Archiwa tagu: nocnik

Chorowanie

Wczoraj dopadła nas grypa żołądkowa. Felek cały dzień z biegunką, wieczorem wymiotowali z Lilą oboje, mnie chwyciło niby bez uciążliwych objawów trawiennych, ale za to z gorączką i tak totalnym osłabieniem, że cały dzisiejszy dzień leżałam. Przewaliłam sobie materac do ,,bawialni” z komputerem, żeby mieć na oku chociaż mniej więcej co się dzieje, Lila dołączyła do mnie (śpiąc i nieśpiąc, ale bez energii, bez jedzenia przez calutki dzień), Felek na zmianę oglądał bajki (jemu z godziny na godzinę się poprawiało) i bawił się na materacu. Jakoś zleciało. Teraz już oboje śpią, a ja wypiłam herbatę i jakby nieco czuję głód- cóż, po całym dniu na czczo chciałabym coś zjeść chociażby w celu zregenerowania sił, ale jeszcze to chyba nie ten moment.

Ale do czegoś konkretnego zmierzam. Często przy okazji występowania w mojej rodzinie zarazków, które mnie jakoś szczęśliwie omijały zastanawiałam się, jak to będzie, gdy polegnę ja. Pomijam skręconą kostkę, kilka dni faktycznie mało aktywna byłam, ale kuśtykając dawałam radę wyjść na krótki spacer, czy zrobić obiad. Pomijam zapalenie zatok, które mnie zmogło niedawno, bo Felek był w tym czasie w Polsce i też jakoś spokojnie to przetrwałyśmy z Lilą, której właściwie zależało tylko na mojej rozpiętej bluzce. Ale dzisiejszy dzień był dla mnie maksymalnie leżący. I co? I nic. Świat się nie zawalił. Bałagan tragiczny, ale nie mam ochoty nikogo zabić, ani pomstować, jak mi źle. Nasz kochany współlokator (chwała Bogu miał dzisiaj wolne) zajął się praniem, obiadem (niestety nie przydał się nam jeszcze, ale mam nadzieję na jutro!) i przełączaniem Felkowi bajek. Wyprał nawet dywanik, kompletnie załatwiony przez chorobową kupę Lilianny. A sikała dziś Lilianna tylko 2 razy, bo mimo przyswajania ogromnych ilości picia i mojego mleka, wciąż po wczorajszych wymiotach była pewnie odwodniona. Więc nawet biegać z nocnikiem za nią nikt nie musiał.

Po raz kolejny moje przekonanie, że zdarza nam się tylko to, na co pozwolimy, nabiera sił. Bo zawsze byłam pewna, że moje chorowanie to będzie armagedon. A tu proszę, ja leżałam, Lila ze mną leżała, nagle się okazało, że kolega ma wolne w pracy, jeść nikt nie chciał, a wodę to jeszcze dałam rady lać do bidonów. No i jacy szczęśliwi byli, jak ich węglem nafaszerowałam :) Czarne jęzory i zęby, w dodatku na prawdę pomogło. Wciąż dążę do buddyjskiego spokoju, jaki utraciłam, gdy spanikowałam. Bo dałam sobie wmówić, że bycie z dziećmi MUSI być ciężkie. Gdy to oddalam, jest mi łatwiej. Nawet z odruchem wymiotnym na widok pluszowych składników spożywczych, z jakich Felonek namiętnie czynił dziś piknik dla lalek i dinozalłów…

Nocniczek i majtki w pogotowiu

Chyba zdejmę Lulci pampersa na czas jej domowej aktywności. Tzn. na pewno, już postanowiłam, ale ponieważ to dziewczynka, ze względów zdrowotnych boję się troszkę puszczać ją z gołą pupą. Jutro kupię zapas majtek i będziemy walczyć :)

To ona mnie zainspirowała do tej decyzji, w porze ,,porannej kupy” przyniosła nocnik i zaczęła na niego siadać. Więc zdjęłam, co trzeba, ale zmieniła zdanie i uciekła. Złapałam ją i ubrałam. Za kilka minut kupa była w pieluszce.

Idea wychowania bezpieluchowego jest mi bardzo bliska, jednak zawsze miałam wiele obaw i nie odważyłam się spróbować od razu po urodzeniu Lileczki (przy Felku nie miałam pojęcia że coś takiego jest…), ani później, aż do dzisiaj. Po prostu czuję, że to ten czas. Oczywiście na noc i na dwór póki co będę jej zakładać pieluszkę, bo nie zamierzam siebie ani jej narażać na jakieś hardkory. Ale za dnia, na spokojnie, w domu- nie widzę powodów do paniki i odwrotu od tej decyzji.