Archiwa tagu: noworodek

O czym tu napisać?

Pomyślałam, że warto byłoby napisać, jak nam się wiedzie. Ale wszystko wydaje się tak oczywiście normalnie zwykłe że mam problem z wyborem tematu na wpis. Czy wartym wspomnienia wydaje się fakt, że Gucio przez 3 tygodnie życia przybrał na wadze ponad 1100 gramów? Tucznik nie daje mleczarni wytchnienia. Karmię go według jego potrzeb które są niezmierzone. A każdego wieczora jest wizualnie większy niż był o poranku.

Codziennie wychodzimy albo jedziemy na wycieczkę. Wróciliśmy na homeschoolingowe playgrupy. Starsze dzieci przyjęły to z wyraźną ochotą. Mamy trochę więcej do noszenia w plecaku bo póki co Guciutek nosi pieluszki i nie wydaje mi się, że szybko z nich zrezygnuję. Jak na razie 100 % wielorazówki- podarowane jednorazówki leżą smętnie w szafce. System prania i nakładania poszczególnych warstw na małą słodką pupeczkę powoli zbliża się do absolutnej perfekcji.

Dwa razy się z nim kąpałam i było to cudowne przeżycie. Jakbym znowu miała go w brzuchu albo rodziła. Ciepłe, małe zrelaksowane ciałko przylegające ciasno do mojego, dającego całe to tucznikowe życie. Guciutek zadowolony. Kąpiele wyniknęły z mojej potrzeby (ja chciałam się umyć a nie było co zrobić z dzieckiem!!!) bo maleńki jak był krystalicznie czysty, tak jest nadal.

W ciągu dnia właściwie nigdy nie jest odkładany. Spędza czas w chuście i na rękach. Czasami płacze, ale nie przeszkadza nam to, nie burzy nam spokoju i pewności, że wszystko jest jak ma być, dokładniena swoim miejscu.

Uroki połogu

Jestem, czuję się i trwam w połogu. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek napiszę czy pomyślę chociaż, ale cieszę się i delektuję tym stanem nicnierobienia, kiedy to jedyne o co mam dbać, to karmienie noworodka (mój jedyny który nie zmasakrował mi sutków w pierwszych godzinach po narodzeniu na 2 tygodnie!), tulenie go i sprawianie mu przyjemności. W zasadzie przez 8 dni swego życia poza brzuchem raz tylko płakał, podczas przewijania, bo tego nie lubi i chociaż staram się to robić szybciutko, kilka sekund potrafi zadecydować o utracie komfortu!

Wczoraj pierwszy raz dopiero go ubrałam…. I to tylko na chwilkę, bo wyszliśmy do ogrodu. Tak kocham ten dotyk, ten zapach, to całe Guciowe golusie jestestwo. O kąpaniu nie wspomnę… Nawet w planach tego nie mam póki co! Może kiedyś, późną wiosną ;)

Śpi oczywiście ze mną i zauważyłam, że znacznie rzadziej się budzi gdy styka się ze mną chociaż jakąś częścią ciała, choćby nóżką czy rączką. Jeśli się ocknie, bywa, że starczają delikatne całusy i wtedy nawet nie wymaga natychmiastowego karmienia, zasypia z powrotem. Niesamowite! Odkrywam te wszystkie pierwotne oczywistości i chociaż porażają logiką, nie potrafię oprzeć się zaskoczeniu! JAKIE TO PROSTE!!!!!!!!!

Żeby nie było tak sielankowo, zaliczyłam (pierwszy raz w życiu!) zapalenie piersi. Jak widać, zdarza się to i doulom, które doradzają w srawie jak tego uniknąć i jak sobie z tym radzić :) Zdarza się to i bez zakładania stanika, przy całodobowym karmieniu na każde kwilenie, w bezstresowym środowisku. Bólu nie da się opisać, jest straszny… Ale poszły w ruch różnorakie remedia, plus całą noc karmienie spod pachy i po dobie poczułam sens życia na nowo :)

Marcinek jest niezastąpiony, nie muszę o nic się martwić. Starszaki zadbane, dom ogarnięty, pojechali dziś nawet oddać książki do biblioteki :D Nie sądziłam,że to kiedykolwiek POCZUJĘ, ale tak!- lubię być w połogu.

 

Styczeń

Nie zrobiłam podsumowania roku 2016. Jego końcówka upłynęła mi na oczekiwaniu na ostatni, przed moim własnym, poród, asystowaniu świeżo upieczonym Rodzicom, a Sylwester- udzielaniu im pomocy w podróży ze szpitala do domu, która nie należała do łatwych ze względu na niezbyt wspierający personel… Bardzo emocjonalne to były dni i nagle do drzwi zapukał Nowy Rok, niosący pod pachą styczeń- miesiąc poprzedzający luty. A w lutym mam rodzić. No to będę rodzić

Mam już basen i piękny mięciutki czerwony koc, długie ciepłe pończochy na latanie z gołą pupą po zimnej podłodze w tę i wew tę w poszukiwaniu idealnego miejsca na ten jeden, ostateczny głęboki wdech i wydech zwieńczony tym historycznym pierwszym zaczerpnięciem prawdziwego powietrza zamiast życiodajnej krwi z hojnego łożyska, miejsca, które może okazać się łazienką, kuchnią lub którymś z 2 pokoi. A może rzeczywiście namiotem? Kto wie, ostatnio moja wizja tańczenia ze skurczami bardziej zbliża się do ciepłej wody i kąpielówek dzieci asystujących mi w basenie… To tak trudno zaplanować! Moje ciało być może już wie, jak to będzie, ja- jeszcze nie. Ale radośnie otwarta jestem na każdą możliwość.

Chce mi się dziecka strasznie i całkiem białawe mleko płynące przy niewielkim  nacisku nieuchronnie o tym świadczy. Jestem już dość zmęczona ciążą, która od samego początku mnie nie rozpieszcza, od kilku dni doświadcząc dodatkowo ostrym bólem miednicy, który utrudnia chodzenie, siedzenie, wstawanie, zmienianie pozycji z jakiejkolwiek na jakąkolwiek. Skutecznie ratuję się masażami i olejem z nagietka, ale na prawdę pomaga zwykły odpoczynek i brak konieczności wykonywania ruchów. Poród po tym wszystkim to będzie pestka, dobrze to wiem, bo jak porównać maksymalnie dobę dyskomfortu z 9 miesiącami rzygania, mdlenia, bólu, obezwładniającego zmęczenia, zgagi i tej irytującej zależności od innych? Już od dawna nie mogę podbiegać do uciekającego autobusu, ciasto robię siedząc na podłodze a skarpety czy buty zakładam przez pół godziny i muszę to sobie zawsze wcześniej rozplanować… Jakie to męczące dla kogoś kto podejmuje decyzje i żyje szybko, spontanicznie, uwielbia samodzielność!

Mimo tych wszystkich uniedogodnień wyobrażenie noworodka na brzuchu, przy piersi, w ramionach budzi we mnie wręcz dreszcz oksytocynowej rozkoszy. Jako doula niejedno już widziałam, a jako towarzyszka Kobiet- słyszałam i wiem, co niekiedy zdarza się podczas narodzin, jednak nie ma we mnie nawet 1% obawy. Może jest to naiwność, może brak wyobraźni, a może osiągnęłam taki jej poziom, że nic nie jest w stanie zaburzyć moich sielankowo idealnych wizji? Co ciekawe, dziecko jawi się w nich jako nieskażony byt, figura z macierzyńsko- platońskiej jaskini, a nie konkretna osoba. Nie potomek z którym jako matka wiązałabym jakiekolwiek oczekiwania. Nie strażak, nie filozof, nie tancerka, a nawet nie wolny duch, grzebiący w błocie cherubinek czy poważna buzia wyglądająca spod gustownej czapeczki. Ale ciałko. Oczy. Wszechmądrość w nich. Mleko. Śliskość. Pępowina. Purpurowe usteczka rozdziawione w pierwotnym, odwiecznym oczekiwaniu na zasłużoną bliskość ludzkiej skóry.

I nic mnie nie będzie obchodzić.

W narodzinach trzeciego dziecka upatruję nadejścia wolności. Jest to pierwsza moja świadomie zaplanowana ciąża, a los okazał się na tyle łaskawy, że dał mi ułudę poczucia decyzyjności w tym zakresie. Wiadomo, że wszystkie dzieci są planowane i chciane tylko nie zawsze przez swoich biologicznych rodziców i nigdy nie mamy prawa tego osądzać bo musielibyśmy być tysiącletnimi mędrcami, by znać historię każdej pary, każdej kobiety i znać okoliczności każdego poczęcia do jakiego dochodzi na tym świecie. A nikt nim nie jest. Tym razem czuję się jednak spokojna, bo nasza historia, ta, którą znamy i pamiętamy, pięknie i czule oplata naszą teraźniejszość. Czuję się wyróżniona. Że to wyjątkowe maleństwo uzupełni życiorysy wielu osób (póki co aż czterech) i że to ja pomogę mu wydostać się na ten świat.