Archiwa tagu: nauka mowy

Miało być bez porównań, miało być…

Wciąż nie potrafię odmówić sobie wątpliwej przyjemności porównywania dzieci. Moich między sobą, moich z cudzymi i na odwrót. Lila zaciągnęła mnie dziś na plac zabaw, a tam 2 dziewczynki z babcią i dziadkiem. Jedna mniej więcej czteroletnia, druga na moje oko dwuletnia, potem okazało się, że miała 16 mscy.

Lila wparowała na ten plac zabaw i wszystko było jej. Ta młodsza dziewczynka też próbowała różnych aktywności, ale opiekunowie za nią chodzili, wciąż nadzorowali. Ja już nauczyłam się nie oceniać takiego postępowania z dzieckiem. Ja już nawet nie przewracałam oczami, jak babcia co chwilkę wołała starszą, żeby ugryzła herbatnika. Ale gdy ta mała zaczęła na suchutkiej nawierzchni dawać na czworakach (w białych legginsach- zgroza!), została skrzyczana przez babcię i za karę zapięta we wózku, przeciwko czemu nawet nie protestowała- zrobiło mi się trochę smutno. Wiem, do niczego jestem.

Lila cały czas latała za tą starszą dziewczynką, bo w jej mniemaniu właśnie takie większe dziecko jest towarzystwem do zabawy (cóż się dziwić, ma starszego braciszka) a jej rówieśnicy to dzidzie, niegodne większego zainteresowania. Jednak gdy tę małą zobaczyła na huśtawce, też chciała się huśtać. Więc huśtały się razem i wówczas, podczas niezobowiązującej rozmowy z babcią, dowiedziałam się, że ta sporo większa dziewczynka z długim końskim ogonem, jest młodsza niż moja pchełka! Ja byłam w szoku, a babcia w jeszcze większym, gdy powiedziałam jej, jakiej płci jest moje dziecko. Była pewna, że to chłopiec. Cóż, nie pytałam, czy to ostrzyżone włoski, nieróżowe i niebiałe ciuszki ją wprowadziły w błąd, czy też fakt, że pozwalam się dziecku brudzić i wszędzie włazić a ono z tego korzysta. W duszy ubolewałam nad wychowaniem bezwolnych kobiet w naszej cywilizacji, kiedy to z rozmyślań wyrwała mnie rozmowa między babcią a tą małą. Ta mała prawie normalnie gadała. Szesnaście miesięcy.

Moi drodzy, po raz kolejny przekonałam się, że porównywanie dzieci i stylów wychowania nie prowadzi absolutnie do niczego. Nie wiemy nigdy, co dzieje się w domu, a po tym, że babcia chroni białe legginsy dziecka przed ubrudzeniem, nie warto jeszcze sądzić. Chociaż oczywiście kupowanie takich ciuchów toddlerom uważam za absurdalne :)

Zupełnie ,,bez sensu” ;)

Nie wiem ile razy dziś wyznałam miłość mojej córci podczas niespełna godzinnego spaceru wokół jeziorka. Rozczulało mnie wszystko: jak patrzy na kaczki, jak smarki jej lecą, jak kaptur zdejmuje i jak pokazuje na pana. I od razu robię minę jak Penny w serialu ,,Bing Bang Theory”, mam ochotę Lulcię z tego wózka wyciągać, całować, ale że to dość czasochłonne, buźkam w ten nos różowy i słownie dopieszczam: ,,Kocham cię, kocham!”

W ogóle to dotarło do mnie, jak często, bez okazji i bez sensu pozornie, mówię moim dzieciom, że je kocham. Nie tylko do spania, ale podczas zabawy, oglądania bajek (ja z tych wtryniających się matek wariatek, co nie dadzą Muminków spokojnie obejrzeć: ,,oo, co tam się dzieje w tej bajce?- ,,mamusia lobi helbatę- aaa, oglądasz sobie ładnie- tak- kocham cię, wiesz?- tak, mama, nie gadaj jus do mnie, dobze?”), kąpieli, obiadu itd. Są na tę chorobę różne teorie. Na przykład, że powtarzane często, słowa te tracą swoją wartość. Albo że nie trzeba gadać, gdy się to okazuje. No nie wiem. Ja po prostu nie mogę się powstrzymać. Autentycznie czuję przymus, bo oni mimo swoich różnych dziwactw jawią mi się jako dwa rozkoszne ósme cudy świata. Przykładowo taka Lileczka, bo Felonik u babci, to nie myślę o nim za dużo żeby nie tęsknić: przyłazi mi z książeczką, dwudziestą tego dnia, mówi stanowczo ,,TA!”, otwiera i pokazując na pingwina przekonująco ocenia: ,,Ko ko ko!”. Że niby to kura! I jak się tak przyjrzeć, to rzeczywiście to podobieństwo jest! I jak tu nie kochać, jak tu szaleńczo nie wyznawać miłości? :)

Ulga

Nie ukrywam- opieka nad noworodkiem, niemowlęciem, maluszkiem, wszystkie te przewijania, smarowania, zagadkowe płacze, bóle którym nie umiem zaradzić SĄ dla mnie udręką. Przy Felciu miałam jeszcze więcej siły za to mniej odwagi, by się do tego przyznawać, przy Lilci ani przez chwilę nie udawałam, że sprawiają mi te wszystkie czynności przyjemność. Moje dzieci kocham szaleńczo, dbam o nie z miłości jak najlepiej potrafię, ale wszystko co nosi znamiona konieczności wywołuje u mnie reakcję alergiczną. Do rzeczy.

Właśnie osiągam etap wielkiej ulgi. Dziś uświadomiłam sobie, jak wiele Lilcia rozumie. Wie co to znaczy położyć coś, wziąć, zanieść, dać komuś, nakarmić, przyjść, wykonuje proste polecenia. Nie chodzi mi absolutnie o jakiś posłuch, którego zupełnie nie wymagam, raczej o ułatwiony kontakt, czyste szczęście, jakie daje bycie razem. Moja córeczka zaczyna powtarzać łatwe słowa. Wiele wymyśliła swoich, opracowała bogaty system gestykulacji. I co z tego, że Felek w tym wieku prawie normalnie już gadał? On z kolei całkowicie kuleje, jeśli idzie o przekaz niewerbalny. Na przykład jak czegoś nie ma, Lilcia rozkłada ręce i robi zawiedzioną minę, Felek po prostu mówił ,,nie ma”. Czy jest sens to porównywać?

Właśnie osiągam etap prawdziwej radości z faktu, że mam dwoje dzieci i każde z nich jest totalnie inne. Do niedawna, przyznaję to szczerze, frustrowało mnie strasznie, że Felek w tym wieku już to, już tamto, a ona nic, że mimo skończonych nastu miesięcy wciąż jest niemrawą dzidzią wymagającą pełnego obsłużenia. A przecież ona próbuje się sama rozbierać i ubierać, po spacerku sama ściąga buty (Felek do dziś tego NIE ROBI!!!), potrafi prawidłowo trzymać kredkę podczas rysowania (Felek nie potrafi), wie do czego służy mnóstwo przedmiotów i usiłuje naśladować ,,dorosłe” zachowania. Felonek nigdy takich ciągot nie przejawiał. To dwa światy. Teraz, gdy moja dziewczynka powoli zaczyna być kompanem, a nie tylko źródłem obowiązków, dostrzegam, jak bardzo mnie ubogaca ich inność, jakiej tolerancji i otwartości mnie to uczy, jak pobłażliwa jestem dla wszystkich i wszystkiego. Jak bardzo nie muszę sama być idealna pod każdym względem. To na prawdę wielka ulga.