Archiwa tagu: nowe umiejętności

Mama gepaldzica

Bardzo lubię, gdy Felek chce, żebym była ,,mama niedźwiedzicą” czy ,,mamą gepaldzicą”, w każdym razie gdy zabawa polega na tym, że jesteśmy zwierzakami- ja mamą a oni moimi małymi. Bo to pozwala mi snuć wizję macierzyństwa, jakie uważam za idealne. Bezwarunkowego, niewerbalnego. Lwica uczy lwiątka polować po to, by przeżyły, nie dlatego, że obawia się uwag ze strony innych lwic. Nie po to, by ktoś się na jej dzieci ,,dziwnie nie spojrzał”, lecz po to, by mogły sobie poradzić kiedyś same.

I o dziwo, lwica korzysta z innych narzędzi, skuteczniejszych chyba, niż zrzędzenie! Ośmieszanie, zawstydzanie. Bez końca gadanie. Tego gadania chciałabym aby i u nas było mniej. Staram się gryźć w język, ile mogę, ale czuję, że do ideału (nie do lwiego ideału, bo tu nie aspiruję!) mi daleko. Ale pocieszyło mnie jedno: ostatnio na fanpejdżu jednego z dzieciowych blogów mamy wymieniały się tekstami, jakich najczęściej używają wobec swoich dzieci. Miało być zabawnie, więc w atmosferze rozrywki padały takie przykłady, jak: nie wolno, zejdź, zostaw, nie bierz, cicho, nie skacz, oddaj, przestań. Właściwie nic w innym stylu się nie pojawiło. Zrobiło mi się strasznie żal tych dzieci, tych mam.

I jednocześnie odczułam lekką ulgę.

Plac zabaw od lat 5

Zastanawiam się, jak wiele razy podcięłam synkowi skrzydła. Kiedy kończy się wsparcie, a zaczyna kwoczenie (słowo to może dla każdego oznaczać co innego, dla mnie jest bezrefleksyjnym ,,chodzeniem za dzieckiem”, otaczaniem go opieką nawet gdy tego nie potrzebuje itd.). Byliśmy dzisiaj w markecie ogrodniczym połączonym z restauracją i placem zabaw wśród drzew- takim bardziej torem przeszkód dla dzieci w wieku 5-12. Felek ma niecałe 4, więc tata miał go na oku. I wszystko ten czterolatek chciał robić! Jakże inaczej, niż kiedy jest ze mną. Gdy jęczy, że nie umie, że mam mu pomóc. A przecież nie jest tak, że zawsze pomagam. Drżę, gdy jest wysoko itd, ale jak uważam, że da radę, to palcem nie kiwam, jednocześnie zachęcam, do znudzenia powtarzam, że sobie poradzi, unikam sformułowań typu ,,Nie rób, bo spadniesz, bo coś tam”, żeby nie myślał, że w niego nie wierzę. Dzisiaj ten widok synka szalejącego po śliskich kłodach i pajęczynach linowych właściwie bez asekuracji, wzruszył mnie, ale dał do myślenia. W końcu się zdenerwowałam sama na siebie: co robię nie tak?!

Po jakimś czasie poszliśmy coś przekąsić, Felkowi szybko się znudziło i zapytał, czy może iść na plac zabaw. Okna restauracji dawały szeroki wgląd na to co się tam dzieje, więc zgodziliśmy się, zastrzegając że nie ma robić nic, z czym może sobie nie poradzić, bo my jemy i nie pójdziemy do niego. Ja podskoczyłam już jak tylko wchodził na wysoką obłoconą górę i lekko się poślizgnął. Już chciałam zawołać, że ma uważać, kiedy spostrzegłam, że jego pośpiech na górce wynikał z pragnienia zabawy z chłopcem, który się tam kręcił i bawił plastikowym mieczem. Niesamowite. Felek bez opieki to chłopczyk sam zaczepiający starsze dzieci, w dodatku angielskie. Polecieli gdzieś razem. Obserwowałam ich w napięciu, chociaż Marcinek namawiał, żebym zluzowała. W pewnym momencie podeszła do nas kobieta z informacją, że powinniśmy pomóc dziecku zejść z drzewa, bo samo nie potrafi. Poszłam, okazało się, że on wcale nie chciał schodzić! Że z boku jest dziupla, przez którą potrafi się prześlizgnąć na ziemię. Wróciłam do stolika. Za chwilę widzę, że Felek macha do mnie z niewyraźną miną- znowu stał na tej śliskiej kłodzie. Marcinek nalegał, bym została, chwilę wytrzymałam, ale w końcu poszłam…  Przecież moje niespełna czteroletnie dziecko wołało o pomoc na placu zabaw przeznaczonym dla dzieci od lat 5!!!

I co? Okazało się, że to, co przed chwilą było łatwe i oczywiste, przestało takim być, gdy tylko raz zaoferowałam swoją pomoc. Chociaż w wcześniej w dziupli się mieścił, teraz jawiła się Felkowi jako zbyt wąska (a jak utknęęęęę??!!) i zbyt wysoko nad ziemią (a jak spadnęęęęę??!!). ,,Przecież przed chwilą sobie tutaj poradziłeś”- mówię zaskoczona. A on już podskakuje zdenerwowany i prawie płacze. Chcąc uniknąć histerii, trochę mu pomogłam. I do teraz żałuję, chociaż w sumie, jakie miałam wyjście?

Marcinek do mnie: ,,Pół godziny z tatą i dziecko już się niczego nie boi”. Dobrze, że nie dodał oczywistej konkluzji, że jak tylko na horyzoncie pojawia się mama, każdy krok wymaga asekuracji. A mnie to… wkurza. Może dlatego, że obnaża moje słabości? Brak cierpliwości, strachliwość, brak pewności siebie? Dziwi mnie też, że Lila zupełnie się tymi moimi cechami nie przejmuje, zarówno pod okiem taty, jak i mamy włazi wszędzie za ośmiolatkami, krzyczy ze złości, jak jej na coś nie pozwalam w lęku o jej życie, wspina się, łapie, zjeżdża sama, wchodzi na drabinki, nie martwiąc się zupełnie przedziałami wiekowymi. Ma niecałe półtora roku a mniej wymaga wsparcia (bo wcale) na placach zabaw niż czteroletni Felek. O co tu chodzi? Nie wiem, ale przestałam ostatnio chodzić na jeden plac zabaw koło nas- za dużo nerwów kosztowało mnie bezkresne przekonywanie Felka że umie wejść na drabinkę, na którą zupełnie niespodzianie zaczął bać się wchodzić a jednak nadal wchodzić chciał. Stwierdziłam, że wolę sobie i jemu tej traumy oszczędzić. Marcinek już zapowiedział, że jak tylko czas mu pozwoli, od razu tam Felka zabierze…

Ulga

Nie ukrywam- opieka nad noworodkiem, niemowlęciem, maluszkiem, wszystkie te przewijania, smarowania, zagadkowe płacze, bóle którym nie umiem zaradzić SĄ dla mnie udręką. Przy Felciu miałam jeszcze więcej siły za to mniej odwagi, by się do tego przyznawać, przy Lilci ani przez chwilę nie udawałam, że sprawiają mi te wszystkie czynności przyjemność. Moje dzieci kocham szaleńczo, dbam o nie z miłości jak najlepiej potrafię, ale wszystko co nosi znamiona konieczności wywołuje u mnie reakcję alergiczną. Do rzeczy.

Właśnie osiągam etap wielkiej ulgi. Dziś uświadomiłam sobie, jak wiele Lilcia rozumie. Wie co to znaczy położyć coś, wziąć, zanieść, dać komuś, nakarmić, przyjść, wykonuje proste polecenia. Nie chodzi mi absolutnie o jakiś posłuch, którego zupełnie nie wymagam, raczej o ułatwiony kontakt, czyste szczęście, jakie daje bycie razem. Moja córeczka zaczyna powtarzać łatwe słowa. Wiele wymyśliła swoich, opracowała bogaty system gestykulacji. I co z tego, że Felek w tym wieku prawie normalnie już gadał? On z kolei całkowicie kuleje, jeśli idzie o przekaz niewerbalny. Na przykład jak czegoś nie ma, Lilcia rozkłada ręce i robi zawiedzioną minę, Felek po prostu mówił ,,nie ma”. Czy jest sens to porównywać?

Właśnie osiągam etap prawdziwej radości z faktu, że mam dwoje dzieci i każde z nich jest totalnie inne. Do niedawna, przyznaję to szczerze, frustrowało mnie strasznie, że Felek w tym wieku już to, już tamto, a ona nic, że mimo skończonych nastu miesięcy wciąż jest niemrawą dzidzią wymagającą pełnego obsłużenia. A przecież ona próbuje się sama rozbierać i ubierać, po spacerku sama ściąga buty (Felek do dziś tego NIE ROBI!!!), potrafi prawidłowo trzymać kredkę podczas rysowania (Felek nie potrafi), wie do czego służy mnóstwo przedmiotów i usiłuje naśladować ,,dorosłe” zachowania. Felonek nigdy takich ciągot nie przejawiał. To dwa światy. Teraz, gdy moja dziewczynka powoli zaczyna być kompanem, a nie tylko źródłem obowiązków, dostrzegam, jak bardzo mnie ubogaca ich inność, jakiej tolerancji i otwartości mnie to uczy, jak pobłażliwa jestem dla wszystkich i wszystkiego. Jak bardzo nie muszę sama być idealna pod każdym względem. To na prawdę wielka ulga.