Archiwa tagu: macierzyństwo

Matka- rzeczywistość

Czasami, nie często, ale mniej więcej raz na dwa miesiące miewam momenty, że na sam dźwięk słowa ,,mamooooo” przechodzą mnie ciarki i nie są to dreszcze rozkoszy.

Różne rzeczy się do tego przyczyniają, a to zawieje chłodem po serii dni upalnych, a to w lustrze dostrzeże się ślady łupieżu i potem już nic nie jest takie jak wcześniej. Dzieci po prostu wkurzają samym swoim istnieniem. Oczywiście wciąż wzbudzają płaczliwy zachwyt gdy np. dmuchają dmuchawca albo kooperatywnie budują bramy z klocków lego, ale wtedy może być tylko gorzej, bo: ,,takie wspaniałe dzieci, a ja taka beznadziejna, nie zasługuję na nie”

Masz wrażenie, że powinnaś coś zrobić, zadziałać, żeby poszli spać albo przestali demolować, ale jedyne co przychodzi do głowy to środki nie mające nic wspólnego z pokojowym rodzicielstwem któego w tych i tylko tych momentach czujesz się niewolnikiem, i nie robisz nic. Siedzisz otępiała i gapisz się w monitor, stertę prania, swoje zdewastowane dzisiaj wnętrze.

Najgorsze jest to, że one jakoś tymi swoimi radarami to wszystko wyczuwają i tym bardziej zabiegają o twoją uwage, a ponieważ brakuje ci już werwy i zapału, nie otrzymują jej i dostają małpiego rozumu.

Marzysz o tym, żeby się odpieprzyły.

Nie, to nie ty marzysz, lecz ja, bo ty, która (który) to czytasz na pewno jesteś lepszym rodzicem niż ja, bo wszyscy są lepsi. Ja jestem najgorsza. Nie chce mi sie po raz tysięczny rysować spajdermena, nie chcę dać nic jeść bo już zęby umyli (po prostu nie chce mi się im robić, bo wczoraj dostali na umyte zęby oczywiście….), nie obchodzi mnie, że nie ma piżamki. Moce przerobowe wyczerpane. Zdaję sobie sprawę, że mam minę jakby mi pół rodziny człogiem rozjechano i nikt mnie nigdy nie weźmie na doulę, bo nie mam serca!

Jutro kurs ogrodniczy Lileczki i nowy dzień :)

Breastmilk Stories Circle- krótka relacja :)

Krótka, ponieważ moje dzieci się kąpią i zapewne zaraz coś spowoduje, że zaczną krzyczeć, wyrzucać się wzajemnie z wanny, topić albo wyłazić i przewracać się na mokrej podłodze a fajnie jakbym mogła od razu jakoś na to zareagować :)

Jestem ponownie pod DUŻYM wrażeniem, jak silne emocje wzbudzają w nas- kobietach- tematy takie, jak przede wszystkim PORÓD (do którego wciąż się odwoływałyśmy, mimo że spotkanie miało głównie dotyczyć karmienia!), ale także inne aspekty macierzyństwa. Piękno lub trudy mlecznej drogi, zdrowie rodziny, relacje między jej członkami. Niby miałyśmy mówić o mleku matki, ale NIE JEST TO MOŻLIWE bez powiązania z tymi wszystki okolicznymi tematami. A więc było i o ciąży, i o teściach, i o szpitalach, i o położnych, o mężach, koleżankach, kaszy mannie, zmęczeniu, spokoju, jego braku i o milionie innych rzeczy. Panowała atmosfera kulturalnej wymiany doświadczeń, bardzo jednak namiętnej- nagle okazało się, że minęły cztery godziny a jeszcze nie zdążyłyśmy sobie wszystkiego poopowiadać! Więc jak zawsze pozostał głód kolejnych spotkań :)

Byłam zachwycona naturalną ,,organizacją”, wyrozumiałością dzieci, a także szybką integracją panów, którzy wcześniej (podobnie jak i kobietki!) się nie znali, a jednak natychmiast odnaleźli wspólny język. Dobrym pomysłem było, uważam, zaproszenie Jo, certyfiikowanej doradczyni laktacyjnej, o nieskostniałych poglądach, ciepłej, otwartej, przyjaźnie nastawionej (przyszła chociaż nie znała nikogo, poza 2 osobami z widzenia!), która pozostawała do dyspozycji przez większość spotkania i często odpowiadała na pytania, włączała się aktywnie do dyskusji, zawsze z uśmiechem i zrozumieniem. Takich ludzi potrzebuje nasze społeczeństwo, takich, którym na czymś zależy, nie dbają wyłącznie o czubek własnego nosa, nie oceniają, nie krytykują, nie wymądrzają się… Wiem, że niektórym odpowiada ostra wymiana zdań, ale moim zdaniem z reguły tego typu rozmowy do niczego konkretnego nie prowadzą- emocje wypalają się i zostaje pyłek, rozwiany przez wiatr, nikt o nim potem nie pamięta, nie wie, jakie było źródło i sens, a jedynie że ktoś tam się kiedyś z kimś o co pokłócił. Nie w naszym stylu to.

Była wśród nas miła pani, nauczycielka Felinka, za kilka tygodni spodziewająca się drugiego maleństwa. Przyszła, bo się lubimy! Chciała też posłuchać co inne mamy powiedzą, bo sama nie ma zbyt bogatych doświadczeń jeśli chodzi o karmienie piersią, synka karmiła 2 tygodnie, uznała, że to nie dla niej, za trudne, za inne niż to co dokoła niej… Podobała mi się naturalność i pewność siebie w tym, jak się wypowiadała, jej głębokie przekonanie o tym, że nikt nie zamierza jej oceniać. Powiedziała wprost, że jeśli uzna, że jej odpowiada karmienie piersią drugiego maluszka,będzie to robić, ale nic na siłę. A jednak wywiązała się spokojna rozmowa na ten temat, przyszła mama wymieniła się numerami telefonu z Jo (,,bo może będę cię potrzebować”) i pożyczyła od niej książkę o bezpiecznym karmieniu niemowląt, karmieniu piersią ale także butelką! Ten moment zadziałał na mnie tak ożywczo, takiej pozytywnej energii mi dodał i pewności siebie, zabrał strach- bo czasami są te myśli: ,,jak to nie chce karmić piersią?!”- chociaż tego nie powiedziała- ,,jak to nie zrobi wszystkiego żeby karmić piersią?!”. I nie wiadomo co z tymi pytaniami zrobić, bo demotywują, tłamszą, zamykają, wpędzają w mysią dziurę własnych obaw: JA nie wiem co począć, JA mam z tym problem, JA szukam ratunku. A tymczasem ważne jest zorientowanie się na tę drugą osobę, jej świat,nawet jeśli wydaje się dziwny i inaczej ,,poustawiany”. Szacunek do miliarda, tryiarda możliwych opcji, wyboru drugiego człowieka i miękka umiejętność bycia przy nim, cokolwiek tym wyborem nie jest- to mój przepis na doulę… Którą marzę kiedyś zostać. Kurs to za mało, bo kursem jest każdy człowiek, każde spotkanie, każda macierzyńska opowieść i moja na nią reakcja. Wcale nie powiedziane, że ta natychmiastowa, pierwsza, ,,wdrukowana” będzie najlepsza. Wcale nie. Reakcji też trzeba się uczyć każdego dnia…

Nie wiem, czy wywiązałam się jak należało z obowiązków organizatora, na pewno o wielu rzeczach nie pomyślałam, a przykładałam wagę do tych nieistotnych, ale w ostatecznym rozrachunku myślę, że się udało. Myślę tak, bo spotkanie zamiast zakładanych 2 godzin trwało prawie 5 i poza dziećmi nikt nie usypiał z nudów. Trudno było się rozstać i… odejść od stołu zastawionego smakołykami, przygotowanymi przez wszystkie uczestniczki. Mój mąż dbał o osoby towarzysżące, o to, by było na czym siedzieć i co pić, smarował nam kanapki i organizował zabawy dla maluchów. Był nieoceniony. Ja nie chciałam robić wielkich przemówień, uduchowionych gadek w stylu ,,jesteśy tu dla siebie, poczujmy tę moc!”, chociaż w niektórych okolicznościach je lubię, ale to chyba nie do końca mój styl. Stawiam na koleżeńską atmosferę, nie wynajdywanie sobie guru, na które można popatrzeć i którego słucha się w trwożnym milczeniu. Wolę, gdy rzeczy dzieją się same, gdy temat płynie, zakręca, błądzi po drobnych zawikłanych strumyczkach, by po jakimś czasie spotkać się znowu w głównym nurcie. Nawet jeśli podekscytowane uczestniczki ,,wchodziły sobie w słowo”, uważałam to za piękne, bo niehamowane, naturalne, oczywiste, wypływające nie z braku kultury, lecz z serca, dla którego sprawa istotna, nie cierpiąca zwłoki….! Więc i reakcja musi być teraz, bo za chwilę możemy być w innym świecie, dalej, osobniej, a nie razem tu.

Tak więc cieszę się, że poznałam nowe wspaniałe kobiety, że dowiedziałam się czegoś nowego o tych, które już znałam wcześniej, że mogłam popatrzeć na tworzące się sympatie, migrację sentymentów, przepływ uczuć, radość macierzyństwa, opowieści o jego unikalnych doświadczeniach. Tak, zobaczyć opowieści. Można je przeczytać, można ich słuchać, można je ZOBACZYĆ i ten sposób uważam za najbardziej barwny, ubogacający, łączący człowieka z człowiekiem. Bo tak bardzo zależy mi na tym, by wszystko, w co się angażuję miało wymiar ogólnoludzki, istniało ponad jakimikolwiek podziałami. Dlatego nigdy nie zorganizuję ,,imprezy” tylko dla matek, tylko dla kogoś tam. Jakikolwiek temat może dotyczyć każdego na świecie. Ważne, by się nie zamykać i innych jakoś do zamykania nie zachęcać.

Miało być krótko, wiem. W międzyczasie dzieci się wykąpały i usnęły, a ja powróciłam z ich sypialni do tematu. Nie da się krótko. Bo takie emocje, tyle wspomnień i wątków to temat na książkę, a nie dwa akapity. A ja? Czuję się pozytywnie zdopingowana do kolejnych inicjatyw. Mam mnóstwo pomysłów, zobaczymy co z tego będzie ;)

Nuda…………?!

Podobno ktoś znany i ,,mądry” wypowiedział się publicznie na temat macierzyństwa i stwierdził, iż jest ono nudne. Internet zawrzał.

Mam chyba błędne pojęcie na temat tego słowa. W każdym razie jedyne, jakimi chciałabym to skomentować to: LUDZIE!!! JA MARZĘ O NUDZIE!!!!

Nie inaczej. Jak tylko mój mąż kochany zabiera dzieci gdziekolwiek na dłużej niż 2 godziny, nudzę się z lubością i rozkoszą aż do utraty tchu. Macierzyństwo bywa frustrujące, ciężkie, potrafi zalać łzami i poobijać serce, czasami przeraża lub psuje plany- wiele rzeczy można o nim powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest NUDNE.

Nie wiem, skąd taki pomysł i czy ta osoba ma w ogóle dzieci i czy sposób w jaki się nimi zajmuje (zajmowała) można nazwać macierzyństwem, bo nie zadałam sobie trudu by zagłębić się w temat. Jedno jest dla mnie pewne: życie takiej osoby chyba nie należy do najciekawszych skoro musi je sobie ubarwić snuciem abstrakcyjnych teorii na temat o którym nie ma pojęcia.