Archiwa tagu: niemowlę

Szuflady

Guciutek uwielbia robić to, czego nie powinien. Myślę, że nie jest w tym wyjątkowym dziesięcioipółmiesięczniakiem. Ostatnio jesteśmy w Polsce u moich rodziców i mojego synka zafascynowały szuflady pełne skarbów typu majtki albo klocki starszej kuzynki.

Więc z lubością otwierał te szuflady i wyciągał wszystko co się dało. Niestety po niedługim czasie zauważył, że szufladę można także zamknąć.

Zabraniałam bawić się szufladami Felkowi, zabraniałam Lili gdy byli w tym wieku. Przy Guciutku postanowiłam ograniczyć niepozwalanie do minimum. Szuflady w moim mniemaniu w tym minimum się nie mieszczą.

Oczywiście po kilku próbach przyciął sobie paluszek. Po kilkunastu sekundach płaczu zrobił to samo z drugą szufladą i sytuacja się powtórzyła. I tak w kółko. Za każdym razem Guciutek płakał a ja go pocieszałam, tuliłam i całowałam. On wtulał się we mnie łkając a potem szedł do szuflad… Aż zrozumiał czym to się będzie kończyć.

Wolę być mamą tulącą niż niepozwalającą. Wolę być tą, która niewzruszona patrzy na nieuniknioną krzywdę która czeka na dziecko podejmujące takie a nie inne wybory. Mogę powiedzieć czym to grozi. Mogę napomknąć, że to samo robiłam i też się nacięłam. Ale nie mogę zabronić, zamknąć za bramką albo w kojcu, karać za to, że dziecko czuje przymus samodzielnego przekonania się co jest w środku. Muszę widzieć zbliżającą się katastrofę i trwać w czekaniu na nią a potem dać miłość. To bywa trudne. Ale jakie wzmacniające dla wszystkich.

Zostawił w końcu te cholerne szuflady w spokoju :)

Poczytać w kawiarni….

Zrobiłam sobie w tym roku ,,kalendarz adwentowy”. Wrzuciłam do puszki 24 karteczki z zadaniami które aż do świąt mają mnie prowadzić na drodze lepszego dbania o siebie i ludzi wokół. Zadania wymyśliłam z pomocą dzieci. 1 grudnia, w pośpiechu, lecąc na urodziny jednego z naszych małych przyjaciół omal nie zakrztusiłam się czytając karteczkę: ,,Poczytać sobie w kawiarni”. No jak, gdzie, kiedy?! Felek z Lilą mieli jechać tego dnia po południu do Cioci na cały weekend więc myślałam sobie, dobra, teoretycznie, wieczorem, dam jakoś radę…

Niestety już przed południem zaczęła mnie bolećc głowa i to tak strasznie, że z urodzin uciekaliśmy w obawie, że mama zaraz zwymiotuje. Mgła przed oczami a tu trzeba trójkę odwieźć do domu pociągiem i autobusem i oddelegować do Cioci! Masakra.

W domu myślałam, że umrę, na szczęście Guciutek się ulitował i długo spał po południu, jak nie on. Nie byłam w stanie go jednak nawet podnosić i oto, stało się, pierwszy raz od ponad 1,5 roku zhańbiłam się tabletką na ból głowy! Przeszło, ale na kawiarnię jakoś zabrakło mi sił.

Dzisiaj mocne postanowienie poprawy. Zaległe mikołajkowe zakupy do zrobienia, ale se myślę, z samym Guciem, pójdę do jakiejś z zabawkami, dam radę.

Na trasie jakoś posucha z kawiarniami adekwatnymi dla matek z niemowlętami.

O, Ikea! To jest myśl. I kibel, i rozjebka, i syf, i zabawki. Biere!

Nie przewidziałam tylko że wraz z mną tym tokiem myślowym podążać będzie jeszcze 1426 matek z całego południowego Londka.

Zamówiłam ładnie kawę, wodę i dwa kawałki ciasta, jedno z owocami żeby było co młodzieży do buzi wpychać w razie buntu.

Zanim doszłam do stolika ulokowanego najbliżej kącika zabaw, ktoś niechcący mnie potrącił i cała kawa chlupnęła w powietrze. Kilka kropel polało się na nogę Guciutka w nosidle więc zaczął wyć. Zlecieli się ludzie, inne matki, z troską pytając, czy się oparzyliśmy, czy jakoś mi pomóc, co potrzymać. Szkoda, że nie minutę wcześniej, miałabym kawę…

Odechciało mi się tej kawy, wierzcie mi.

Usiadłam w kącie na krześle i z lubością obserwowałam najsłodsze bobo świata zaczepiające inne dzieci i wchodzące w nimi w interakcję. Ale zaraz, zaraz, miałam czytać! Wolną ręką wyciągam gazetę z plecaka. Usiłując nie wypuścić talerzyków z rąk (nie miałam w końu stołu) znalazłam stronę bez reklam i przeczytałam kilka słów od redaktorki naczelnej, zanim bobo zwietrzyło ciasto a potem walnęło się głową o krzesło.

Czytanie w kawiarni uznałam za zaliczone!

Aż się boję kolejnych zadań….

Nowy etap

Moje bobo było dzisiaj bez mamy kilka godzin. Poczułam, że już czas zaufać jemu, zaufać Marcinkowi i puścić to, czego nie ma sensu kurczowo trzymać. Czekałam aż to poczuję i poczułam. Piękne. Jest mi z tym cudownie.

Już jakiś czas temu pożyczyłam butelkę do karmienia niemowląt, bo jakoś Guciutek nie zaakceptował żadnego oferowanego kubeczka a nie widzę sensu hodowania obsesji. Najpierw Marcinek opiekował się nim rano, żebym mogła jeszcze dojść do siebie (od wczoraj nie czułam sie najlepiej). W tym czasie, zupełnie spontanicznie Guciutek został poczęstowany butlą z mlekiem roślinnym i wypił połowę :) Nawet nie wiedziałam o tej rewolucji. Gdy udało mi się wstać, moja radość była ogromna, bo poza tym bobas spałaszował całkiem pokaźne śniadanie! Zresztą on na brak apetytu nie narzeka :) Zero płaczu.

Wstałam i od razu położyłam go na drzemkę, zjadł trochę cycusia i bez protestu zasnął.

Potem, po kilku godzinach, poczułam potrzebę udania się na zakupy. Pierwszy raz w życiu pojechałam na zakupy bez Guciutka. Lekko mi było i dobrze, bo czułam w środku że wszystko jest dobrze. Po 2 godzinach wróciłam i znowu wszystko było wspaniale. Maluszek pożarł ogromny obiad, popijał coś tam z butelki, zadowolony i jasny, żyjący w rodzinie, stabilny. Położyłam go na drzemkę i od razu zasnął :)

Za kilka dni Guciutek będzie miał 8 miesięcy. Właśnie teraz poczułam, że moja bliskość z nim jest ugruntowana i nic jej nie zagraża. Będę karmić go piersią do samoodstawienia i to nie podlega dyskusji. Jeśli zatrudnię opiekunkę, będzie to osoba, przy której on będzie czuł się bezpiecznie. Z tatą jest sobą. Widzę to, gdy wracam. I to jest coś, co chcę widzieć jako kochająca mama która dodatkowo pragnie realizować się zawodowo.