nasze dziecko już jest. I chcemy wiedzieć co odpowiedzieć, po prostu :)

Do domu wróciłam o niebo spokojniejsza- a już i tak spokojem mogłabym obdzielić całe wojsko (jeśli tylko by o to poprosiło). Czuję się zjednoczona z duchową wspólnotą matek, matek niezależnych, odważnych, odpowiedzialnych za siebie oraz zdrowie swoje i swoich Rodzin. Moc jest z nami.

 

 

 

 

Styczeń

Nie zrobiłam podsumowania roku 2016. Jego końcówka upłynęła mi na oczekiwaniu na ostatni, przed moim własnym, poród, asystowaniu świeżo upieczonym Rodzicom, a Sylwester- udzielaniu im pomocy w podróży ze szpitala do domu, która nie należała do łatwych ze względu na niezbyt wspierający personel… Bardzo emocjonalne to były dni i nagle do drzwi zapukał Nowy Rok, niosący pod pachą styczeń- miesiąc poprzedzający luty. A w lutym mam rodzić. No to będę rodzić

Mam już basen i piękny mięciutki czerwony koc, długie ciepłe pończochy na latanie z gołą pupą po zimnej podłodze w tę i wew tę w poszukiwaniu idealnego miejsca na ten jeden, ostateczny głęboki wdech i wydech zwieńczony tym historycznym pierwszym zaczerpnięciem prawdziwego powietrza zamiast życiodajnej krwi z hojnego łożyska, miejsca, które może okazać się łazienką, kuchnią lub którymś z 2 pokoi. A może rzeczywiście namiotem? Kto wie, ostatnio moja wizja tańczenia ze skurczami bardziej zbliża się do ciepłej wody i kąpielówek dzieci asystujących mi w basenie… To tak trudno zaplanować! Moje ciało być może już wie, jak to będzie, ja- jeszcze nie. Ale radośnie otwarta jestem na każdą możliwość.

Chce mi się dziecka strasznie i całkiem białawe mleko płynące przy niewielkim  nacisku nieuchronnie o tym świadczy. Jestem już dość zmęczona ciążą, która od samego początku mnie nie rozpieszcza, od kilku dni doświadcząc dodatkowo ostrym bólem miednicy, który utrudnia chodzenie, siedzenie, wstawanie, zmienianie pozycji z jakiejkolwiek na jakąkolwiek. Skutecznie ratuję się masażami i olejem z nagietka, ale na prawdę pomaga zwykły odpoczynek i brak konieczności wykonywania ruchów. Poród po tym wszystkim to będzie pestka, dobrze to wiem, bo jak porównać maksymalnie dobę dyskomfortu z 9 miesiącami rzygania, mdlenia, bólu, obezwładniającego zmęczenia, zgagi i tej irytującej zależności od innych? Już od dawna nie mogę podbiegać do uciekającego autobusu, ciasto robię siedząc na podłodze a skarpety czy buty zakładam przez pół godziny i muszę to sobie zawsze wcześniej rozplanować… Jakie to męczące dla kogoś kto podejmuje decyzje i żyje szybko, spontanicznie, uwielbia samodzielność!

Mimo tych wszystkich uniedogodnień wyobrażenie noworodka na brzuchu, przy piersi, w ramionach budzi we mnie wręcz dreszcz oksytocynowej rozkoszy. Jako doula niejedno już widziałam, a jako towarzyszka Kobiet- słyszałam i wiem, co niekiedy zdarza się podczas narodzin, jednak nie ma we mnie nawet 1% obawy. Może jest to naiwność, może brak wyobraźni, a może osiągnęłam taki jej poziom, że nic nie jest w stanie zaburzyć moich sielankowo idealnych wizji? Co ciekawe, dziecko jawi się w nich jako nieskażony byt, figura z macierzyńsko- platońskiej jaskini, a nie konkretna osoba. Nie potomek z którym jako matka wiązałabym jakiekolwiek oczekiwania. Nie strażak, nie filozof, nie tancerka, a nawet nie wolny duch, grzebiący w błocie cherubinek czy poważna buzia wyglądająca spod gustownej czapeczki. Ale ciałko. Oczy. Wszechmądrość w nich. Mleko. Śliskość. Pępowina. Purpurowe usteczka rozdziawione w pierwotnym, odwiecznym oczekiwaniu na zasłużoną bliskość ludzkiej skóry.

I nic mnie nie będzie obchodzić.

W narodzinach trzeciego dziecka upatruję nadejścia wolności. Jest to pierwsza moja świadomie zaplanowana ciąża, a los okazał się na tyle łaskawy, że dał mi ułudę poczucia decyzyjności w tym zakresie. Wiadomo, że wszystkie dzieci są planowane i chciane tylko nie zawsze przez swoich biologicznych rodziców i nigdy nie mamy prawa tego osądzać bo musielibyśmy być tysiącletnimi mędrcami, by znać historię każdej pary, każdej kobiety i znać okoliczności każdego poczęcia do jakiego dochodzi na tym świecie. A nikt nim nie jest. Tym razem czuję się jednak spokojna, bo nasza historia, ta, którą znamy i pamiętamy, pięknie i czule oplata naszą teraźniejszość. Czuję się wyróżniona. Że to wyjątkowe maleństwo uzupełni życiorysy wielu osób (póki co aż czterech) i że to ja pomogę mu wydostać się na ten świat.