Archiwa tagu: noszenie w chuście

Kaczuszki

Jeziorko w jednym z naszych ulubionych parków zaroiło się od małych kaczuszek różnych gatunków. Z okazji Dnia Ojca poszliśmy sobie dzisiaj wszyscy razem na obiad i lody, potem zaś na spacerek i całe to kacze przedszkole wzbudziło w nas ciepłe uczucia. Nagle jednak na naszych oczach jedna z kaczych mam z niepojętych przyczyn agresywnie zachowała się wobec gromadki innej kaczki, wskutek czego 5 maluszków wpadło do odciętego od jeziorka płytkiego kanału i nie mogły się wydostać. Wyglądało to nieciekawie, obserwowaliśmy zdarzenie z zapartym tchem i stało się jasne, że kaczuszki same nie poradzą sobie z opresją.

Mama kaczka wpadła w rozpacz, bo pięcioro z ośmiorga jej dzieci zostało uwięzionych i nie potrafiła im pomóc, chociaż naprawdę się starała. Mówiła do nich, wołała, tłumaczyła, pływała wzdłuż kanału, dreptała po jego brzegu kwacząc, usiłując wyprowadzić maleństwa na około. Nie mogłam na to patrzeć i zaczęłam płakać, bo emocje sięgnęły zenitu. Tak strasznie współczułam tej dzielnej oddanej mamie, która tak bardzo, bardzo chciała odzyskać swoje dzieci. Wyobraziłam sobie siebie w podobnej sytuacji i przeszedł mnie dreszcz. Akurat Guciutek spał w chuście…  Powiedziałam jednak reszcie rodziny, że nie pójdę stamtąd, póki kaczuszki nie zostaną uratowane i że sama wejdę do tego kanału. Marcinek stanowczo zabronił mi wchodzić tam z dzieckiem w chuście. Przeszedł więc przez płot i schylił się nad kanałem. W każdej chwili mógł do niego wpaść… Dzieciaki wstrzymały oddech. JEST! Pierwsza kaczuszka uratowana. PO jakimś czasie dwie kolejne. Gdy mój odważny małżonek oswobodził czwartą i popłynęła ona szybciutko do mamy i rodzeństwa, mama kaczka uznała chyba że to już wszystkie (nie wymagam od niej umiejętności liczenia do pięciu!) i odpłynęła daleko. O nie, a ta ostatnia kaczuszka? Marcinowi udało się wyciągnąć ją z wody i podać mi do ręki. Dzieciarnia oszalała! Strasznie chcieli ptaszynkę potrzymać ale nie chciałam jej narażać na szwank. Popatrzyli sobie więc na nią i ruszyliśmy niemal pędem wzdłuż jeziora szukając wzrokiem kaczej rodziny. Po kilku minutach ostatnie kaczątko dołączyło do niej a my odetchnęliśmy z ulgą. Tak to w Dzień Ojca Marcin został bohaterem i miał okazję pokazać potomstwu jak należy się zachować gdy ktoś potrzebuje pomocy!

Najbardziej jak zawsze zawiodłam się na ludziach, którzy obserwowali tę mrożącą krew w żyłach scenę jak dobrą komedię! Pokazywali dzieciom rozpaczliwie usiłujące wydostać się z pułapki kaczątka ze słowami: ,,Ooo, zobaczcie, małe kaczuszki, jak pywają w kółko…”, na widok zdesperowanej kaczej mamy nawet nie raczyli zareagować. Na Marcinka patrzeli jak na wariata. Tylko grupa nastolatków przejęła się w nieznacznym stopniu, bo z ich dialogów dało się wywnioskować że przynajmniej zauważyli jaki tam rozgrywał się dramat.

Ta sytuacja ponownie uświadomiła mi, że pod wieloma względami naprawdę niedaleko nam do innych gatunków i że uczucia powiązane z instynktem opieki nad potomstwem to coś co nas z nimi łączy bardziej niż nam się wydaje. Cudownie było patrzeć na radość i ulgę kaczej mamy, która po kolei odzyskiwała swoje dzieci.

Zostawiłam dziecko

Pierwszy raz od porodu zostawiłam dzisiaj Guciutka pod opieką Marcinka. Na godzinę. Poszłam z Felkiem do pobliskiego parku pograć w ping- ponga. Niemowlę było nakarmione i wysikane, w niezłym nastroju. Marcinkowi zależało na tym, by przeżyć swój debiut w opiece nad nim, bo dotychczas zazdrośnie strzegłam dostępu do tej ,,części siebie” za jaką uważam tak młode potomstwo karmione wyłącznie piersią (jego usteczka nigdy nie zaznały smoczka butelki). Dziś też nie pałałam żądzą wydostania się z gniazda, ale jednak zrobiłam to.

Czułam się bardzo dziwnie, bo prawie jak zwykły człowiek. Jechałam na hulajnodze, obok mnie ośmiolatek mówiący po ludzku, żadnego obciążenia, ,,bliźniaka syjamskiego”, jak nazywam Guciutka gdy jest w chuście, czyli przez większość normalnego dnia. Jego rozmiar (rozwalił już chyba siatkę centylową) nie pozwala na swobodne ruchy, schylanie się, odwracanie. Ale nawykłam już. Więc tym bardziej ,,pusto” mi było bez niego przy tym stole do ping- ponga. Lekko, ale pusto, czułam się jak bez jakiejś części ciała, samotna i wyczekująca powrotu. Matka wariatka :)

Po powrocie okazało się, że mój bliźniak syjamski sporo płakał, a jego pełne wyrzutu spojrzenie przez łzy, gdy mnie zbaczył  utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak godzina to STRASZNIE długo. I chociaż starsze moje dzieci w tym wieku zostawiałam już na wiele dłużej, nieporównywalnie dłużej i to nie tylko z tatą, ale innymi osobami, nie odczuwając w zwiazku z tym niczego głębszego na świadomym poziomie, nie wstydzę się otwarcie mówić o tym, że chcę i lubię być blisko Guciutka, potrzebuję mojego oseska tylko trochę mniej niż on mnie. Osesek wyrośnie, zacznie zajadać coś innego niż mleko, więcej rozumieć- wtedy możemy dalej eksperymentować. Tak, traktuję to jako eksperyment. I jego wyniki notuję skwapliwie w głowie i sercu na przyszłość.

W pewnym sensie dopiero dzisiaj poczułam że zakończyłam jakiś etap, że nie jestem już w połogu, że jestem i potrafię być w formie, że hulajnoga i ping- pong to fajne zajęcia. Wyobraźcie sobie, że pierwszy raz od grudnia (wtedy miałam ostatni poród jako doula) włączyłam też dźwięk w telefonie (w razie gdyby Marcinek dzwonił). Miało to dla mnie ogromnie symboliczne znaczenie. Wierzcie mi, że czułam się dziwacznie! Jakbym wracała z jakichś zaświatów i jeszcze nie była pewna, czy to dobra decyzja, czy nie lepiej jednak zostać psychicznie tam, gdzie byłam… Bo chociaż ciągle gdzieś jeździmy, na poziomie mentalnym wciąż czułam się jak samica jakiegoś troskliwego gatunku ssaka z młodym w norze. I pasowało mi to.

Czy zamierzam wkrótce ponowić to doświadczenie? Raczej nie, może na pół godzinki za jakiś czas.

Co zrobić gdy dziecko płacze?

Ten wpis miałam ochotę popełnić już dawno. Chyba jeszcze zanim w moim życiu zaistniał Guciutek. Bo płacz dziecka, bez względu na wiek, to temat który wzbudza ogromne emocje. I zdanie na jego temat jest jednym z silniej dzielących. Tacy już jesteśmy, że łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Słyszymy w markecie płacz niemowlaka i w duchu współczujemy mu matki, która nic nie robi, lecz jak gdyby nigdy nic przegląda proszki do prania. Wrzeszczący kilkuatek rozżarza w nas morderze instynkty, bo na pewno rozpuszczony i drze japę o lizaka. Albo tablet. No, w każdym razie wymusza, bo cóż innego mógłby robić? Noworodek- wiadomo- na ch… ciągną tak małe dziecko w miejsca publiczne? Przecież są w nich zarazki, zimno, gorąco i w ogóle kiepsko. A jeszcze Bogu ducha winni ludzie muszą tego słuchać. Biedne maleństwo, biedne otoczenie!

Niestety, niebezpieczny bywa ten ,,bliskościowy dyskurs”, który absolutnie wyklucza stosowanie metody ,,wypłakiwania” dziecka (i dobrze) ale w zamian daje na talerzu pięknie udekorowane poczucie winy. ,,Profesjonaliści” od bliskości z dziećmi w ładnych słowach sugerują, że wszyscy rodzice to pozbawieni empatii krzywdziciele własnego potomstwa. W jaki sposób? Ano, niewinnym stwierdzeniem że dziecko płacze bo sygnalizuje potrzebę. Jest to oczywiście prawda. Ale co ma sobie pomyśleć matka, która od 2 godzin skacze po ścianach żeby jej maleństwo zamilkło? No jedyne co sobie pomyśli, to że jest beznadziejna, bo nie umie odczytać sygnału o potrzebie. Przecież dała jeść, zmieniła pieluszkę, włożyła do chusty! A to dalej ryczy i ryczy. No po prostu dno!

Pół biedy, jeśli taka mama otoczona jest mądrym wsparciem, ale najczęściej tak nie jest. Z reguły słyszy, że dziecko ma albo ,,charakterek”, czyli robi jej na złość, albo to ona partaczy. Na przykład głodzi dziecko. Albo przymraża. Ewentualnie podgotowuje albo torturuje metkami u kaftanika! Tak czy siak, płacz dziecka postrzegany jest jako coś jednoznacznie negatywnego. Przestępstwo dziecka lub matki, czasami obojga rodziców. I ktoś musi ponieść za nie karę. A najłatwiej ukarać osądem. Wyroki sypią się więc jak plastikowe koraliki z rozprutej poduszki- rogala…

Co by się stało, gdyby przyjąć po prostu, że płacz jest sposobem komunikacji małego dziecka ze światem, jest zjawiskiem fizjologicznym i potrzebnym, bo bez niego nikt na malucha nie zwracałby uwagi- umarłoby biedactwo z głodu. Bo nie zapyta uprzejmie: ,,Przepraszam, czy mógłbym dostać trochę mleka?”, nie zagai ,,Ta pogoda dzisiaj! Ciśnienie opadło, czy jak?” i nie zacznie snuć historiii: ,,Nie uwierzycie, ale 3 tygodnie temu znalazłem się w zupełnie dziwacznym miejscu. Wszystko jest suche, jasne i zimne. W dodatku coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Co jakiś czas wylatuje z niego jakaś substancja i to często boli!” I tak dalej, i tak dalej. Nie zrobi tego, Może jedynie płakać. I chociaż wygląda to traumatycznie, nie traktujmy tego jak końca świata. Do jakiegoś momentu wolno zgadywać. Po kilku dniach życia dziecka rodzice z reguły już rozpoznają który płacz jest od głodu, a który od zmęczenia, ale jeśli nie, to też nic takiego. Nie jesteśmy złymi matkami, gdy nie mamy pojęcia czemu dziecko ryczy i nigdy nie dajmy sobie tego wmówić. Powodów może byc trzysta pięć, co gorsza, to co wywołało dramat w poniedziałek, w środę przejdzie już przez maluszka niezauważone. A 4 tygodnie później już nikt nie pamięta że zrobienie kupy albo sikanie mogło powodować czarną rozpacz, za to dźwięk piszczącej gumowej myszki staje się głównym winowajcą… I tak w kółko, aż dziecko zaczyna mówić. Nowy etap i nowe powody do płaczu…

Guciutek wpada w amok płaczu mniej więcej co 7-10 dni. Szczególnie gdy jest zmęczony, przebodźcowany. Nagle zaczyna okropnie krzyczeć. Brzmi to mniej więcej jak połączenie zepsutej piły mechanicznej z rżeniem konia w agonii. Znacie to? No to wiecie, jak system nerwowy dorosłej osoby może na coś takiego reagować. Co wtedy robię? Nic. Właściwie nic szczególnego. Oferuję pierś. Z reguły nie chce. Bujam. Nie pomaga. Noszę. Nic. Kładę spać, daję smoczek. Amok trwa. OK, czyli to coś, na co nie mam żadnego wpływu. Po co mam nim trząść skoro to nie przynosi ulgi? Po co tracić cenną energię. Kładę go koło siebie, smoczek trzymam w pogotowiu, tak jak i gołe cycki zaraz przy jego nosie w razie gdyby zmienił zdanie. Otulam, całuję w czółko. I jestem. Fizycznie cała należę do niego, ale na tym etapie wiem, że nic nie zależy ode mnie. Chcę jednak, żeby wiedział, że w przypadku tego głębokiego nieszczęścia, jakie go spotkało, czymkolwiek ono jest spowodowane, nie zostanie sam. Nie staram się obsesyjnie go uciszyć. Mam w dupie, że sąsiedzi pomyślą o mnie, żem zła matka. Ma taki czas i tak to musi wyglądać. Jego historia jest trudna i smutna, ale nie moją rolą jest ją na siłę naprawiać. Wysłucham. I tyle.

Jestem z nim tak długo, aż zaśnie i wtedy wiem, że zrobiłam co mogłam. Nie żeby przestał płakać, żeby się przymknął, żeby ulżyć mu w cierpieniu. Tak, dziecko płaczem sygnalizuje potrzebę, ale nie każdą można zaspokoić z ,,zewnętrz”. Są potrzeby, których nie odgadniemy albo na które nie zaradzimy. Co można zarobić, to pokornie zaakceptować ten fakt i być. Jeśli poza coraz silniejszym bujaniem i wpychaniem smoczka potrafisz to zrobić- to nie tylko dobry z ciebie rodzic, ale przede wszystkim dla tego małego nieszczęsnego człowieka w chwili kryzysu stajesz się przyjacielem na dobre, na złe i na najgorsze.