Archiwa tagu: pasja

Dziękujemy i żegnamy

Jutro wracamy do Anglii. Dziękujemy wszystkim, którzy mimo fatalnej pogody przybyli na ognisko urodzinowe Felka, w dodatku je rozpalili z pomocą mokrego drewna (mama tym razem nie dała rady :) ). Wszystkim, którzy nas odwiedzili i zaprosili do siebie. Za piękny czas.

Żyję zmianami, które nam się szykują i bardzo, że tak powiem, duchowo je przeżywam. Prawdopodobnie już w czerwcu zamieszkamy w Londynie, w doborowym sąsiedztwie Kasi i jej rodzinki. W połowie maja zaczynam pierwszy stopień kursu doradztwa laktacyjnego. Dzieci zdecydowałam się na czas zajęć oddać do punktu opieki dla maluchów ,,kursantek”. Mam trochę obaw, ale więcej siły. Zamierzam szczegółowo Felciowi wytłumaczyć, co go czeka i dlaczego jest to dla mnie ważne, natomiast jeśli idzie o Lilcię, jestem wręcz pewna, że nie przeżyje tam dużej traumy, o ile oczywiście panie faktycznie się nią zajmą.

Jeszcze tylko horror lotu i powrotu z lotniska… I dalej można bez większych przeszkód realizować swoje śmielsze niż zwykle plany.



Integracja sensoryczna :)

Ostatnio wszędzie, gdzie nie trafiam, napotykam sformułowanie ,,integracja sensoryczna”. A ponieważ moje młodsze dziecko jest tak fantastyczne, że zupełnie mu nie przeszkadza mama siedząca przy komputerze podczas jego normalnej dziennej aktywności domowej, wykorzystuję ten błogi czas (bez Felcia, któremu, owszem- przeszkadza!) i się dokształcam, dowiaduję i kontaktuję. Trafiłam chociażby na stronę sklepu ze sprzętem do integracji sensorycznej… Mój Boże, żele, musy, farby, mazie, piany, coś tam, no wypas! Aż mi się głupio zrobiło, że jestem taką złą matką i jeszcze nie obczaiłam żadnej angielskiej miejscówy do zakupów tego typu, no jak to, dwoje dzieci i zero musu zielonego na chacie! Świadomie je ogłupiam i sprawiam, że sensorycznie nigdy rówieśników nie dogonią…

Jak to zwkle bywa, z pomocą memu zbolałemu sumieniu podążyła moja córka. Od rana (od wstania z łóżka) zupełnie mnie nie zauważała, co nawet dziwne, bo z reguły po śniadanku miałyśmy swoje mizianie  (wiele różnych czynności się w nim zawiera) w programie, ale może wystarczyło jej to, że po przebudzeniu spędziłyśmy w łóżku ok. 50 minut i się namiziałyśmy ile wlezie. Córka moja czas ten spędzała nadzwyczajnie aktywnie. Ja piłam kawę, ona buszowała. Cicho nie było, więc się nie martwiłam. Najpierw otorzyła kuchenną szafkę i wywaliła wszystkie reklamówki oraz sprzęt do gotowania na parze (w częściach). Zawsze gdy coś huknęło, zapuszczałam żurawia do kuchni, upewnić się, że to nie czaszka, tylko np.  plastikowa pokrywka. Lulcia ułożyła sobie wszystkie części naczynia do gotowania na parze w rządku, wyjęła jeszcze naręcze czystych kuchennych ścierek, odłożonych na czas, aż te co są brudne, zbrudnieją do reszty, po czym przykładała je do poszczególnych plastikowych części. Chyba jednak do żadnych konstruktywnych wniosków nie doszła, ponieważ w pewnym momencie zaczęła wszystko rozwalać i rozrzucać, z dość dużą dozą namiętności. Zaspokojona poszła  w róg, gdzie trzymamy zapas cebuli i makaronu. Wywaliła sobie trochę tego, trochę tego i dość długo smakowała, układała, rozrzucała, wąchała, lizała, przekładała, kładła jedno na drugie, przypomniała sobie nawet o naczyniu do gotowania, które tak niecnie potraktowała, teraz wróciło do jej łask i służylo jako coś w rodzaju podkładki pod makaron… Cel tego był dla mnie trudny do określenia, ale sensorycznie wyglądało to całkiem całkiem…

Wszystko co dobre, kiedyś się kończy, także kawa, chociaż zakupiłam możliwie największy kubek (może służyć nawet jako wazon). Obiad do zrobienia, kotlety du usmażenia, makaron do ugotowania. Chciałam Lileczkę wziąć do chusty, bo zawsze boję się o nią, gdy pichcę, a ona kręci mi się pod nogami, oczami wyobraźni widzę spadającą gorącą patelnię, wylewający się wrzątek… Rzeczy te niekiedy mi się zdarzają, ale Opatrzność czuwała na tyle, by akurat Lileczki w pobliżu wtedy nie było. Niestety nie opracowałyśmy wciąż wiązania na plecach, dziś prawie się udało, ale prawie robi różnicę, jedna z nóżek wydawała mi się zbt ściśnięta, chciałam poprawić, Lileczka zaczęła się wić… Nie dało rady. No więc chwyciłam ją i położyłam sobie na biodrze, ona to uwielbia, pomyślałam, że jakoś to będzie, akurat do gotowania obiadów z użyciem jednej tylko ręki zdążyłam przywyknąć. Odkręciłam kran, by nalać wody do granka. Już malutka łapka zlądowała pod lodowatym strumieniem. Zdziwienie, ale nie cofnęła się. Kran zakręcamy, dziecko bacznie przygląda się tej magii. Ale miało ochotę nadal sensorycznie się rozwijać i z trudem postrzymałam je przed poczęstowaniem się kawałkiem indka podczas smażenia… Cóż. Muszę Lilci dać jakąś zabawkę. Dużo czasu na myślenie nie miałam, położyłam córeczkę na podłodze i żeby nie zmieniała przez chwilę miejsca pobytu, zupełnie bezrefleksyjnie dałam jej talerz z resztką bułki tartej, używanej przy panierowaniu… Nie, no większej radości nie mogłam jej sprawić. Nie dość, że można macać, szczypać, przesypywać, łapać w garstki i wypuszczać, to jeszcze było to, powiedzmy, jadalne! Sensoryczny raj!

Obiad zrobiony, czas na odpoczynek. Włączyłam sobie muzykę, energetyczny dancehall, przy którym moja córcia, wzorem matki, uwielbia podrygiwać, rytmicznie podnosząc i opuszczając rączkę, jak wzorowa fanka Kamila Bednarka w transie pod sceną! Do tego robi poważną, zaangażowaną minę i patrzy na mnie ogromnymi oczami, czy widzę… A jak ja mam tego nie widzieć, no ludzie. Przecież ze szczęścia mało nie padnę, że tu ruch, słuch, wzrok, a wcześniej wszystkie inne zmysły w totalnej integracji!

Na obiad było mięsko, makaron oraz surówka z kapusty, marchewki i papryki. Kolorowo, różne konsystencje, różne temperatury. Ciepły makaron, mokra kapusta, gadam do niej, ona je (rączkami, bo czym?), kiwa się w rytm ściszonej na okoliczność obiadu muzyczki. Jej mała twarz wywołuje bezwiedny uśmiech na mojej dużej. Sklep sklepem, tu chyba nie chodzi o bezkresne wydawanie pieniędzy…

Paczka

Dotarła dzisiaj paczka od mojej mamy. Zawartość paczki niezwykle mnie wzruszyła. Nie będę wszystkiego wymieniać, bo różnych większych i mniejszych drobiazgów były tam dziesiątki, napomknę tylko, że dwa opakowania kaszy gryczanej, kurteczka dla Lilki po Felku (dwa sezony spała w piwnicy!), kupiona jeszcze w Gdańsku na pchlim targu, pościel w jaskraworóżowe rybki dla nas oraz kilka słoików domowych przetworów spowodowały, że trochę zaszkliły mi się oczy. Ale nie mogłam się zbytnio rozklejać, ponieważ przy rozładunku pomagała mi pewna młoda osoba o określonych poglądach na jadalność i kruchość niektórych przedmiotów i musiałam ją z tych poglądów wyprowadzać bądź w nich utwierdzać…

Zaczynamy z Marcinkiem dość solidnie kształtować nasze plany, tzn. jesteśmy na etapie wiedzy, jak na pewno nie chcemy żyć. Oglądamy stuletnie chaty w Bieszczadach na sprzedaż:) To nie na jutro, nie na za rok. Może nawet nie na za trzy lata. Ale ważne jest, że znowu chce nam się wspólnie marzyć. Siedzieć razem nad miskami potrawy, która tym razem nie do końca wyszła. Żeby o niej nie myśleć, debatujemy, czy lepszy domek z gliny czy ze słomy. Ja tam nie wiem, byle był internet, bo muszę na bieżąco się wyżalać, że kapusta nie chce rosnąć. Dobra, kończę, bo po rozładunku muszę posprzątać póki pomocnik śpi!