Archiwa tagu: pediatra

Oswajanie

No i proszę, ja przed kompem, a Malinek śpi w wózeczku, oddychając ogródkowym powietrzem! Kilka dni TUTAJ a moje życie odmieniło się diametralnie… Przede wszystkim już po pierwszej nocy synek przestał smarkać i kaszleć jak stary gruźlik. Jednak to suche powietrze w dawnym lokum mu nie służyło, a my od 2 lat zastanawialiśmy się razem z pediatrą, jak mu pomóc… Wystarczyło przekwalifikować typ hodowli na półotwarty i już mamy efekt. Niestety jest też 1 minus- maluch zasypia teraz ok. 22 W NOCY. I śpi do 6-7 rano, czyli jak dawniej, z tym, że wtedy o 19 leżał już w łóżeczku a słodki sen ogarniał go maksymalnie pół godziny później. Feliks śpi nadal w dzień, chociaż go nie kładę, olałam rytualne trzygodzinne męczarnie z usypianiem rozbestwionego dwulatka. Kładzie się sam, gdy już nieprzytomnieje ze zmęczenia albo odlatuje we wózku na spacerze. Budzi się nie w sosie. Myślę jednak, że trzeba mu po prostu dać trochę czasu na aklimatyzację. Apetyt dopisuje, z grzecznością różnie bywa, ale generalnie macierzyństwo i ciąża stają się bardziej znośne, gdy nie mieszka się na 3 piętrze…
Oswajamy sobie nową przestrzeń. Chodzimy do parku miejskiego, który jest 10 minut drogi od naszego nowego domku (Felek jest wciąż ostrożny z nazywaniem go ,,naszym” i ma rację, woli określenie ,,domek Magłosi”, co jednak nie przeszkadza mu skakać z radości we wózku, gdy zajeżdżamy tam po dłuższym spacerku) i wrzucamy kamienie do wody (tzn. Felek rzuca), narażając się prawu poprzez wydłubywanie luźnych kostek z brukowanej, dość zaniedbanej i podziurawionej tu i tam dróżki. Jedna z nich była tak ciężka, że nie mogłam jej podnieść bez nadwyrężania mięśni odpowiedzialnych za dźwiganie Panny Lilianny, zrezygnowałam więc z podania jej synkowi. Jednak on postanowił się z nią rozprawić. Gdy widział brak skutku, poprosił mamę o pomoc, ale odmówiłam, tłumacząc, że mama nie może nosić tak ciężkich kamieni. Zaczęłam szukać jakiegoś mniejszego kalibru. Tak się w tę czynność zaangażowałam, że na sekundę spuściłam z oczu mojego dzielnego syna. Po chwili próbuję go zlokalizować wzrokiem- tak, był już na mostku i stękając z wysiłku podnosił ten ogromny kamlot na wysokość pozwalającą mu przerzucić ładunek przez barierkę wprost do wody. Ile to się można nauczyć od własnego dziecka. Samozaparcia, konsekwencji w dążeniu do celu. Felek nieraz popłacze się ze złości, gdy nie udaje mu się połączyć dwóch klocków, ale gdy wie, że nie otrzyma pomocy od mamy, przezwycięży każdą słabość, by osiągnąć sukces. Szczerze mówiąc, głupio mi, że w ogóle w tym haniebnym procederze uczestniczyłam, bo gardzę niszczeniem mienia publicznego, jednak widząc pasję mojego dziecka, te napinające się bicepsiki i twórczy wysiłek malujący się na czerwonej buzi, odłożyłam na bok moje zasady. Zresztą możecie mnie skrytykować, ale wychowywaniem go to się zajmę jak urodzę Lilkę, a ściślej- gdy już nie będę jej karmić piersią i zyskam znów możliwość wyzwolenia się z pęt własnej fizjologii. Na razie to walczę o przetrwanie, a kto z workiem piachu pod żebrami leciał kiedyś do spadającego z 2 metrów małpiątka, które trzeba ratować także przed niezliczoną ilością innych mikro- i makrourazów, ten mnie zrozumie. Latanie uskuteczniam przez dobrych kilka godzin dziennie, chociaż przyznaję bez bicia, że ilość oglądanych przez Felcia na jutubie bajek także zwiększyła się ostatnio i to znacznie, bo po prostu chcę posiedzieć. Siedzenie to luksus, gdy tylko mogę w jakikolwiek sposób go smakować, czynię to bez wyrzutów sumienia.
Z Marcinkiem prawie się nie widuję, bo pracuje od rana do nocy. Sprawia to, że wpadam w coś w rodzaju letargu i ciężko mi znaleźć porozumienie z ludźmi w mojej grupie wiekowej… Dziecko, dziecko, butla, nocnik, obiadek, szmata do noska, podusia, puzzle, książeczki, mokre majtki, trzeba znaleźć suche, może chcesz jabłuszko, no dobrze, to idziemy na spacerek. Były u mnie wczoraj dwie dobre wieloletnie koleżanki, jednej długo (prawie 2 lata- wróciła z zagranicy) nie widziałam, bardzo się cieszyłam, że mnie odwiedzą. Gdy już usiadłyśmy sobie w ogródku, byłam w siódmym niebie. Mój entuzjazm bladł jednak, gdyż czułam się jak za szklaną barierą. Miałam wrażenie, że nie nadążam, a już w ogóle dobił mnie moment przebudzenia Felcia, który z niewiadomych przyczyn darł się chyba z pół godziny, siłą odciągał mnie od dziewczyn, posikał się ostentacyjnie w majtki by w końcu zaszyć się przed komputerem ze swoimi ukochanymi bajami. Było mi strasznie niezręcznie, ukłuło mnie nawet coś w rodzaju zazdrości (mam nadzieję, że koleżanki o których mowa się nie obrażą po przeczytaniu :P). Startowałyśmy z tego samego pasa, teraz ja jestem daleko z tyłu. Nie mam prawa jazdy ani pracy, nie mogę nawet dokończyć zdania, bo w pokoju obok rozgrywa się dramat opuszczonego przez wyrodną matkę dziecka. W dodatku już niebawem dołączy do niego drugi potwór. Najgorzej jednak mi ze świadomością, że to mi pasuje. Uderza mnie własny brak ambicji, a także łatwość z jaką zamykam się w świecie wyżej wspomnianych butli i jabłuszek. I jest mi tam dobrze, a szczęście płynie do mnie z momentu przytulania małego ciałka. Chciałabym znaleźć jakiś złoty środek, dlatego tak chętnie podjęłam współpracę z firmą mojego brata. Poważne odmulenie, a przytulania wcale nie mniej. Może się uda!

Mama nie piewa o sinku!

Kocham moje dziecko za godną podziwu wolę walki w każdych warunkach, chciałabym mieć tyle uporu i niezłomności w sobie, co ono. Dziś trochę przesunął nam się termin powrotu z pierwszego spacerku, bo byliśmy u lekarza złożyć reklamację na paskudny, odkatarowy kaszel, który w czasie aktywności smyka czyha w ukryciu, a podczas snu napada z ogromną siłą, sprawiając, że matka po nocach robi sobie melisę, bo dostaje nerwicy. Kaszel jak to kaszel, musiało wystarczyć dobre słowo pani doktor i świadomość, że kiedyś minie. W każdym razie po powrocie, ok. godz. 15, czyli 2 godz. później niż zazwyczaj, zaczęłam starania o ułożenie synka (i siebie przy okazji) do snu. Od niedawna synek robi wszystko, żeby nie spać, dotyczy to zarówno drzemek dziennych, jak i wieczorów. Umie już pokazowo wyleźć z łóżeczka, domaga się 20 razy nocnika, lata, ucieka, pięknie się sam bawi w drugim pokoju (dlaczego nie wtedy, gdy ja chcę rano poczytać gazetę i wypić herbatę?!), włącza sobie sam komputer, śpiewa, tańczy i wchodzi mi (dosłownie) na głowę, gdy ja udaję, że mam to wszystko gdzieś, kładę się na kanapie i zamykam oczy. Czasami uda mi się nawet usnąć, no chyba, że tak jak dzisiaj otrzymuję w twarz cios ostrą wykałaczką. W takich chwilach, doprowadzona do ostateczności, wydaję wyrok bez odwołania:,,Felek, do mamy na opka! Lulkamy!” Wtedy skazaniec już wie, że to nie przelewki. Próbuje złapać się ostatniej deski ratunku: ,,Nie! Felek będzie z mamą pać na poduszku!”- ha ha, on myśli, że ja w to uwierzę! Że wmówi mi nagłą chęć grzecznego położenia się na podusi, przykrycia kołderką i przytulenia do mamy, skoro od prawie godziny jego zachowanie sugeruje zupełnie inne plany! Ale jak zawsze daję mu szansę. Kładziemy się. Po 30 sekundach Felek już wisi na parapecie: ,,Tatusiu, gdzie jeteś?” woła patrząc przez okno. A co on myśli, że ojciec by robił mu za adwokata, gdy matka nieustępliwa i sroga?! Tatuś jednak w pracy i ani mu w głowie wracać do synka będącego w tak strasznych opałach! A opały są, oj są, bo skoro Feliksik złamał umowę i znowu nie śpi mimo obietnic, czeka go wykonanie wyroku- lulkanie w ramionach mamy. Już on wie, co to znaczy- zaśnie w 5 minut i sromotnie przegra tę batalię, która toczy się już od godziny. ,,Nie lulkamy u mamy na opka!”- stęka smętnie, ale już bez większej nadziei w głosie. Na czworakach próbuje uciekać. Nic z tego. Już ręce kata zbliżają się i chwytają ciepłe, półgołe ciałko. Zawijają skrzętnie w kołderkę i sadzają na kolanach oprawcy. Wola ocalenia przed hańbą jest ogromna- ciałko wije się i pręży, mała buzia dyszy z niesłychanym zawzięciem, łapki usiłują pozbyć się narzędzia przemocy- kołdry. Uścisk jest jednak silny, a okrutna mama wyciąga kolejną broń przeciwko tak zdecydowanemu buntowi: ,,Pośpiewam ci troszkę do snu, rybeczko”. ,,Nieee!”- daje się słyszeć przeciągłe i dumne. Ale już w powietrzu drgają delikatne dźwięki: ,,A ty, mój synku, mój pojedynczy, ty nigdy nie przestaniesz zastanawiać mnie…”. Prężenie ustaje, ale przecież nie można się poddać zupełnie bez żadnej rekompensaty: ,,Mama nie piewa o sinku…”- mówi twardo chłopiec, ale jego oczy już są wyraźnie mniejsze. ,,A o czym byś chciał pioseneczkę?”- pyta kat, bo przecież też jest człowiekiem, a poza tym funkcjonuje prawo ostatniego życzenia – ,,O pociągu”. No więc ,,Jedzie pociąg z daleka, ani chwili nie czeka”- rozbrzmiewa senne, jednostajne jak długa podróż TLK. Mija kilka minut i już tulę w ramionach nie żwawego broja, a malutką dzidzię, której wybacza się wszystko. Potem jeszcze, gdy sapie i kaszle, zakraplam okrągły nosek i już mogę patrzeć, jak moja rozgwiazdka oddaje się zasłużonemu odpoczynkowi. Sama też od razu się kładę. Bynajmniej nie trzeba mnie zmuszać!

Emilka

Urodzi nam się córcia- prawie na pewno! Więc już oszaleliśmy na jej punkcie. Już planuję, na jak wspaniałą i samodzielną kobietę ją wychowam, jak będę jej wpajać ideały (!!) feminizmu, wprowadzać w zagmatwany świat seksualności, kobiecości, miłości. Nie będę kupowała różowych rzeczy, no chyba, że w wieku kilku lat sama będzie się tego domagała. Z bratem będzie musiała sobie radzić- nie będę jej bronić w każdym wypadku, bo musi się bidulka nauczyć, że jako dziewczynka, potem dziewczyna, a następnie kobieta może polegać tylko i wyłącznie na sobie. Nie będzie to proste, ciężko w naszym społeczeństwie wziąć takie wzorce skądkolwiek. Nadal uwielbiamy stwierdzenie, że dziewczynki powinny być grzeczne, spokojne, że dziewczynkom coś tam nie przystoi, mają ładnie wyglądać i odmawiać paciorek, a w międzyczasie bawić się w sprzątanie, gotowanie i przewijanie lalek. Kupię lalę, gdy córcia mnie o to poprosi, kupię jej komplet garnuszków i miotełkę, gdy tylko świadomie powie: ,,Mamusia, to chcę”. Ale uważam za perfidne programowania w ten sposób malucha od pierwszych godzin życia: różowe pościelki, różowe ściany, różowe śpioszki, sukienki, butki, skarpetki, płaszczyki, czapeczki i szaliczki, a do tego koniki pony, laleczki, pieseczki, wszystko świecące, słodkie, bez charakteru, a więc zaczerpnięte ze świata skrajnie innego, niż ten, w którym przecież i tak przyjdzie kiedyś naszej Emilce żyć. Chcę, żeby córeczka była wychowywana identycznie, jak synuś: a więc żeby miała wybór i w każdej sekundzie swojego życia mogła liczyć na bezapelacyjną akceptację. Nie tępą ochronę przed wszelkim złem, które przecież tak często okazuje się tylko pokrzywą, większym chłopcem w piaskownicy, rączkami brudnymi od czekolady, czy wrednym kęsem obiadku, co nie chce nałożyć się na łyżkę! Uważam, że nauka samodzielności, a przez to podarowanie najpiękniejszego skarbu- wiary w siebie to najlepszy posag, jaki rodzice mogą przekazać dziecku i to na całe życie.
A moje starsze, ale wciąż malutkie, było dzisiaj na bilansie dwulatka. Czułam się dziwnie, gdy pani pielęgniarka, wypełniając formularz, pytała: czy dziecko składa dwa wyrazy? Czy dziecko potrafi pokazać 2 części ciała? Czy próbuje samo jeść? Trochę mnie to zażenowało. Odpowiadałam twierdząco skinieniami głowy- przecież nie zacznę machać rękami krzycząc, że mój Feliksik buduje zdania z 10 wyrazów, zaczął próbować jeść sam mając roczek i bodajże 2 miesiące, a teraz szufluje aż miło bez większych wpadek (no chyba, że mu nie smakuje, ale to inna historia…), a jeśli chodzi o części ciała, to zna i pokazuje co najmniej 20. Doszło do tego, że nawet się nieco w duchu ucieszyłam, gdy począł histeryzować podczas mierzenia- coś mu nie pasowało i się przestraszył, a ja pomyślałam: jednak to normalne dziecko. Takie formularze to bezsens do potęgi. Pozwalają rodzicom na porównywanie dzieci ze sobą, czego jestem stanowczą przeciwniczką, ale z drugiej strony jestem też mamą i pękam z dumy gdy mój smyk popisuje się znajomością już którejś tam piosenki… Takie to jest trudne i fascynujące zarazem- wychowywać, obserwować, uczyć, podziwiać efekty. Bez absurdalnego podnoszenia poprzeczki, bez żadnych poprzeczek w ogóle, w bezgranicznym zaufaniu do naturalnego rytmu i upodobań małego człowieka.
Mały, ale nie do końca- Feliś waży już 13,8 kg i mierzy 92 cm, co czyni go jednym z większych dwuletnich chłopców w naszym kraju… Poza leciutkim płaskostopiem, które powinno się samo niebawem zneutralizować, wszystko w idealnym porządku- zdrowy, silny byk. Przykładowy starszy brat. Moje ukochane słoneczko.
Dziś widzieliśmy naszą młodszą kruszynkę razem, Marcinek urwał się na troszkę z pracy, żeby być ze mną i przeżyć TO- bo oglądanie na monitorze obrazu swojego dziecka, które jest w brzuszku, to emocje, których nie da się opisać, trzeba przeżyć, przemyśleć, rozsmakować się w nich. Bardzo wyraźnie córcia pomachała nam rączką i posłała buziaka :) – otwierała i zamykała mordkę jak mała rybka. Feluś w tym czasie spokojnie sobie spał we wózeczku w gabinecie lekarskim. My natomiast, razem, ale każde z osobna przeżywaliśmy nasz prywatny cud.
Wieczorem odwiedzili nas na chwilkę rodzice małego Wincentego, o których już nieraz wspominałam. Kasia przywiozła mi całą torbę ciążowych ubrań. A Wiciu jest przepiękny! I ma prawdziwą, czarną, kędzierzawą czuprynę. Feluś był w tym wieku rozkosznym łysolkiem, więc te włoski nas na maksa rozczuliły. I przypomnieliśmy sobie, jak to jest, gdy dziecko jest tak niewiarygodnie maleńkie. Ale to już temat na inny rozdział, zresztą ten, który w naszym życiu znowu niebawem się zacznie!