Archiwa tagu: małżeństwo

Obawy przed sobą

Jutro jadę na kilka dłuuugich godzin sama. Na wycieczkę, na kawę, na sklepy, dość daleko. Żeby nie było łatwo wrócić. Marcinek rozpoczął agresywną kampanię na rzecz mojego powrotu do siebie. Wysyła mnie GDZIEŚ, żebym odpoczęła od dzieci. No to jadę… Chcę ale boję się. Od ponad roku nie byłam dłużej sama ze sobą. Boję się, co tam u mnie. Boję się, co usłyszę, niezakrzykiwana przez dzieci, ich potrzeby. Będę mogła, a nie będę musiała. Zaczynam panikować, bo nie wiem, na ile mnie stać. Czy Marcinek ją przewinie na czas, czy nie będzie się złościł na Felka popychającego siostrę. Chciałabym na ten czas wyłączyć telefon, ale czy będę potrafiła? Zaczynam panikować coraz mocniej, przez chwilę, zmywając farby i odklejając przeżute kawałki ciasta fasolowego z dywanu, pomyślałam, że może będzie padało i nie pojadę. Że może jakaś choroba mnie bierze. Znieruchomiałam na moment, żeby poczuć ból gardla, na nic. Jestem zdrowa jak koń, chociaż moja rodzina sapie (Marcinek nawet musiał ostatnio wziąć zwolnienie, jakieś gorączkowe paskudztwo go dopadło). Pogoda dziś była śliczna, więc pewnie pojadę. Coś mi się kurczy w żołądku. Ileż kobiet oddałoby wszystko, by ich rodzina tak je wspierała w ,,odnajdywaniu siebie”, powinnam się cieszyć i właściwie się cieszę… Tylko czy ja potrafię? Czego sie boję? Pustki? Tego, że okaże się, że nie mogę znieść samej siebie niematkującej? Że bez dzieci mnie nie ma. Że niezaspokajająca potrzeb, nietuląca, niemieszająca farb, niestudiująca artykułów na temat dobroczynności lakatcji, nic sobą nie reprezentuję? Marcinek upiera się, że nie pozwoli mi od teraz nie spędzać tego jednego dnia w tygodniu bez potomstwa. Że jego siostra zajmie się czasami maluchami, żebyśmy mogli razem gdzieś wyskoczyć. No, to już prędzej. Zdefiniuję się nim. Na co dzień definiuję się dziećmi. Straszne to, upokarzające, ale jakieś takie bezpieczne dla mnie.

Bądźcie pewni, że pojadę, chociaż się boję.

Wieczór, noc

Nie mogę zasnąć. To był dla mnie dość wyczerpujący dzień i teraz, zamiast spać, siedzę przed komputerem. Jest cicho. Właśnie nakarmiłam Lileczkę. Przyssała się swoim stylem na kilkadziesiąt sekund i śpi dalej. Jest mi zimno. Marcinek na wyjeździe służbowym. Obejrzałam komedię romantyczną do łuskania pestek z dyni. Jutro zrobię z nimi krem brokułowy, dodam okry. I w ogóle mnie to nie cieszy. Nawet nie potrafię czerpać pozytywów z tego, że zrobiłam dzisiaj Felkowi jadalne farby z mąki kukurydzianej i barwników spożywczych. Przysięgam, bite 2 godziny taplał się w kuchni na samych majtkach w tych farbach, a wraz z nim połowa zabawek. A i tak ciągle coś, bo a to nie pozwoliłam mu zużyć całych barwników, bo potrzebne były dosłownie kropelki z każdego koloru, albo nie nie chciałam też na boso z nim się ślizgać po karminowej podłodze. Nie chciałam, bo nie. Ale obserwacja Felka dawała mi dużo radości, tym bardziej, że Lileczka spała. Jednak teraz, wieczorem, znowu czuję, że coś mi umyka.

Jestem cała dla dzieci a nędzne ochłapy dostaje Marcinek. Mnie dla mnie nie ma w ogóle. Na codzień mi to nie przeszkadza. Realizuję się w tym, pasjonuję wręcz moją rodziną. Lubię czytać o zdrowym żywieniu i coraz bardziej lubię gotować. No, nie wiem, czy JA lubię, ale przekonanie, że robię coś dobrego dla ICH zdrowia, uskrzydla mnie- mamę. Dla nich jestem empatyczna i opanowana. O swoich potrzebach nie myślę. Bo gdy zaczynam myśleć, czuję się jak wtedy, gdy jako mała dziewczynka, mimowolnie myślałam o ,,brzydkich rzeczach”- atakuje mnie poczucie winy. Coś brudnego. Bezsensownego. Nie do zrealizowania. Do odegnania. Zapomnienia i zapominam. Więc zawsze jestem gotowa na potyczkę z problemem dziecka i znajdująca rozwiązania. Nie tylko rozwiązania, bo także lokomotywę, wagon i stlasną lybę. Czytam o edukacji domowej. O karmieniu. O pomysłach na zajęcia plastyczne. Rozmawiam z innymi mamami w przestrzeni wirtualnej. I czuję się wyżej niż jeszcze niedawno, gdy przejmowałam się cudzym gadaniem, a dziecko podświadomie traktowałam przedmiotowo. Dziś jestem zadowolona z tego, jaką jestem mamą. Taką, jaką chciałam zawsze być, tylko presja społeczna nie dozwalała. Ja- mama wyzwoliła się. Ale kosztem czegoś innego. Otóż nie jestem zadowolona z tego, jaką jestem samą sobą. Tylko nie wiem, czy takie rozważania mają sens. Bo mam wrażenie, że MNIE już nie ma od dawna.

Taty nie ma

Na początku małe zadanie: każdy wchodzi teraz na jakichś swój lubiany blog o dzieciowych sprawach i wybiera 2-3 wpisy, szybciutko je czyta i liczy, ile razy padło słowo ,,tata” bądź jakiś jego substytut. Zero? Raz? Trzy razy?- no to gratuluję, proszę o linka. Teraz drugie zadanie: klikamy na jakąś stronę poświęconą rodzicielstwu pisaną przez ,,zawodowców”. Do kogo się zwracają? Do rodziców, czy może- jak ja to odczuwam- niezmiennie i konsekwentnie do MAM? Jeśli o mnie chodzi, to zaczęłam sobie zdawać sprawę z pewnego zagrożenia, gdy na bardzo znanym blogu dotyczącym rodzicielstwa bliskości, przeczytałam coś w stylu (nie będę podawać dosłownych cytatów): ,,Mąż jak zwykle sobie nie poradził”, a w innym wpisie: ,,Nie wymagam od męża żeby kojarzył, o co chodzi w AP”. Zaraz, zaraz. Przecież gdyby to wszechmocna matka miała jedynie słuszne poglądy na wychowanie, powstałoby określenie ,,Macierzyństwo Bliskości”, a jest ,,Rodzicielstwo”. I nie chodzi mi bynajmniej o to, by teraz żony zaopatrzone w chusty i poradniki laktacyjne niosły kaganek oświaty zamiast skupiać się na pielęgnacji tego, co wg mnie jest ,,number one” w wychowaniu w bliskości- związku (POMIJAM sprawy takie jak samotne rodzicielstwo, proszę mi nie mówić, że wchodzę na kruchy lód i takie tam- wiem, o czym chcę pisać, wiem, co jako autor mam na myśli i wiem, czego na pewno nie mam- otóż nie mam tego, że samotne rodzicielstwo jest w jakikolwiek sposób gorsze niż niesamotne; po prostu jeśli już ten związek jest, to z niego dziecko powinno uczyć się, jak wygląda bliskość. Tyle).

Ojcowie zniknęli. Pochłonęły ich własne firmy, korporacje i wyjazdy służbowe, na które jeździć trzeba, by zarobić na rodzinę. Bo mama nie pracuje, zajmuje się wchowaniem dzieci. Np. tak jak ja- i tego nie oceniam negatywnie, ponieważ podział ról jest sprawą rodziny. Natomiast dziwi mnie, że autorzy (głównie autorki) książek o wychowaniu, blogów, a także marketingowcy z firm produkujących pierdoły dla dzieci, utwierdzają matki w przeświadczeniu, że są niezastąpione, a ojciec (partner) to w zasadzie tylko przeszkadza, bo chce pobaraszkować, a tu łóżko zajęte przez potomstwo, chce poczytać gazetę na fotelu, a fotel akurat robi za lotnisko dla papierowych samolocików (bo oczywiście poproszenie dziecka o przeniesienie pasu startowego na krzesło obok jest absolutnie niedopuszczalne), namawia żonę do zakończenia karmienia, bo chciałby ją samą zabrać gdzieś na tydzień. No i te arcymądre artykuły w opiniotwórczej prasie, o przygotowywaniu się (i nieprzygotowaniu) mężczyzny do roli ojca. Przeczyta to jedna z drugą i mają pożywkę dla swoich poglądów typu ,,Ach ci nasi mądrzy mężczyźni” (- z  ironicznego komentarza na pewnym blogu…). Nie, no ojciec dziecka to po prostu z reguły potwór, w najlepszym razie maszyna do zarabiania pieniędzy albo model do wzruszających zdjęć na konkurs ,,Rodzina jest Blisko”.

Reasumując- niestety to nie tylko media (nie wiem, na ile to błąd, ale znane blogi zaliczam do mediów- chyba nimi są). Mam koleżanki powiązane z na prawdę fajnymi facetami, ojcami ich dzieci. Każde spotkanie z nimi to w zasadzie wyłącznie potok narzekań na to, jak beznadziejnym ojcem jest ten czy ów. Skąd to się bierze? Z tego, że my, matki, mamy skrzywiony obraz tego, jak ,,powinno być”? Cóż, ja też kilka razy się złapałam na tym, że miałam jakieś absurdalne wymagania wobec Marcinka, bo wydawało mi się, że ma robić to, czy tamto. A on nie robił. Na przykład nie chce nosić w chuście, nie, bo nie. Na początku niepogodzona z losem wertowałam w necie obrazki z facetami chustującymi dzieci i mu pokazywałam, ale on swoje. Musiałam rzecz przemyśleć: ,,O co mi chodzi?! Przecież tak na prawdę nawet ja nie przepadam za noszeniem w chuście, noszę, gdy muszę, co mi się stało w głowę, że próbuję Marcinka włożyć w pudełko do którego massmedia już wepchnęły Davida Beckhama wraz z jakimś sympatycznm Papuasem (foty z jego bobasem na plecach robią furorę na dzieciowych stronach na fejsie)?!”

Nie wiem, jak u was. U nas jest tak, że moje dzieci są najszczęśliwsze (Felek;Lilka najszczęśliwsza jest przy cycu, niemniej tatę uwielbia, kocha miłością straceńczą, chociaż ten cyca mlecznego nie ma i chustą gardzi) gdy tata ma wolne. I jesteśm wszyscy razem, nawet gdy my-rodzice- za bardzo sie wtedy nimi nie zajmujemy. Dlatego śmiem twierdzić, że bliskość obserwowana (przynajmniej!!) tak samo jest ważna jak ta dawana. U nas- od jakiegoś czasu zawsze to dodaję, bo inaczej muszę walczyć z potokiem zarzutów, że nie mam racji, bo gdzieś indziej jest na odwrót :)