Archiwa tagu: pediatra

Karmiłam dziś piersią w miejscu publicznym…

To było tak: Felek był w przedszkolu, więc poszłyśmy se z Lulcią na małe zakupy. I zaczęło się już przy kasie. Chciałam zapłacić za trzypak bodziaków z promocji, ale moja córka nie doceniła gestu i uznała, że co innego jej do szczęścia potrzeba. Trzymana na rękach, zaczęła się do mnie dobierać. Pani ekspedientka wyglądała na młodziutką osobę, jej mina nie zdradzała zainteresowania tym, co się rozgrywa przy dekolcie płacącej za towar klientki, więc zestresowałam się dopiero po wyjściu ze sklepu. I tak- zajęłam najbardziej środkowe miejsce najbardziej środkowego środka centrum handlowego. Nie ze złośliwości czy dla indoktrynacji. Po prostu nigdzie indziej miejsca nie było, a pokoik z przewijakiem i krzesłem był na innym piętrze. Nie miałam czasu, poza tym  pomyślałam: mam specjalnie się pieprzyć windą, by dostać się  rejony kibli i wtapiać w tłum myślący o oddawaniu kału i moczu, chociaż chcę tylko nakarmić dziecko? Nie, nie dam się. Usiadłam. Wielki sweter pozwolił nie pokazać aświatu ni centymetra skóry, ale bałam się spojrzeń- wszak takie DUŻE dziecko! Ukradkiem zerknęłam, ile już moralistów nade mną pomstuje. Nie było żadnego. Nikt nie zauważył, nikt się nie zdziwił, nikt nie odwracał głowy w zakłopotaniu, Lila possała najpierw jednego cycka, potem drugiego, odczekała chwilę i znowu drugiego, po czym zajęła się cały czas trzymanym w łapce maślanym ciasteczkiem.

Bo jestem normalna. Moje dzieci chodzą ze mną niekiedy na zakupy, gdzie kupuję im w sieciówkach piżamy i bodziaki, a jak stękają, to i ciasteczka. Małe awanturuje się, gdy ma wejść do wózka, duże, że nie chce iść do przedszkola. Wcale a wcale nie jemy jaglanki na śniadanie. Po co ja o tym piszę? Bo chcę pokazać, że to, co niektórzy uznają za wynaturzenie, to właśnie jego przeciwieństwo. Reagujemy brakiem zaufania na to, czego nie znam. Dlaczego tak rzadko spotyka się  kobiety karmiące starsze dzieci, powyżej roczku, dwulatki, przedszkolaki? Dlaczego się boimy? Ja wiem, dlaczego. Jednak, kiedy ktoś sugeruje mi, że może nadchodzi czas odstawienia Lulci, nie przejmuję sięi robię swoje. Szlag mnie tylko trafia, gdy na bardzo znanym ,,dzieciowym” blogu znajduję gloryfikację butli. To znaczy może nie gloryfikację, ale wprost napisane, że tak na prawdę nie ma różnicy, czym karmimy dzieci. Czytają to tysiące niepewnych siebie matek dziennie. Które,jak ja kiedyś łapią się na hasła typu: ,,Naturalne karmienie ma znaczenie tylko wtedy, gdy dziecko jeszcze nie je stałych pokarmów”, ,,mleko modyfikowane to idealny zastępnik mleka matki”, ,,karmienie naturalne to dla kobiety ograniczenie” itd, itp. Wiem aż za dobrze, jak to jest, bo miałam inne podejście niż dzisiaj jeszcze 3 lata temu. Dopiero po urodzeniu Lulci coś mnie tknęło. Jak każda niewierząca w swoje możliwości matka jeszcze w ciąży zaopatrzyłam się w pakę nanu czy innego bebika, ,,jak by co”. I pewnego dnia, pijąc rano kawę (Lulcia była malusia, więc wciąż byłam przekonana, że maksymalnie pół roku pokarmię i do widzenia), przyjrzałam się składowi owej paki. Przy taurynie zasłabłam. Kojarzyłam, że to składnik red bulla. Silnie pobudzający i niekiedy uzależniający. Raczej nie polecany jako element diety niemowląt. Resztę, ile zrozumiałam, tyle posprawdzałam w internecie. Ogarnęła mnie zgroza. Ale pomyślałam: jak odstawię, od razu dostanie mleko krowie, żadnych tauryn. Więc to jeszcze nie było to. Tymczasem karmiłam i Lulcia dobijała półrocza. Mój mąż był w Anglii, więc nie mając pomocy, uznałam, że póki co pokarmię jeszcze, a skończę, jak ponownie się zejdę z Marcinkiem. I na etapie tej decyzji wzięłam udział w internetowej dyskusji na temat kilkulatków przy piersi. Ja wtedy na prawdę nie miałam pojęcia, że tak się w ogóle zdarza, dla mnie to było zboczenie. Pisałam, co o tym sądzę, odezwały się matki karmiące dzieci w wieku przedszkolnym, trochę ich było. Słały linki, nawiązałyśmy kontakt prywatnie. Byłam w szoku, mimo różnicy zdań traktowały mnie z  ciepłem i szacunkiem. Pomyślałam: to ze mną jest coś nie tak. Czytałam zatem o tym, że tak na prawdę w naszym kręgu kulturowym trwa nagonka na karmienie naturalne. Że koncerny produkujące mleko w proszku opłacały lekarzy i położne, by wmawiały kobietom, że ich pokarm jest niepełnowartościowy. Wciąż nie chciało mi się wierzyć, tłumaczyłam sobie, że to jakaś schizofrenia. Aż nie poszłam z siedmiomiesięczną Lulcią na szczepienie do przychodni. Ponieważ córcia miała jakieś uczulenie na nóżce, pani doktor zapytała, jakie mleko jej podaję. Odparłam, że wciąż karmię. Doktorka przekrzywiła głowę i zrobiła sztucznie zdziwioną minę. Zaczęłam rozumieć. Po kilku dniach napisała do mnie znajoma, że właśnie odstawia półroczne dziecko od piersi, bo tak jej nakazano w szpitalu (małe miało nawracające uczulenia). Nagle takie sytuacje w moim otoczeniu zaczęły wręcz się sypać. A to koleżanka nie podjęła się karmienia noworodka zupełnie, bo jej mama wmówiła w nią, że z wcześniakiem (zdrowiutki, ale urodzony kilka tygodni przed terminem) musi co do mililitra wiedzieć, ile pochłania, a to zapewni wyłącznie butla. A to położna na pytanie o rozszerzanie diety zaczęła odpowiedź od tego, że piersią karmi się półroku, bo potem dziecko się uzależnia. Byłam przerażona. Czytałam coraz więcej i zdobyłam pewność, że zdecydowana większość przypadków karmienia maluszków butlą to NIE JEST żaden wybór kobiety, ale wynik manipulacji, agresywnej reklamy, braku wiedzy, braku pewności siebie, skorumpowania personelu medycznego. My matki, dyndamy na końcu informacyjnego łańcucha pokarmowego. Internet to niewiarygodna głębina, gdzie niedoświadczeni nurkowie łatwo biorą stary kalosz za skrzynię skarbów. Chłoniemy każdą informację, która pozwoli nam się lepiej poczuć- czyli odpowiadać na ,,potrzeby” konsupcjonistycznego świata. Wtedy czujemy się docenione- jak mimo potwornego zmęczenia uda nam się wyjść na imprezę raz w tygodniu (chociaż instynkt podpowiada raczej spać w tym czasie), schudnąć do rozmiaru sprzed ciąży w ciągu paru tygodni po porodzie. Licytujemy się, jak bardzo nie potrzebują nas nasze własne dzieci. Jeśli któreś za bardzo potrzebuje, to nasza wina, bo chowamy maminsynka, który se w życiu nie poradzi. A gdzie miejsce na relację? Na odwagę, by przyznać się: CHCĘ NAJLEPIEJ DLA MOJEGO DZIECKA I DAJE MI TO SPEŁNIENIE? Nie wypada tak mówić. Nie wypada gloryfikować bliskich relacji. Nie wypada karmić powyżej pół roku a publicznie w żadnym wieku. To wszystko z tego wynika. Odważmy się temu sprzeciwić.

Refleksje na wieczór

   Wiele tematów atakuje mnie ostatnio, czuję wręcz obowiązek pisania, ale bardzo łatwo przychodzi mi również odkładanie tego na niewiadomokiedy. Kilka razy mocno mnie coś trzepnęło w rodzicielski łeb i już, już układałam w nim skwapliwie treść na stronkę, kiedy okazuje się, że jestem zbyt zmęczona po wieczornym, prawie całkiem niewinnym spacerku z siostrą albo właściwie to już dawno nie widziałam się z sąsiadem i czas to nadrobić. Ale dziś, chociaż siostra nocuje u mnie i wybrałyśmy już nawet jakąś wyjątkową zapewne komedię polską, zdecydowałam się napisać. Wszak jest o czym!

   Na przykład o tym, że byłam dzisiaj z Lileczką na szczepieniu. Miało niedawno dziecko różne problemy z wysypkami, najpewniej na tle alergicznym, toteż nie omieszkałam o tym pani doktor poinformować. Ją trudno z równowagi wytrącić, więc i tym razem się nie przejęła. Zapytała, co dziecko je. Ja na to, że wciąż ją karmię, dietę uzupełniając o zupki i owoce, czasami jakieś kaszki. Zapisała w zeszycie. Okazało się jednak, że to za mało- ,,A jakie mleko jej pani podaje?”. Ja na to, że żadne, bo ją karmię. I wiecie co? Wygięła usta w chwilowym zdziwieniu, zapisała, dalej nie pytała. A więc pani doktor- pediatra została zaskoczona, iż nie podaję siedmiomiesięcznemu niemowlęciu żadnego sztucznego mleka, bo karmione jest piersią. Zanim podejmę temat, uprzedzę wszystkich, których aż palce swędzą, by zarzucić mi umiłowanie przesady oraz ocenianie wszechświata wyłącznie z własnej perspektywy. Żadna ze mnie terrorystka laktacyjna. Każdy może sobie karmić dziecko, jak mu się podoba i mnie to nie obchodzi totalnie, chociaż wiadomo, że nie ma lepszego pokarmu dla bobasa niż mleko matki. Felka karmiłam pół roku i żadne z nas nie przejawiało ochoty, by to przedłużać, więc na tych sześciu miesiącach bez żalu poprzestaliśmy. Lilkę będę karmić dłużej, bo nie chce mi się wstawać w nocy ani o świcie, by zrobić jej butlę. Poza tym ona chce być karmiona. I lubi to. Więc nie myślę na razie o zakończeniu karmienia naturalnego ani w tym miesiącu, ani w następnym. Uważam, że nikomu nic do tego. Niemniej sytuacja, w której lekarka reaguje zdziwieniem na informację, że nie podaję małej chemii nafaszerowanej tauryną (bo to jest niestety mleko modyfikowane- każde zawiera taurynę<!!!>) budzi we mnie zażenowanie. Tylko nie wiem dlaczego. Bo wśród moich koleżanek (większość z nich jest fiśnięta na punkcie naturalnego rodzicielstwa:) ) sztuczne karmienie to rzadkość, więc mniemałam zawsze, iż tak po prostu jest. Poza tym, jak już pisałam, nie obchodzi mnie, kto i jak karmi swoje niemowlęta. Interesuje mnie moje dziecko i najlepszy z możliwych start dla niego. Bliskość, odporność, rozwój mózgu. Więc skąd emocjonalna reakcja? Ech…..

   Wracając z przychodni, byłam świadkiem spacerku przedszkolaków w parku. Jedno z dzieci na chwilę oddaliło się od grupy (hasającej po trawie) na kilka metrów. Dopadła je pani, po czym- uwaga- szarpnęła (!!!) za rękę i wrzasnęła tak głośno, że podskoczyłam będąc w odległości ok. 40 metrów od tego zdarzenia: ,,Co robisz???!!!! Gdzie chodzisz???!!!!!” Dziecku pewnie bębenki napuchły. Ja w szoku. Tu już mnie nie obchodzi, że oskarżycie mnie o generalizowanie i powiem wprost co o tym sądzę: ,,NO JA PIER…..!!!”. Ależ oczywiście, wiem, że to zapewne sytuacja jednostkowa, że przedszkole ma same plusy i w ogóle to raj na Ziemi dla każdego bez wyjątku dziecka, gdyż takimi argumentami raczą mnie przedszkolni terroryści sugerujący, iż nie posyłając Felka do placówki, skazuję go na nędzny żywot aspołecznego kretyna, w dodatku maminsynka, dzieciofoba i niepełnosprawnego człowieka niepotrafiącego trafić łyżką do buzi. Niemrawo na tego typu zarzuty zawsze reagowałam, ale od dziś mam nieco więcej pewności siebie. Któż mi zaręczy, że jakaś głupia małpa, jadąca na trójach i ślizgająca się między kolejnymi imprezami po kolokwiach i egzaminach przez kilka lat jakiejś zamulonej pedagogiki na prywatnej ,,uczelni” nie napatoczy się akurat mojemu synowi? Wiadomo, są ,,przedszkolanki” i przedszkolanki. Na dniach otwartych przedszkola wszystkie prezentują się równie apetycznie…

   Cóż, emocjonalnie dzisiaj. Dlatego, że nie wiem za bardzo, co mnie czeka w najbliższym czasie i się denerwuję. Nie wiem, kiedy zobaczę się z Marcinkiem, nie wiem, gdzie będę mieszkać za miesiąc, nie wiem, czy na urodziny Felka będzie ładna pogoda. I to wszystko powoduje, że łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. Dodatkowo znowu mam tyle do załatwiania, łażenia, dzwonienia. Zaczyna się po raz kolejny jednoosobowy kierat ze słodkimi obciążnikami po obu stronach. Kocham być mamą, gdy temperatura na dwórku sięga daleko powyżej 20 stopni. Kocham planować wypady do teatrzyku, do ZOO (byliśmy ostatnio!), na Hel (w fazie projektu). Ale cała ta idealna organizacja to kolos na glinianych nogach, gdy nie ma Marcinka. Wystarczy głupie spojrzenie lekarki a ja już wątpię w ludzkość…

Tleń ekspedyszyn

   Moi drodzy, dziś wróciliśmy z dwudobowego relaksu w Borach Tucholskich. Wykupiliśmy na grouponie pakiet- 2 noclegi, masaż, uroczysta kolacja i śniadania dla 2 osób. Osób pojechało trochę więcej, a konkretnie 4, chociaż nie wiem, jak to liczyć, czy np. ONI nie liczą się jako pół albo ćwierć (Lilianka) i trzy czwarte (Felonek). Tak czy owak, była to wyprawa kosmicznie wręcz odprężająca i poprawiająca nastrój!

   Zaczęło się uroczo, a mianowicie 10 minut przed wyjściem trzasnął nam prąd. Marcin: ,,No chyba nie pojedziemy, trzeba naprawić”. Ja łzy w oczach, silę się na optymistyczny ton, sugerując, że nie obchodzi mnie aż tak fakt, iż rozmrozi się zamrażalnik i gdy wrócimy, zastaniemy szron w domu. Zaczęłam wynosić jedzenie na parapet, modląc się, by: a)temperatura była przez czas naszej nieobecności ujemna, by się nie zmarnowało jedzenie; b) temperatura była przez czas naszej nieobecności dodatnia, żeby aż tak nie zmroziło mieszkania. Wyszliśmy z domu- proszę państwa, jedziemy na totalne zadupie, przed nami czterogodzinna podróż trzema różnymi pociągami, a potem las, hotel, telewizor i obiad w restauracji, czyli raj. Jak zwykle okazało się, że nasze pocieszki stworzone są do wojaży. Liluś niemal całą drogę spał. Wiadomo, że gdy planuje się dłuższą drogę, czyli np. trwającą ponad cztery godziny, to ten moment, kiedy maluszka trzeba będzie nakarmić, w końcu nadejdzie. Nie ma co się łudzić, że ukochana córcia oszczędzi przeżyć związanych z przysłowiowym ,,wywaleniem cyca przy ludziach”. Wbrew pozorom jednak tutaj objawia się właśnie przewaga karmienia piersią. Dziecko głodne- rach ciach, nakarmione, utulone, przekonane o bezpieczeństwie i w porzo. Żadnych butli, przegotowanej wody, smoczków, po prostu dyskretnie pochylasz się nad rozwartą paszczą i już. Zarówno w trakcie drogi do, jak i spowrotem, karmienie wypadło po dwa razy- czyli łącznie cztery. Tylko raz odczuwałam dyskomfort, bo ludzi naokoło mnóstwo, dziecko rozryczane, gorąco jak w piekle. Zresztą, moje podejście jest takie, że współpasażerom szczerze życzę, by nie wysilali się z jakimkolwiek komentarzem. Trudno wyobrazić mi sobie sytuację, która mogłaby mnie intensywniej sprowokować do wdania się w ostrą wymianę zdań, niż taka, kiedy ktokolwiek zwraca mi uwagę, iż karmienie w miejscu publicznym jest niestosowne. To nie tak, że uważam, że to fajne. W duchu mam żal do natury, że tak to wymyśliła. Staram się zawsze karmić dziecinkę jak najbardziej niewidzialnie, nie robiąc szumu, bo niby wokół czego? Traktuję to wyłącznie zadaniowo: Lilianna jeszcze jest za malutka na cokolwiek innego, nie dostanie słoiczka czy deserka. Jeśli jest głodna, to muszę jej udzielić kawałka własnego ciała. Tyle na temat potrzeb córci. Potrzeby synka są dużo bardziej wyrafinowane. Musi mieć on zapewnioną rozrywkę, czułość i okazję do rozwoju. Puzzle, książeczki, turlanie się po kolanach mamy i taty (na zmianę), możliwość skorzystania z ubikacji, ciastka, banany i picie- tych oto elementów nie może zabraknąć, jeśli w niezłej kondycji pragnie się polską koleją dotrzeć z punktu A do pnktu B. Nie zabrakło. Ani sekundy buntu, ani śladu nudy, uwielbiam mojego synka.

   Na miejscu okazało się, że jest bosko. Felek obwieścił, że to nasz nowy domek i on do starego już wracać nie chce (nawiasem mówiąc, bardzo dosadnie okazywał niezadowolenie, gdy szykowaliśmy się do powrotu, a na ,,staly domek” sypał się grad oszczerstw!) Nic dziwnego. Przestronne korytarze do ćwiczenia galopu, telewizja, restauracja z jego i tylko jego specjalnym krzesełkiem do spożywania megazdrowych frytek, sala zabaw z ogromnymi poduchami w kształcie klocków do budowania fortec, w pokoju kibel z komfortową wanną, na dwórku mokry śnieg, idealny do lepienia bałwanków, obowiązkowo ,,duzego i małego”. To nie koniec!- rodzice tylko dla niego. No, wiadomo, dla Lilki trochę też, ale przynajmniej jak jedno uwieszone na dziecku, to drugie może z chłopcem układać puzzle, poganiać się, pokulać na łóżku. A nam jak było dobrze! Myślałam, że się nie odważę, a teraz przyznam, że kąpiel w jaccuzi pod gołym niebem (trzeba było do niego dojść po mrozie! I wyjść z wody na mróz! I w klapkach po śniegu wracać do budynku!!!) to nie była odnowa biologiczna, a wręcz duchowa! Śmiejcie się, ale nawet nie wierzyłam, że to, o czym marzyłam całe życie to pierdyknięcie się w gorącą wodę i zamknięcie oczu bez ryzyka, że zaraz usłyszę ryk, ktoś wejdzie mi na głowę albo zdejmie i zeżre plaster sera ze świeżo przygotowanej kanapki. Gdy biorę w domu prysznic, nie zamykam łazienki na klucz. Jestem bowiem pewna, że po minucie Felkowi zachce się siku. Nigdy się nie mylę. Nigdy nie jest mi dane kąpać się bez żadnej przerwy tyle, ile bym chciała. A teraz wykąpałam się za wszystkie czasy, nie ma co.

    Hotel, w którym przebywaliśmy, znajduje się w miejscowości o nazwie Tleń. Byłam tam na koloniach, kiedy miałam niespełna 10 lat. Wyobraźcie sobie, że zupełnie przypadkiem trafiliśmy na ten kolonijny ośrodek. Jest nieczynny, całkiem opuszczony, ale co szokujące- otwarty, wszystko tam zostało, jak w Czarnobylu po wybuchu elektrowni. Takie tam zresztą mieliśmy odczucia. W kuchni patelnie, sitka, tłuczki, sztućce; w magazynie sterty kocy i pościeli. W ambulatorium nerka i leki, jak również zeszyty z notatkami na temat stanu zdrowia kolonistów. Do tego ambulatorium trafiłam jako dziewczynka. Dostałam jakiejś koszmarnej wysypki. W ogóle na tych koloniach nie czułam się najlepiej, pamiętam, że trzy dni z tęsknoty i stresu miałam gorączkę, potem wspomnianą już wysypkę, cały czas paznokcie obgryzione do mięsa. Dramat. W ogóle mi się tam nie podobało! I taką mam z tego naukę, że własne dzieci planuję… wysłać po raz pierwszy na zorganizowane kolonie, gdy będą miały 5 lat, a nie 10. Tak, sprawdziłam, są takie! I dla dziesięciu dni spokoju w ciągu roku poświęce paznokcie moich ukochanych niewiniątek. Właśnie dlatego, że je tak zabójczo kocham. Ten paradoks są w stanie zrozumieć wyłącznie rodzice, którzy każdą sekundę swojego żywota planują z myślą o dzieciach. Wyjazdy, obiady, spacery i upojne małżeńskie chwile poświęcone są w 200 %-ach porom spania, gustom i guścikom, smakom i strachom, rozwojowi i możliwościom infantów. Z pełnym poczuciem, że to ma sens. Bo ma, ale na kolonie i tak je wyślemy… Do tego czasu pewnie już będą się kochać nad życie. Muszę wam powiedzieć, że w kwestii bratersko- siostrzanej miłości, też jakaś poprawa na wyjeździe. ,,No uśmiechnij się do mamy i do mnie”- poucza Feliks siostrzyczkę, gdy ta patrzy w eter z wyrazem twarzy pełnym powagi. Czasami synuś łapie małe delikatnie za rączkę, czasami pogłaszcze. Chyba zaczął pojmować, o co chodzi ogólnie w bobasie. Dla mnie to wszystko wzruszające, ale nie daję się zwieźć. Boję się, że popełnię gdzieś jakiś tragiczny błąd wychowawczy. Brr, wzdragam się na samą myśl o słowie ,,wychowanie”- to nie dla mnie, ale o tym kiedy indziej.

   Po powrocie, który ze zwględu na zmęczenie Felitka i nyki Lilki, był nieco bardziej problematyczny, przypomnieliśmy sobie (nie było innego wyjścia), że nie mamy prądu, a co za tym idzie, światła (późne popołudnie zimą, jakby co) ani ogrzewania. W mieszkaniu było dokładnie 10,5 stopnia. Poleciałam po świeczki, zdążyliśmy się zestresować, ale w normie, tzn. przede wszystkim postanowiliśmy napić się kawy. Zadzwoniliśmy po pogotowie energetyczne, dzieciaków ani siebie nie rozebraliśmy z kurtek i butów, Marcin ugotował parówki, świeczki dały romantyczny nastrój. Gdyby nie ta zimnica, byłoby całkiem miło. Panowie przyjechali i powiedzieli, co zrobić, żeby naprawić i nie wydać za dużo na ich interwencję. Niestety nagrzewa się strasznie wolno, niecały stopień na godzinę. Feliks zasnął w polarze, przytulony do termofora, Lilunia w objęciach mamy. Wpadł w odwiedziny nasz przyjaciel, ojciec chrzestny Lilianny. ,,Wojtek, jak będziesz w jakimś dużym sklepie, kup nam farelkę, taką wiesz, do grzania!!”. Wojtek w dużym sklepie był. Życie jest cudem, nawet jak za drzwiami pokoju straszy 14-stoma stopniami.

   Wyobraziłam sobie, jakby to było, gdybyśmy zamiast pociągiem, udali się w tleńską ekspedycję samochodem. Czyli w sposób cywilizowany, tak jak współczesnej rodzinie z dziećmi przystoi. No wiecie, duży bagażnik, ja wciśnięta jak szprotka między dwa foteliki, dzieci skrzywione koniecznością tkwienia w jednym miejscu przez zbyt dużo czasu. Jazda przerywana co dwadzieścia minut, bo trzeba zatankować i wydać na benzynę trzy razy tyle, co na bilety, wysikać się, nakarmić dziecko, ponosić ryczące dziecko, przewinąć dziecko. Wspólnego układania puzzli też w tym jakoś nie widzę. Podobało mi się, że w tej podróży byliśmy właśnie rodziną blisko siebie, rodziną na swoim, razem. Cała trójka (tej jednej nieszczęsnej istoty jeszcze nie wliczam, bo tu nie ma co dorabiać ideologii- priorytetem jest to, żeby nie ryczała, cała reszta nie istnieje) skupiona na siebie nawzajem, a nie na mapie, znakach drogowych, sposobie na przetrwanie. Coś wam powiem, jestem taka szczęśliwa, że aż zapiera mi dech. Nawet mięso na parapecie nie zgniło. I Marcinek zrobił obiad na jutro. I chłonę każdą komórką tę rozkosz, jaką dają mi chwile, gdy jeszcze jesteśmy wszyscy razem.