Archiwa tagu: karmienie piersią

Nowy etap

Moje bobo było dzisiaj bez mamy kilka godzin. Poczułam, że już czas zaufać jemu, zaufać Marcinkowi i puścić to, czego nie ma sensu kurczowo trzymać. Czekałam aż to poczuję i poczułam. Piękne. Jest mi z tym cudownie.

Już jakiś czas temu pożyczyłam butelkę do karmienia niemowląt, bo jakoś Guciutek nie zaakceptował żadnego oferowanego kubeczka a nie widzę sensu hodowania obsesji. Najpierw Marcinek opiekował się nim rano, żebym mogła jeszcze dojść do siebie (od wczoraj nie czułam sie najlepiej). W tym czasie, zupełnie spontanicznie Guciutek został poczęstowany butlą z mlekiem roślinnym i wypił połowę :) Nawet nie wiedziałam o tej rewolucji. Gdy udało mi się wstać, moja radość była ogromna, bo poza tym bobas spałaszował całkiem pokaźne śniadanie! Zresztą on na brak apetytu nie narzeka :) Zero płaczu.

Wstałam i od razu położyłam go na drzemkę, zjadł trochę cycusia i bez protestu zasnął.

Potem, po kilku godzinach, poczułam potrzebę udania się na zakupy. Pierwszy raz w życiu pojechałam na zakupy bez Guciutka. Lekko mi było i dobrze, bo czułam w środku że wszystko jest dobrze. Po 2 godzinach wróciłam i znowu wszystko było wspaniale. Maluszek pożarł ogromny obiad, popijał coś tam z butelki, zadowolony i jasny, żyjący w rodzinie, stabilny. Położyłam go na drzemkę i od razu zasnął :)

Za kilka dni Guciutek będzie miał 8 miesięcy. Właśnie teraz poczułam, że moja bliskość z nim jest ugruntowana i nic jej nie zagraża. Będę karmić go piersią do samoodstawienia i to nie podlega dyskusji. Jeśli zatrudnię opiekunkę, będzie to osoba, przy której on będzie czuł się bezpiecznie. Z tatą jest sobą. Widzę to, gdy wracam. I to jest coś, co chcę widzieć jako kochająca mama która dodatkowo pragnie realizować się zawodowo.

 

Na playgrupie

Wiele razy wspomniałam, że jeździmy na playgrupy homeschoolingowe i zdałam sobie sprawę, że dla niektórych brzmieć to może nieco enigmatycznie. Napiszę zatem w skrócie, jak wygląda nasza ulubiona, obecnie spotykająca się w piątki w godzinach 10.30- 15.00 w południowo- wschodnim Londynie… Po raz pierwszy trochę przypadkiem trafiłam tam prawie 2 lata temu i od tamtej pory sporo zmieniło się na lepsze, chociaż już wtedy było fajnie. Obecnie jednak jakość czasu tam jest na prawdę uskrzydlająco wysoka! 

No więc.

Grupa, o nazwie Play Project, to dzieło pewnej samotnej mamy dwóch córeczek. Jej kreatywność, determinacja i dar zjednywania sobie ludzi doprowadził do powstania miejsca do którego napływają co tydzień tłumy homeschoolersów z całego Londynu, a nawet okolic. Kilkadziesiąt rodzin przebywa na ogromnym, specjalnie wynajętym drewnianym placu zabaw (tzw. Adventure Playground) wyposażonym w kuchnię, tolatety i hol do grania w ping ponga, czytania czy po prostu schowania się w czasie deszczu. Jest gdzie nakarmić dziecko, zmienić pieluchę, zrobić sobie kawę czy podgrzać przyniesiony obiad (można też gotować, ale trochę szkoda na to czasu gdy wzywa chęć rozmowy z tymi wszystkimi niesamowitymi ludźmi a kuchnia jest mała!).

Wielu rodziców nieodpłatnie albo za grosze oferuje zajęcia, porozsiewane po różnych zakątkach obiektu. Marcinek nieraz pełnił funkcję strażnika ogniska, na którym nawet maleńkie dzieci mogły samodzielnie ugrilować sobie to i owo (z reguły pianki marshmallows :) ). Pod specjalnie rozłożonym namiotem odbywa się kurs szycia (Lila zachwycona), na boisku facet daje czadu przy muzyce porywając dzieciaki do fantastycznych zajęć ruchowych (chusta animacyjna, szalone tańce, hulahopy, wariactwo i piski, nie jakieś tam skakanie przez kozła w kolejce na ocenę). Czasami jest joga, czasami malowanie. Co komu akurat uda się zorganizować. Jedna z mam, też doula, zaprosiła nas na ,,zajęcia feministyczne” dla dziewczynek- Lila i jej koleżanki będą uczyć się o sławnych kobietach w historii świata.

Jednakże dzieci uczestniczące w zajęciach to niewielki procent. Większość po prostu buszuje przez te wszystkie godziny, przybiegając ,,do ludzi” tylko jak są głodne. Ja moich zupełnie nie widzę przez cały czas, sporadycznie Lila przyjdzie odwiedzić Gucia. I to jest w tym najpiękniejsze. Że nikt tych cudownych istot nie pilotuje. Nawet maluszki radzą sobie wspaniale na drabinkach, zjeżdżalniach i pajęczych sieciach, chociaż dopiero co nauczyły się chodzić. Nikt za nimi nie biega z obłędem w oczach, wymieniając wszystkie możliwe katastrofy jakie mogą się zdarzyć (bo spadniesz! bo zachorujesz! bo się pomoczysz!). Moja ulubienica, dwuletnia dziewczynka, bez względu na porę roku już w bramie obiektu ściąga buty i skarpety i rusza ekspolorować, głównie samotnie, brudząc się przy tym niemiłosiernie. Nigdy nie widziałam jej żeby płakala. Jej mama siedzi sobie spokojnie i pije herbatę, gadając z innymi (czasami widuję tatę, jak idzie z małą do toalety), po 4 godzinach po prostu następuje scalenie się rodziny (jest w niej jeszcze chłopiec) i wszyscy razem wracają do domu bez awantur, wyciągania na siłę, próśb i gróźb.

Zresztą naprawdę rzadko zdarza się żeby ktoś tam płakał i to jest akurat część wspólna wszystkich homeschoolingowych grup, jakie miałam przyjemność obserwować.

W tej piątkowej najbardziej lubię chwile, gdy siedzimy sobie w kółku w składzie np. pięciu matek i gadamy o tym i tamtym. Każda ma przy piersi ssaka, ssaki są w różnym wieku, od urodzenia do sześciu lat. Ssaki ssą a my gadamy nie zwracając uwagi że któremuś sutek z buzi wypadł albo zmienia je co minutę z prawego na lewy. PART OF LIFE! Komentować to byłoby jak marnować potencjał rozmowy na zauważenie faktu, że każda z nas ma po pięć palców u dłoni…

Lubię też to, że w przypadku wielu dzieci za Chiny nie jestem w stanie stwierdzić, czy to chłopiec czy dziewczynka bo dla wszystkich obowiązuje jedna stylówa: kolorowe ciuchy (różowe buty czy dres w kucyki pony u chłopaka nie jest niczym wyjątkowym), brudne jak cholera, niekiedy połatane, długie pokołtunione rozpuszczone włosy i czyste niewinne spojrzenia. To nie tak, że my, rodzice, robimy cokolwiek żeby nasze dzieci wyglądały podobnie. Po prostu nic nie robimy a to się jakoś tak dzieje że upodobniają się do siebie.

Patrzenie na szczęśliwe dzieci staje się moim nałogiem. Im bardziej w to wsiąkam, tym bardziej chcę wsiąkać dalej. Nie widzę już innej drogi dla naszej rodziny. Pociąg w jedną stronę. I serce rośnie, jak widzę, że jest w nim tych pokołtunionych dzieci coraz więcej.

 

Królowa (nie)ogarniania

Ostatnio każdy dzień szedł jak po grudzie. Zaczynał się płaczochaosem i tymże się kończył. Zaczęłam czuć się naprawdę beznadziejnie. W barku rozgościł się ostry ból, niechybna oznaka stresu i presji. Już nie wiedziałam, czy to ząbkowanie czy ja po prostu się nie nadaję. Raz nawet skapitulowałam i dałam niespełna pięciomięsięczniakowi bułkę do żucia :D Natychmiastowe uspokojenie się na 10 minut- kto by nie skorzystał?! Oczywiście wcale się tym nie chwalę i nie namawiam innych do stosowania…. Próbuję jedynie pokazać że było na serio kiepsko.

Ale dni takie jak dzisiejszy dodają mi pewności siebie i nawet radości w życiu (dzięki niej bóle w barku mijają).

Bałam się tego dnia bo oczywiście zaczął się jak każdy ostatnio. Z jedną pozytywną różnicą: starszaki zamiast bezproduktywnie latać i marudzić zadawały różne ambitne pytania, np. skąd się wzięła Ziemia i takie tam. Puściłam im dokument i oglądali uważnie. Ja w tym czasie bez hardkoru położyłam Guciutka na poranną drzemkę. Gdy wróciłam, w ruch poszły książki edukacyjne i mieliśmy ok. 40 minut na ogarnięcie tematu, tego i kilku innych (co kocham w edukacji domowej ale co mnie osłabia momentami, to ta wielotorowość- nie ma dla nas czegoś takiego jak ,,zrealizowanie tematu” bez poruszenia dwudziestu innych). Poczułam że coś sensownego zostało zrobione i w związku z tym dużo lepiej.

Wczesnym popołudniem pojechaliśmy w czwórkę (dzieciaki plus wciąż jeszcze zgarbiona obolała matka) do Gucinej terapeutki (technika Bowena- ma na niego korzystny wpływ, polecam). Jest to dla nas podróż trzyetapowa- dwa pociągi i metro. Na czas ,,masażu” starszaki mają obowiązek grzecznie poczekać w salonie tej pani. Zawsze muszę ich w tym celu jakoś przekupić. Tym razem dostali soczki. Udało się! Nic nie rozpieprzyli i nie włazili do gabinetu! Punkt (kolejny!) dla mnie :D

Od terapeutki do starszakowej nauczycielki angielskiego (w duchu unschoolingu i RB- płacimy babeczce za możliwość bawienia się naszych dzieciaków u niej w domu z jej córeczką, ona ma jedynie do nich gadać co jakiś czas)- metro plus dwa pociągi (napomknę jedynie, że oczywiście co jakiś czas Guciutka trzeba jakoś karmić i wysikiwać). W międzyczasie park. Guciutek zalicza meltdown. Ja razem z nim ale staram się nie pokazać tego po sobie. Guciutek zasypia. Zostawiam dzieciaki na ,,lekcji” i idę na mrożoną kawę… Guciutek się budzi i chce pić moją kawę. E tam, i tak już czas wracania po dzieciaki…

Wracamy do domu (dwa autobusy) i okazuje się że Guciutek (normalne po Bowenie) ma lepszy nastrój. Śmieje się jak głupi na sam widok siostry lub brata. Jest miękki i szczęśliwy. W domu nie zajmuje mi dużo czasu położenie go do spania już na noc. Smażę naleśniki z mąki quinoowej :D Polewam agawą i serwuję z uśmiechem. Starszaki oglądają swoją wieczorną bajkę, po niej epatują pędem do wiedzy. Dzisiaj rządzi średniowiecze (Lila) i fenomen łaciny jako języka literackiego w Polsce (szukamy trenów Kochanowskiego, dzieci chcą bawić się z Orszulką. Słitaśnie). Potem Felek chce ćwiczyć czytanie (ćwiczy mimo zmęczenia 40 minut!!! Sam z siebie!!!), pomagam gdzie trzeba. Jestem spokojna. Zrelaksowana. Bark nie boli.

Po godzinie 22 dzieciaki same decydują się iść do łóżek. Zasypiają. Ja zasiadam do laptopa i jem kolację. Czuję się jak człowiek a nie osioł po tresurze i czyni mnie to niepomiernie szczęśliwą.

Ale i tak się boję następnego dnia bo kto powiedział, że będzie taki jak dzisiejszy? :D