Archiwa tagu: piaskownica

Felek u babci i dziadka

Ponieważ już w dobę po wylocie Felka odezwały się głosy krytykujące całe przedsięwzięcie, a ,,stres dziecka” to jedno z najdelikatniejszych określeń, jakie padło, spieszę by dla niektórych zrobić malutki rysik sytuacyjny. Otóż: Felek nocuje u babci i dziadka odkąd skończył pół roku. Zaczął jeszcze przed lękiem separacyjnym. Sam się w tym mniej więcej wieku odstawił od piersi, tzn. nie domagał się jej wcale, a ja nie podawałam. Dziś z mieszanymi uczuciami oceniam niektóre moje wybory z tego okresu, ale bez zadręczania się- czasu nie cofnę. Natomiast faktem jest, że gdyby nie pomoc moich rodziców, nie skończyłabym z taką łatwością studiów, nie napisałabym tak szybko magisterki, nie miałabym możliwości ślęczenia w bibliotece a później podjęcia pracy na etat. Powtarzam- być może z dzisiejszą wiedzą, podejściem do życia i bagażem, że tak powiem, doświadczeń międzyludzkich, postępowałabym inaczej. Ale było minęło. Natomiast pozytywnym, jak mniemam, skutkiem ubocznym takich a nie innych kolei losów jest to, że Felek od swojego najwcześniejszego, nieuświadomionego dzieciństwa, ma dwa domy rodzinne. Jeden z mamą i tatą, gdziekolwiek by on nie był, drugi- stały, zawsze w tej samej wsi, piękny, z ogrodem, psem i piaskownicą, z babcią i dziadkiem, którzy dają mu swoje maksimum. Rodzicom- wiadomo, nie zawsze się chce. Mają dziecko na codzień, męczą się z jego demonami, upierdliwościami. A babcia z dziadkiem zajmują się wnusiem co jakiś czas, więc mają kiedy zmagazynować dla niego pokłady energii i troski. Powiem tak: Felonek miał różne okresy w życiu. I bunty, i histerie, i okresy onieśmielającego spokoju, i bardziej intensywnego rozwoju, i mniej, i fascynacje malowaniem, i samochodami, i zwierzętami. I niechęć do nocnika, i chęć, i apetyt, i brak tegoż, no jak u każdego dziecka po prostu zmienia się co jakiś czas jego podejście do różnych spraw. Jedno nie zmieniło się nigdy- CHCENIE jechania do babci i dziadka. On tam jest po prostu szczęśliwy. Zadbany, zajęty, ma swój pokój, zabawki, babciowo- dziadkowe rytuały. Myślę, że ta odległość teraz , która go normalnie dzieli od ukochanych dziadków, to, że nie może tam jechać raz na tydzień- to jest trauma. Którą minimalizuje teraz. Moja mama śle mi na maila fotki, jak Felonek maluje kije w kuchni. Jak pompuje rowerek w garażu. Fotki, które Felek zrobił dziadkowi z zaskoczenia… Na lotnisku to mnie trząsł się głos. Gdy moja siostra z Felkiem podążała już do bramki, kucnęłam przy synku, by ,,dodać mu otuchy”, dać buźki. Oczy mi trochę zmokły, ale spojrzałam na twarz chłopca. I tu szok: mimo, że wstał o godz. 4 rano, mimo że 2 godziny jechał samochodem, a teraz był w przeogromnym gmachu obcego lotniska z ciocią, która kochana jest, ale to jednak nie mama, Felek miał na buzi wymalowany zrelaksowany uśmiech. I to on dodał mi odwagi, to ja potrzebowałam tej otuchy i on mi ją dał- nic nie powiedział, ale ja słyszałam, CZUŁAM, że całe przedsięwzięcie jest świetnym pomysłem. Ten jego uśmiech, pełen dziecięcej radości, zdrowego podekscytowania, oczekiwania- spowodował, że do domu wróciłam spokojna i pewna siebie. Martwiłam się tylko, co oni jeszcze ponad godzinę będą tam robić, jak Felek a wraz z nim moja siostra, zniesie lot (2 godz.). I co? Potem okazało się, iż był bardzo grzeczny, zero marudzenia, uciekania, wymyślania. Wiedział, że musi swoje odczekać, ale spotka go za to nie lada nagroda. On jest MAŁY- niewiele ponad 3 latka to słaba dorosłość, a zachował się tak wspaniale, taka byłam z niego dumna. Byłam i jestem. Synuś.

A teraz do tych, co już zdążyli prysnąć swoim jadem: nie wiem, czy czytacie tego bloga, możliwe że nie, bo niby czemu macie czytać? Tacy jak wy zostawiają dzieci od (na prawdę) małego na niemal cały dzień obcym ludziom w imię jakichś swoich, niepojętych dla mnie osobiście idei. Przepraszam tych, co biorą to do siebie, a nie powinni- ci, do których te słowa kieruję, o ile czytają, wiedzą, że to do nich. Krytykanci, jeśli interesuje was, co dla dziecka jest prawdziwą traumą, chętnie podzielę się swoimi spostrzeżeniami na ten temat w prywatnej rozmowie. Ale po co? Nie sądzę, byście byli zainteresowani. Macie swoją wizję i trzymać się jej będziecie, choćby nie wiem co. Radzę zatem przyjrzeć się swoim wyborom i ich efektom (szczególnie odnośnie wychowania dzieci) .Jeśli będziecie zadowoleni, polecam założenie bloga- niedroga (albo i darmowa) sprawa. Poczytam.

Walczyć z uporem

Postanowiłam rozprawiać się stopniowo z utartymi od dawien dawna frazeologizmami powiązanymi z wychowywaniem dzieci. Było o odwracaniu uwagi, dziś zajmę się walką z uporem. Walczenie z uporem postrzegam jako sens życia wielu rodziców i dziadków, a także innego typu opiekunów, chociażby tych szkolno- przedszkolnych. Walka to pojęcie z zakresu wojskowości. Zakłada istnienie conajmniej dwóch stron konfliktu i działania w celu unicestwienia strony przeciwnej. W tym przypadku stronami są: rodzic (opiekun) i dziecko a właściciwie nie samo dziecko tylko jego upór. Upór zawsze jest bezsensowny (bo jaki jest sens płaczu nakarmionego, przykrytego i przewiniętego niemowlęcia? dlaczego przedszkolak nie chce zjeść obiadu skoro się go o to prosi od godziny? skąd tyle zaparcia w niesprzątaniu zabawek?), bywa też twardy a niekiedy absurdalny (bo zakrawa o absurd pragnienie założenia starej czapki w samochody skoro w szafce czeka nowa, od cioci, w zielone paski!). I trzeba z nim walczyć. Bo inaczej dziecko wejdzie nam na głowę (to kolejny frazeologizm, przyjdzie i na niego czas!).

W zasadzie są różne dzieci, bo różni są rodzice. Niektóre maluchy są bardzo uparte oraz dążą do zaspokojenia swoich potrzeb i chęci za wszelką cenę. Płaczą, wymiotują, biją, rzucają się na ziemię, krzyczą, klną, uciekają, byle by tylko osiągnąć swój cel. Inne w ciszy znoszą porażki, jakby pogodzone z tym, że słowo rodzica/opiekuna jest ostateczne i nie ma z nim żadnej dyskusji. Każda z tych postaw ma swoje źródła, na moje oko nie tylko w temperamencie dziecka. Wydaje mi się, że jednak postępowanie z maluchem ma tutaj spore znaczenie. Że ta walka z jego uporem od urodzenia zostawia jakiś ślad. Jedne odpowiadają na to, co otrzymują w identyczny sposób, i skoro walczy się z nimi, także one walczą. Inne, skoro już w tematyce wojennej jesteśmy, w końcu wywieszają białą flagę. Żaden z tych scenariuszy mnie nie przekonuje jakoś…

Moja droga jako mamy jest od samego początku kręta i pełna rozwidleń, które później znów się łączą. Przyznaję bez bicia: jeszcze w pierwszej ciąży uznaliśmy z mężem, że kluczem do sukcesu jest konsekwencja. Nie dochodziło do dantejskich scen, jednak gdy w grę wchodziło zasypianie, czy pory posiłków, staraliśmy się trzymać reguł. Potem żłobek- mimo, że przez pół roku właściwie Felek się nie zaaklimatyzował, nie rezygnowaliśmy w imię konsekwencji. Nie definiowaliśmy tego w ten sposób, ale walczyliśmy z jego uporem. Upór w tym przypadku polegał na tym, że on uparcie nie chciał chodzić do dzieci, bo wolał być z mamą i tatą, a my go tam zaprowadzaliśmy. Efekt? Na rok moje małe znienawidziło dzieci totalnie i nawet na ukochany plac zabaw nie chciało wchodzić, gdy zagęszczenie rówieśników przekraczało jego normy. Walczyłam wtedy z jego uporem, siadając na deskach piaskownicy i oznajmiając, że teraz o to zabawy wesołej nadszedł czas. On kładł się na piasku w znacznej odległości od dzieci w akcie szalejącego uporu- bawić się z nimi, a nawet w ich pobliżu, nie chciał. I tak pół godziny aż nie wstawał i twardo nie oznajmiał, że jest głodny i idziemy  w związku z tym do domu. Cóż. CZŁOWIEK MĄDRZEJE CZASAMI. Mnie była dana ta łaska, przynajmniej w zakresie walki z uporem. Na usprawiedliwienie mojej ówczesnej (sprzed jeszcze roku!) głupoty mam tylko zaawansowaną ciążę. I to, że moja ,,walka” była bardzo statyczna, raczej brałam go na przetrzymanie (kolejny frazeologizm!! trochę tego jest!) niż faktycznie walczyłam, ale i tak z perspektywy czasu nie oceniam tego pozytywnie. Chociaż… jedno mogę przyznać z całkowitą pewnością. Jeśli prawdą jest, że zaspokajanie potrzeb matki jest istotne, by mogła ona zadbać o swoje dzieci, to moje potrzeby wtedy na tym placu zabaw były zaspokojone w pełni. Nic to, że ludzie patrzeli na nas ze współczuciem- zapewne myśleli, że Felek jest niepełnosprawny, bo skoro pół godziny leży na piachu i cicho stęka zamiast się bawić… – ja wystawiałam twarz i brzuch do słońca, ciesząc się tym, że przynajmniej fizycznie nic nie muszę robić. Mogę siedzieć na świeżym powietrzu i się nie ruszać. Wspaniałe uczucie, jeśli takowe możliwe jest od siódmego miesiąca wzwyż…

Musiała urodzić się Lileczka, musiałam trochę poobserwować ich interakcje i poczytać to i owo, żeby pojąć, czym tak na prawdę jest walka z uporem i czym warto ją zastąpić. To wszystko jest proces, nic nie załatwi się z dnia na dzień, np. po przeczytaniu jakiegoś artykułu. Także i dziecko musi dostosować się do postępujących (m. in. w rodzicu…) zmian, potrzebuje na to czasu. Ja teraz przyznam się szczerze… nie jestem konsekwentna. Jeśli widzę, że Felkowi na czymś na prawdę zależy, naginam się lekko albo zupełnie zginam. Wczoraj na placu zabaw nie biegał, nie zjeżdżał, tylko siedział na ławce i robił kolaż. Z kolorowych klejów, farbek i brokatów, który to komplet w jego marzeniach kokosił się od jakiegoś czasu. Jeszcze rok temu kazałabym mu raczej zaczekać z twórczością aż do powrotu do domu, wiadomo, żeby nie pogubił, poza tym jak taki obraz cudowny potem bez szwanku zabrać do domu… Ale wczoraj dałam mu, tak bardzo tego chciał. Nie byłam zachwycona. Wszystko wokół ławki uklejone i ubrokacone ewidentnie, łącznie z Felkiem, ale on jakby zniknął. Nie miałam dziecka przez godzinę, biegałam za raczkującą Lileczką, która raczkuje w tempie ekspresowym, zawsze w kierunku galopujących sześciolatków, więc warto ją nadzorować. Felek tworzył. I stworzył, za pomocą kawałka kartki, liścia, trawy i kilkunastu warstw ubrokaconej mazi, tort dla mnie. Jeszcze rok temu mimo buntu (tak- pewnie bym z jego uporem walczyła…), nakłoniłabym go, żeby tort zostawić, a w domu zrobi sobie nowy. Bo jak coś takiego zabrać, no jak?!

- Słuchaj synek. Pójdziemy teraz do łazienki i się umyjesz, bo jedziemy już autobusem do domku, tak? – Tak.- Posłuchaj: w łazience weźmiemy kawałek papieru toaletowego i spróbuję tort zawinąć, żeby zabrać go do domu, tak?- TAK!! (entuzjazm)- Ale słuchaj, trochę się może zepsuć, tego nie da się tak zabrać, żeby się nie zepsuło.- Tlochę moze się zepsuć a tlochę nie.- No dobra, spróbujemy. Idziemy do łazienki, tak?- Tak.

Jest współpraca, nie ma uporu. Nie ma uporu, nie ma walki.

Wyższość moralna

Po co starać się wychowywać dziecko, skoro i tak społeczeństwo jest, jakie jest i wszelkie zasady, jakie pragnie się wpoić potomstwu, i tak okażą się nieaktualne, jeśli będzie ono musiało zmierzyć się z agresją, bezmyślnością, zachłannością? Od dzisiaj nie będę w piaskownicy zwracać uwagi Felciowi, że,,nie wolno zabierać”- mam na myśli chwile, kiedy ktoś jemu coś zabiera, a on stara się to odzyskać, wyrywając delikwentowi swoje skarby. Bo on, jaki by nie był, nigdy nikomu nic nie zabiera, nie pożycza od nikogo, nie świruje, błąkając się jak bezgłowy jeździec wokół czyichś klamotów- po prostu go one nie interesują, bo ma swoje. Do dzisiaj, gdy jakieś dziecko chciało się pięknie bawić z moim synem, bez pytania biorąc sobie jego zabawki i spierdzielając z wrzaskiem na drugi koniec piaskownicy, a Feluś, oburzony, starał się jakoś wpłynąć (nigdy agresją- zawsze zaczynał od ,,plosę, nie zabielaj” albo ,,to moje, ja się telaz bawię”) werbalnie na zachowanie takiego delikwenta, nie reagowałam, jednak w momencie, gdy mój syn jawnie, z użyciem większej lub mniejszej siły, pozyskiwał swój sprzęt od niesubordynowanego osobnika, przekazywałam mu komunikat, że ,,niech się dziewczynka/ chłopczyk pobawi, potem odda” i że ,,nie wolno z rączek wyrywać”. Od dziś mam to gdzieś. Dwuletnie, totalnie rozwydrzone, niegadające, z pieluchą sterczącą do ziemi, wpadło do piaskownicy i rozkokosiło się wśród zabawek mojego dziecka. Feluś był spokojny, zanim ta kreatura nie poczęła celowo pożyczać sobie tego, czym akurat chciał bawić się on. Zwykle nie obchodzi mnie przebieg takich akcji, ale to co zobaczyłam dzisiaj, zagotowało we mnie krew, po czym, gdy ostygła, przyniosło kolejny powód do zadumy nad moralną kondycją ludzkości i zniszczyło mi nastrój do końca dnia. Małe i drące się wyleciało z piaskownicy, dzierżąc łopatkę i kubeczki Felka. Felek w pogoń. Osiągnął to, że został uderzony foremką z całej siły w czółko, aż został mu różowy ślad. Wyraz twarzy mojego dziecka był nie do opisania: oburzenie, zaskoczenie, zdziwienie, wręcz szok. ,,Tak się nie lobi”- powiedział w twarz stworzeniu, które tak go urządziło. Ale stworzenie, jak najdalsze od pomysłu korzystania z mowy ludzkiej w kontaktach interpersonalnych, już pognało przed siebie z dzikim wrzaskiem. Miałam ochotę złapać je i cisnąć do rzeki między te śmierdzące kaczki, ale wciąż liczyłam, że zrobi to za mnie ta, która owego bachora wydała na świat. Nic z tego. Matka siedziała, a jej próby poskromienia pomiotu ograniczały się do beznamiętnych krzyków, które wg mnie raczej nie docierały do zamierzonego odbiorcy. Przysiadła się do mnie i zaczęła coś bredzić, że ta jej Oliwka to ,,taka zadziora”, jakby, do cholery, próbowała ją przede mną usprawiedliwić. Proszę bardzo, nich idzie teraz do mojego zszokowanego synka i jemu tłumaczy się z tego, jaka jest beznadziejna i jak beznadziejne ma dziecko, bo z miny Feliksika wynikało, że chciałby (może jeszcze nieświadomie) wiedzieć, dlaczego ktoś w ogóle go uderzył. Dzieciaki wróciły do piaskownicy, a bachor nadal zachowywał się według dwuletnich standardów skandalicznie, gromadząc cudze zabawki, drąc mordę do własnej matki i latając w kółko z otwartą gębą, przy czym trudno było dopatrzeć się w tym symptomów beztroskiej dziecięcej zabawy. W pewnym momencie zaczął okładać Felka jego własną łopatką. ,,Tak nie wolno!”- huknęłam, chociaż matka tej potępionej istoty siedziała obok mnie. Wtedy i z ust matki padło coś w rodzaju reprymendy, nawet chyba złapała to swoje dziecko za rękę i odciągnęła od Felcia, ale bynajmniej nic mu nie wytłumaczyła, nie odebrała mu tej cholernej łopatki. Odetchnęłam z autentyczną ulgą, gdy sobie poszły. Płakać mi się chciało. Felciowi powiedziałam, że miał rację- tak się nie robi.

Ładna pogoda, więc dzieciaków przez park przewinęło się dzisiaj sporo. Jedne bardziej ogarnięte, inne mniej. Jaś i Piotruś, mali śliczni braciszkowie, robili wokół siebie dużo hałasu, bo kłócili się o foremki, ale miedzy sobą. Rozgrywały się tam iście dantejskie sceny, ale nie dotyczyły nas, więc się niepotrzebnie nie denerwowałam. Coś jednak było w tej ich kłótni, że przyciągała inne dzieci jak lep muchy. Zrobiło się tłoczno i głośno. Kotłowały się wokół tych zasranych wiaderek, wyrywając je sobie zamiast się bawić w cokolwiek, wydając z siebie nieartykułowane dźwięki. Po drugiej stronie- moje dziecko. Samotne, jedno, ciche, po polsku przemawiające do mnie lub do siebie, robiące wieżyczki i ulice, przesypujące piasek z kubeczka do doniczki, samo sobie klaszczące w chwili, gdy udało mu się zrobić okazałą babę. Ten widok też mnie nie podniósł na duchu, zaczęłam się zastanawiać nad sensem tzw. ,,wyższości moralnej”. Co to w ogóle jest? W jaki sposób ma pomóc w życiu? Spostrzegłam, że babcia i dziadek Jasia- Piotrusia zaganiają wnuczków i szykują się do powrotu do domu. ,,Bardzo dobrze- pomyślałam- wypier…ć”. I wcale mnie te myśli nie rozśmieszyły.

Jeszcze tylko trzeba było zmierzyć się z Weroniczką, która mimo, jak podejrzewam, już jakiś czas temu skończonych trzech latek, wciąż nie potrafiła zrozumieć, że warto pierw poprosić o pozwolenie, zamiast czepiać się wszystkiego, co plastikowe i kolorowe w zasięgu jej wzroku. Felek był już nieco bardziej stanowczy, więc Weroniczka co kilkadziesiąt sekund prezentowała przesłodki wyraz twarzy podczas wymuszonych ataków płaczu. Sromota tego wszystkiego spowodowała, że Feluś oznajmił: ,,Idziemy jus do domku”, któremu to pomysłowi przyklasnęłam- w końcu siedzieliśmy tam już od ponad 3,5 godziny.

Uczyć dziecko, że trzeba się dzielić? Czy jeśli ktoś wyrwie mi torebkę, wrzeszcząc wniebogłosy, mam z pokorą to przyjąć i jeszcze dorabiać teorię, że biedny pan zapomniał swoich pieniążków z domku i dlatego chciałby trochę ode mnie pożyczyć? Co to za dzielenie się? Pieprzę takie wymysły. Nie trzeba się dzielić na zasadach, które głupie dzieci chcą narzucić mądrym, a bezmyślni dorośli podtrzymują. A jeśli otoczenie uważa, że trzeba- cóż, wtedy olać wyższość moralną i po prostu nie dać sobie wyrwać. I od dziś tak zamierzam uczyć moje dzieci.