Archiwa tagu: odzież dziecięca

Na grupie homeschoolingowej nie ma grubych dzieci

Nigdy wcześniej nie przyszło mi to do głowy, mimo, że na rozmaite grupy związane z edukacją domową chodzimy już ładnych 15 miesięcy. Może dlatego że wobec dzieci raczej nie jestem czepialska, może dlatego, że zwracam uwagę głównie na własny przychówek gdy odwiedzam jakiekolwiek miejsce publiczne. Nie wiem. Faktem jest jednak, a uświadomiła mi go dzisiaj Annabelle, mama sześcioletniego chłopca, że nie przypominam sobie ani jednego dziecka z nieznaczną choćby nadwagą z jakiejkolwiek grupy. Dzisiaj serce aż rosło, bo na spotkaniu lokalnych ,,homeschoolersów” było kilkadziesiąt dzieciaków i jesienna szaruga zarumieniła się wszystkimi kolorami tęczowych fatałaszków. Za namową Annabelle przyjrzałam się gromadce. WSZYSTKIE dzieci szczupłe, od maluszków stawiających pierwsze kroki po starsze nastolatki.

Nie zamierzam wyciągać pseudonaukowych wniosków, szczególnie że jako matka dzieci cieszących się unschoolingiem wiem, że to wcale nie jest takie idealne. Nie jest tak, że nasza dieta jest najzdrowsza na świecie a dzieci całymi dniami nic innego nie robią tylko ganiają po podwórku (w Londynie o to ciężko). Czasami spędzamy dni w domu, czasami dostają jajka niespodzianki. Jest… normalnie. I wiem z wywiadów, że w innych rodzinach jest podobnie. Normalnie. Nieidealnie.

Przemyślenia te natomiast popchnęły mnie w kierunku zagadnienia czynników psychicznych w nadwadze i otyłości. Bo przecież nie jest tak, że dzieci chodzące do szkoły są grube. Nie wszystkie przecież! Jakiś tam ich procent. Ale wszystkie z tym problemem, które znam, chodzą do szkoły. Natomiast nigdy nie widziałam dziecka choćby z nadwagą w kręgu edukacji domowej. Sama nie wiem co o tym sądzić.

 

Sleep over w wydaniu Lili

Lila postanowiła, że spędzi swoją pierwszą w życiu noc bez żadnego z rodziców. Spakowała się w karton oraz dwa plecaki i zaczęła mi suszyć głowę, że chce jechać do swojej przyjaciółki Mai. Zaaranżowałyśmy zatem z mamą Mai (wzięłam kobietę na litość bo dwa dni latania z kartonem i w kurtce zimowej Lileczki stękającej że chce spać u Mai nadszarpnęły trochę moje zdolności trzeźwej oceny tej towarzysko zawiłej sytuacji) możliwość debiutu mej córeczki a emocje zaczęły galopować ku wszelkim zenitom.

Nadszedł TEN dzień. Mama Mai miała przyjechać po moją córę ok. godz. 15.00. Już dzień wcześniej czułam niejasne wzruszenie i układałam zdania na bloga, bo wiedziałam, że muszę się tym podzielić. Wszak to kamień milowy! Owszem, bywała już Lila u Mai bez mamy i nawet bez Felka, ale to jednak co innego! Dzisiaj z samego rana podekscytowana Lilianna ubrała się w spodnie, sukienkę, zimową kurtkę, zimowe kozaki i założyła załadowany po brzegi plecak. Felinek niedomagał (w sensie leżał, w żadnym innym wypadku bym sobie na to nie pozwoliła żeby w TAKIM momencie do 15.00 usiłować wytrwać w domu!! ) więc musiałam patrzeć na to apogeum bezproduktywnej ekscytacji bezsilnie i wyczekująco. Kilka kryzysów po drodze dziecina miała, przykładowo nagle podczas robienia kukiełek do teatrzyku wygięła buzię w podkówkę i rzuciła się na cycka:

- Tak stlasnie chcę zeby juz byłam u Mai!- łkała. Boże jak ja ją rozumiałam!

W końcu, po wielu godzinach niepewności, kilku posiłkach, próbach zabawy i sesji czytania (wciąż w butach, kurtce i plecaku) przyjechała Maya z mamą. Cóż to było za święto! Niestety nie dane mi było pogadać sobie ze znajomą a tym bardziej zaoferować nic do picia, gdyż Lila tonem nieznoszącym sprzeciwu zaordynowała wyjazd. Do Mai spać!

W tym czasie w wyniku zamieszania Felinek na jakiś czas ozdrowiał na tyle, że mogliśmy pojechać przesadzić dynię na allotment (ogródek działkowy,niedawno nam przydzielili! Marcinek praktykuje tam zdobywaną na bieżąco wiedzę z zakresu permakultury).

Bardzo szybko minęły 3 godziny pobytu Lili u Mai i mama Mai napisała, że przywiezie nam Lilę, bo Lila już nie chce spać u Mai. Pokiwałam głową nad telefonem wracając autobusem z allotmentu.

Lila zupełnie normalnie oznajmiła, że jest jeszcze za mała na spanie bez mamy a ja w głębi serca przyznałam jej rację. Jestem jednak z niej bardzo dumna że spróbowała. I z siebie, że tak spokojnie przyjęłam zmianę jej decyzji. I że zupełnie mnie to nie ruszyło w negatywnym kierunku jakimkolwiek.

Bo jedyne na czym mi zależy, to wychować Kobietę, która nie będzie się bała podejmować decyzji ani krępowała się informowaniem innych o ich zmianie. To nie jest kapryśność, lecz wspaniała samoświadomość. Moja mała, duża dziewczynka.

Bez butów

Czasami mam wszystkiego dosyć, czasami namacalnie wręcz czuję sens tego w czym zdecydowaliśmy się płynąć. Dzisiaj był jeden ze zwyczajnych dni- wypad do parku, spotkanie ze znajomymi, zabawa błotem, przebieranki w muzeum. Felek przebrał się za starowinkę, Lila za Cygankę, dzieci z którymi byliśmy też ponakładały na siebie różne śmieszne i dziwaczne łaszki. Śmiechu i wariowania co nie miara.

Gdy nadszedł na to czas, ruszyliśmy przez miasto na przystanek tramwajowy. Lila w przebraniu tygryska i różowych lakierkach. Felek na bosaka. Po chodniku, ulicy. Ludzie się gapią, a my śpiewamy na głos. Popołudnie, więc dzieci wracające ze szkół mijały nas co kilka metrów. W mundurkach, lśniących czernią przepisowych butach na wlokących się nogach. My w podskokach, aż Felinek obtarł sobie piętę do krwi. Wtedy bez żadnych ceregieli ubrał buty. LIFE. To takie proste wszystko, że aż czasami boli.

Gdy tak bardzo bardzo uczestniczymy w zmianach jakie w sposób oczywisty dokonują się na tym świecie, jestem porażona ich intensywnością. Na boso przez metropolię dojdziemy do celu.