Archiwa tagu: objawy ciążowe

Drużyna rośnie w siłę

Kto wie, ten wie, a kto nie wie, to się zaraz dowie, że na przełomie lutego i marca do naszej rodziny dołączy nowy człowiek. Nie wiemy o nim za dużo jeszcze poza tym, że nie lubi gdy mama za bardzo się obje albo jest głodna i oznajmia to natychmiastowym rozkazem pozbycia się treści żołądka. Co niestety nie ułatwia mamie życia ani opieki nad jego starszym rodzeństwem.

Bardzo serdecznie tego człowieka zapraszaliśmy od około roku i cieszymy się, że zdecydował się pozytywnie odpowiedzieć na nasze zaproszenie. Teraz trudno mi jakoś poddawać się ekscytacji bo fizycznie jestem do niczego, ale każdy dzień, już to wiem, zbliża mnie do lepszego samopoczucia oraz oczywiście do końca i początku czyli porodu.

Nie rezygnuję całkowicie z opieki prenatalnej, ale wybrałam lokalny Homebirth Team-  położna będzie przychodzić do mnie do domu a ja mogę wyrazić lub nie zgodę na jakiekolwiek zabiegi/ badania. Planuję skorzystać z jednego USG żeby potwierdzić orientacyjną datę porodu- z Lileczką, jak niektórzy pamiętają, jej ustalenie wiązało się z dość mocnym stresem i zachodem. Jestem spokojna i pewna siebie, ufam swojemu ciału i temu dziecięciu w 200% i cokolwiek się nie stanie, mam na to pełną zgodę w sobie. Powiem tylko że bardzo fajnie być w ciąży z takim podejściem i umila ono nawet regularne wizyty w toalecie oraz całodobowe mdłości. Będę oczywiście na bieżąco zdawać relację co i jak :)

Ile ci jeszcze zostało, bidulko?

Tytuł tego wpisu to pytanie, które ostatnimi dniami słyszę nader często. Szczególnie w sklepach, kiedy panie ekspedientki rozczulone są moimi zabiegami mającymi na celu powstrzymanie Felcia od robienia niekontrolowanych, samodzielnych zakupów oraz konsumowania ich na miejscu. Rada bym była sama znać odpowiedź, bo autentycznie zaczęło mi robić różnicę, czy urodzę bardziej 8, czy bardziej 26 września… Dzisiaj po raz pierwszy ktoś wykazał się dobrą wolą, by mnie pocieszyć, a mianowicie koleżanka Ala (mama Poluni, o której już pisałam) podczas telefonicznej pogawędki powiedziała to, co tak pragnęłam od dawna usłyszeć- że jej też się wydaje, że to będzie szybciej… Szkoda, że przez telefon nie można rozmówcy wycałować. A miałam na to ochotę, bo gdy ostrożnie wydukałam, że z badań USG od dawna wynika późniejszy termin, moja kochana Alusia zaczęła sypać przykładami, które dowodziły błędów w tego typu badaniach, tzn. historie, jak to dzieci rodziły się wcześniej, niż im to przepowiadał bezduszny ultrasonograf. Czy przeklinanie na blogu jest karalne? Bo już, k…, na prawdę zaczynam mieć dosyć.

Drugi dzień bez sił na plac zabaw. Wystarczyło ich od biedy na zakupy i kulinarne realizacje. Jutro mamy gości, więc trochę czasu spędziłam w kuchni-  pizza, tarta migdałowa, ,,sprzątanie”. Wykorzystał to mój syn i przy pomocy granatowego pisaka wykonał przepiękny fresk na ścianie w sypialni.  Gdy to zobaczyłam, zrobiło mi się słabo (może moja reakcja nie byłaby tak emocjonalna, gdyby nie fakt, że ściana i cała reszta nie należy tu do nas). ,,Kto tak ścianę porysował??!!”- krzyknęłam jak głupia, bo niby kto?!- święty Mikołaj?! Spojrzałam na dziecko. Musiałam groźnie wyglądać, bo skrucha na jego zasmarkanej i także kolorowej od pisaków buzi była oczywista i wręcz wzruszająca, chociaż mnie osobiście bardziej wzruszyła konieczność pozbycia się tej gustownej ozdoby. Wcale jednak się groźna nie czułam. Czułam się na swój sposób zdruzgotana, dopiero co uporałam się z cholernym ciastem na tartę, nogi mi drżały od długotrwałej pozycji stojącej, no i kompletnie nie miałam pojęcia, co z tym teraz. Malowidło rozpościerało się na powierzchni ok. 0,5x 0,8 metra. Nawrzeszczałam w swoim stylu na Felka, tzn. dosadnie poinformowałam go, że nie jestem zachwycona, ale to on wiedział, bo zgodne z prawdą stwierdzenie ,,Mama telaz będzie zła” usłyszałam, jak tylko mym oczom ukazał się powód tejże złości. A owszem, mama znów mało się z bezsilnego wkurzenia nie popłakała, gdy walczyła z niebieską tragedią, nie do końca skutecznie, więc czeka nas malowanie. Potem sprawca próbował być grzeczny. Słabo mu szło, bo od trzech dni dręczy go katar, nie może się wyspać a przez to cieszyć życiem a innych radować swoim jestestwem. Wczoraj zasnął po północy, obudził się o 7.30, następnie skrajnie wymęczony i zapłakany usnął w osamotnieniu 3 godziny później. I na prawdę było mi go żal. Nadal mi go żal. Nawet osoba dorosła wskutek nieżytu nosa odczuwa rozdrażnienie i ogólne rozbicie, a co dopiero taki maluch. Ale to nie zmienia faktu, że dał mi się dzisiaj strasznie we znaki. Może gdybym wymęczyła go na jakimś dłuższym spacerku albo tym nieszczęsnym placu zabaw, inaczej by to wyglądało. Koło się zamyka, bo dłuższe spacerki nie leżą obecnie w spektrum działań, na które starcza mi energii.

Wczesnym wieczorem umyłam niemiłosiernie brudne dziecko i oblekłam w piżamkę. Dużo czasu nie minęło i synuś zasnął, posapując. Gdy wdrapywał się na nasze łóżko (Superniania może mnie zj… ć za to, ale z reguły Feluś zasypia w naszym łóżku i dopiero kiedy sami się kładziemy, przekładamy pierożka na jego miejsce), pomyślałam sobie: jakie to śliczne pulchne udka i króciutkie rączki, a te dziurawe łokietki to już w ogóle, jak tego nie kochać? I po raz kolejny naszła mnie refleksja, że przecież w wielu rodzinach dzieci za takie happeningi, jak ten dzisiejszy ze ścianą, normalnie dostają w dupsko. Nie jestem święta, bo ja mam także od czasu do czasu niepomierną ochotę przetrzepać Felcia pasem albo strzelić mu w łeb z płaskiej! Czyli agresja gdzieś tam jest, mimo, iż bardzo bym chciała jej uniknąć. Kim jednak są ludzie, którzy tej agresji ulegają i wyładowują emocje na miękkim, totalnie, przerażająco bezbronnym ciałku? Co oni myślą na swój temat? Bo gdybym ja uderzyła dziecko, lekko czy mocno, to chyba bym poważnie myślała o samobójstwie, dla mnie to dno den- wykorzystywanie fizycznej siły względem kogoś słabszego do osiągnięcia jakiegokolwiek celu. I czy to jest kopnięcie psa, klaps wymierzony dziecku, gwałt czy kradzież torebki staruszce, jest to dla mnie, poza tym, że pełne bólu dla ofiary, także, a czasem przede wszystkim, żałosne przez wzgląd na sprawcę. Interesuje mnie, kogo, a raczej co, taka osoba widzi w lustrze.

Morale sobie podnoszę, a oddychać, jak nie mogłam, tak nie mogę. Słucham sobie maksymalnie energetycznych piosenek, dzięki którym rośnie mi dusza. Coś w tym jest, że muzyka reggae i jej przekaz pomagają przeskoczyć mentalnie większość, jeśli nie wszystkie problemy! Co by nie było, jestem szczęśliwa, a jest to zasługą trzech istot, które są blisko mnie. Z niedogodnościami związanymi z finiszem ciąży muszę zmagać się sama, ale to te istoty sprawiają, że łatwiej mi liczyć dni i widzę piękny sens w każdym z nich.

Pomoc przy wstawaniu pilnie potrzebna…

Doczekałam tego etapu ciąży, kiedy samodzielnie nie potrafię wstać z łóżka i nawet udało mi się nauczyć synka pomagać mamusi w tych trudnych chwilach… Oczywiście przy odpowiednim nastawieniu psychicznym oraz napięciu konkretnych mięśni- owszem, wstanę, jednak są to próby na prawdę wysiłkowe… Jak już wstanę i się rozkręcę to nawet jakoś funkcjonuję! Łatwiej jest mi chodzić z wózkiem, bo chociaż muszę go pchać, a jest wyładowany sprzętem piaskownicowym oraz zawodnikiem wagi średniej (rocznik 2009), to jednak mam jakieś tam oparcie i nie muszę tak obsesyjnie dbać o utrzymanie jako takiego pionu… Ten kryzys naszedł mnie w sobotę, kilka dni temu, kiedy to byliśmy z Marcinkiem gośćmi na weselu koleżanki. Nie, żebym jakoś intensywnie tańczyła, po prostu ślub ten od dawna traktowałam jako jakąś metę i po osiągnięciu jej, organizm nieco spasował. Kolejną metą jest kolejny ślub- mojego brata, na którym muszę być. Odbywa się na początku września, a jak wiadomo, jest to miesiąc, w którym mam wyznaczony ,,termin porodu”. Wizualizuję sobie już transport z sali weselnej wprost na porodówkę. A potem będziemy już razem.

Kompletujemy już powoli (bardzo powoli) wyprawkę dla naszej królewny. Mam już właściwie pełne wyposażenie, jeśli chodzi o ubranka, dzisiaj pojawił się u nas przewijak, czekamy na fotelik samochodowy i leżaczek- bujaczek, które na razie zalegają w piwnicy naszych dawnych sąsiadów, rodziców Helenki. Czytam sobie czasami broszurki reklamowe i nabieram dystansu, tak, jak to miałam w zwyczaju czynić przy okazji pierwszej ciąży i narodzin syneczka. Co też człowiek tam może wyczytać! Na przykład, że większość noworodków cierpi na kolki, a lekarstwem na to jest unikalny przedmiot (zapomniałam nazwy), który wkłada się dziecku w dupkę, żeby udrożniał gazy… Przyznam, że słabo mi się zrobiło, a Lilka, czytając w moich myślach, poruszyła się niespokojnie, jakby chciała uprzedzić: ,,Jeśli takie tam macie metody na płacz dziecka to ja to pierd…ę i nigdzie nie wychodzę!”. Myślę sobie: Felek może z trzy razy miał twardy brzuszek- czy to była ta osławiona kolka? Nie wiem, ale pamiętam doskonale, jak sobie z tym radziłam: noszenie, masowanie, bujanie, kładzenie na brzuszku, głaskanie! I wcale nie przez całą noc, a np. 15 minut. Kim trzeba być, by w przypadku jawnej krzywdy maleńkiej istotki, potęgować ją jeszcze, ingerując w delikatne części ciała jakimiś plastikowymi instalacjami, zamiast zrobić ciepłą kąpiel, przytulić, ponucić do uszka? W ogóle nasz synuś zaczął płakać tak na prawdę, w wieku 5-6 miesięcy, gdy wyłoniły się pierwsze ząbki. Wcześniej chyba nie miał powodów. Wszystkie jego potrzeby zaspokajane były, nim sobie je uświadomił. Kilka minut przed jego zgłodnieniem w moich cyckach dochodziło do wybuchu gejzerów mleka, które powodowały natychmiastową konieczność podłączenia pompy ssącej. Pompa ssała i tym sposobem nawet nie poczuła głodu, a już jego widmo zostawało oddalone na kolejne 2 godziny. Za dnia- jak koalka- cały czas przy mamie, czy to w chuście, czy na rękach, czy położony w leżaczku obok, bez przerwy zagadywany, zaśpiewywany, muskany, całowany. Przez cały okres pieluchowania tylko 2 razy odparzona skórka- ale wypadki te zdarzyły się pod opieką osób innych niż mama, czy tata. No i najważniejsze- reakcja na każde stęknięcie, każde mrugnięcie i pierdnięcie, przez okrągłą dobę. Nie miał kiedy się popłakać, bo po prostu nie zdążył. Pewnie niektórzy pomyślą: wariatka. Po co się tak poświęcać, po co tracić siebie? Dziwne, ale w ogóle nie postrzegam tego w kategorii poświęcenia. Ta niezwykła symbioza, jaka łączy dziecko z rodzicami (z każdym w inny sposób, myślę, że mama to raczej biologiczne utrzymanie przy życiu, a tata- rozwój duchowy), była i jest dla mnie fascynująca. Dlatego nie czułam się dzieckiem obciążona. Teraz to co innego- organizm dopomina się o swoje, a Felek o swoje. Ale gdy już urodzę, myślę, że uda mi się te wszystkie żądania pogodzić, bo będę nieco bardziej mobilna. I problem wyimaginowanych kolek, które wg mnie to w zdecydowanej większości przypadków objaw tragicznej tęsknoty za bliskością, nie będzie nas dotyczył.

Jest mi już dość trudno się poruszać. Miewam skurcze, które za każdym razem wywołują popłoch, bo a nuż to już? Niedawno moja koleżanka urodziła córeczkę miesiąc przed spodziewanym terminem. Tęsknię już za moją Lilianną, ale każdy dzień zbliża nas do siebie. W obliczu tego faktu wszystko inne przestaje się liczyć.