Archiwa tagu: pieluszki wielorazowe

Wieczór ,,dla siebie”

Niech was nie zwiedzie tytuł tego wpisu…

Właściwie to siedzę już tylko dla samego siedzenia. Dzisiaj przyjaciółka napisała mi, że korzystając z choroby, siedzi pod kocem i czyta mojego bloga po raz trzeci od początku doświadzając różnych uczuć. Rozczuliło mnie to, ale i dało do myślenia. Oto moje wnioski:

1. Jestem tym samym człowiekiem, jakim byłam zawsze, ale jestem zupełnie inną mamą niż byłam dziewięć czy nawet pięć lat temu. Doskonale pamiętam to, jak zaczynałam swoją macierzyńską ,,karierę” i tę pisaninę. Byłam jak poraniona samica usiłująca chronić potomstwo na ślepo przed trudnym do określenia zagrożeniem. Dzisiaj wiem, że tym zagrożeniem jest pochramolona zachodnia cywilizacja która gloryfikuje ,,wartości” takie jak materialne bogactwo, intelekt, technikę, panowanie nad naturą; ośmiesza natomiast wszystko co ,,miękkie”, ludzką uczuciowość, symbiozę gatunków, współpracę, szacunek do planety. I już nie gryzę wszystkiego co się zbliża w desperackim akcie zasłonięcia młodych własnym ciałem przed złem, bo wybrałam dobro i chociaż jestem nadal świadoma, że zło dominuje, przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym, to jednak wierzę, że ingeruje ono w nasze życie na tyle, ile pozwolimy mu ingerować.

2. Nie ,,jaram się” macierzyństwem. Własnym ani cudzym. Nie oceniam innych matek, jak to czyniłam niegdyś namiętnie, bo sama czułam się niepewnie. Dzisiaj wiem, że jak toddler nie przesypia nocy, domaga się cyca jakieś sto razy na dobę, ogląda bajki, zjada lizaki znalezione za kanapą pogubione przez starsze rodzeństwo po halołinie i nosi używane buty, to nie rzutuje to na jego rozwój psychofizyczny, a przynajmniej nie w stopniu w jakim sugerują tzw. specjaliści. Dzieciowe artykuły, także te z fajnych portali, które kiedyś traktowałam jak prawdy objawione, nie wzbudzają we mnie dzisiaj większych emocji niż reklama wakacji na Teneryfie (owszem, fajne, ale w sumie co mnie to. Życie sprawia, że zamiast tam, jadę w błoto Devon pilnować psów znajomych z grupy, a jakże Edukacja Naturalna Dziecka!).

3. Pewne rzeczy są dla mnie tak oczywiste, że nie chce mi się nawet tego akapitu poświęcać na opisywanie ich. Szybko, bo wieje nuuuudą: pieluchy wielorazowe, unschooling, noszenie, karmienie piersią do samoodstawienia, zaufanie do naturalnej odporności dzieci…….Itd, itp….Ani raczej nigdy w tych kwestiach nie zmienię zdania, ani nie zamierzam kogoś do niego przekonywać! Róbta co chceta!

4. A jednak, jak mnie paniusia na playgrupie dla bobasów ochrzaniła, że edukuję dzieci domowo (wyznałam jej to bo najpierw ni z gruszki ni z pietruszki, zupełnie z dupy, bo poznała mnie minutę wcześniej, opisała mi szkolne traumy swojego pięciolatka) bo się poddałam i muszę wiedzieć, że popełniam błąd, nie poczułam się atakowana, a jedynie strasznie mi się zrobiło jej żal. I wydała mi się przybyszem trochę z innej planety. Wątku jednak nie kontynuuowałam. Bo o czym tu gadać z kosmitami? Parę lat temu zapewne usiłowałabym ją przynajmniej przekonać do swojej świętej racji.

5. Mam dużo pracy. Kiedyś całym bez reszty moim światem była dwójka małych dzieci. Teraz lubię to, że jestem zajęta jako doula i nadal fascynuje mnie wszystko co z tym związane. Uważam, że start w macierzyństwo, start pełen oksytocyny, optymalne warunki porodu, skóra do skóry, karmienie piersią noworodka to zasady jakich należy się trzymać, bo tak powoli, powoli, naprawia się ten rozklekotany świat. Ludzie, których bazą jest miłość sprawią, że w przyszłości coraz mniej osób będzie doświadczać bólu o jakim wspomniałam w punkcie 1. I takich ludzi rodzić się będzie coraz więcej. Jako doula mam swój malusieńki wkład w to i nadaje to sens mojemu życiu jeszcze większy, tak czuję, niż pozwoleniu dziecku na taplanie się w błocie w listopadzie (aczkolwiek i to ma swoje niezbywalne znaczenie!).

6. W przeciwieństwie do Marysi sprzed lat, na którą macierzyństwo spadło gdy zupełnie nie była na to gotowa i to w stężeniu zupełnie nie do normalnego ogarnięcia, jestem Marysią, która wie czego chce i nawet czasami znajduje chwilę żeby zadbać o siebie. Pójść do osteopaty czy do teatru. Mam troje dzieci, a decydując się na to trzecie, robiłam to z całą gotowością i teraz fakt, że jest ono niemiłosiernie niegrzeczne, nie sprawia, że czuję, że zawiodłam, że to mnie przytłacza, że powinnam ten przypadek z kimś skonsultować albo chociaż wyżalać się na blogu. Gucio jest intensywny i rozpieszczony, takiego go uwielbiam i takiego chętnie zostawiam z tatą jak jadę na spotkanie z klientką :) Wiem też, co też jest znaczącą różnicą w stosunku do mojej wcześniejszej świadomości, że to MINIE. Już za chwilę nie będzie awantur w sklepie o zakup dwunastu identycznych opakowań kredek ani o to, że chce ubrać majtki na spodnie czy Felka buty na miasto! Ale będzie nudno. Wtedy pewnie postaramy się o czwarte :)

Tak więc…. Wieczór ten zamierzałam poświęcić na updejtowanie mojej doulowej strony internetowej, bo zachęcona nowymi klientkami postanowiłam podnieść znowu cenę i uatrakcyjnić opisy usług; skończyło się na Mamie na Puszczy. Tylko że ja już dawno nie czuję się jak ten wołający na puszczy (stąd nazwa bloga! Zaczynając go pisać miałam ochotę wyć żeby ktoś mnie usłyszał, przyszedł, pokazał się, że ,,też tak ma”).

A jutro idziemy na pokaz światełek w parku….

 

Po wakacjach

Wróciliśmy dzisiaj z ośmiodniowego pobytu w Swanage, małego miasteczka na południu Anglii, leżącego nadmorzem wśród klifów. Było cudownie i sama nie wiem, dlaczego najbardziej. Nie odpoczęłam, nie widzieliśmy żadnych spektakularnych dzieł sztuki Matki Natury ani powalających na kolana zabytków; pogoda była ładna ale wiało strasznie więc w zasadzie to też nie to. Byliśmy natomiast maksymalnie wyluzowani w każdej sprawie, pozwalając dzieciakom grać po nocach (chodziły z tatą) na automatach i objadać się czipsami. Gucio chyba ostatecznie się odpieluchowal (czy to jest odpowiednie slowo, biorąc pod uwage fakt, ze tak czy siak nosi pieluchę maksymalnie kilka godzin na dobę?) bo nawet w nocy kazał się nosić do kibelka (to jego gromkie ,,mamo,sikuuu!!!”) i zaczął budować pierwsze zdania. Wszystko płynęło i pomyślałam sobie, że jeśli się tylko na to życiu pozwoli, to zabierze cię tam, gdzie chcesz być.

Pojęłam to. Chcę być tam, gdzie nie użeram się z poczuciem winy, nie interesuje mnie cudze zdanie na temat tego, co robię, szczególnie jeśli czuję, że to służy jakiejś głębszej sprawie. Dużo się obecnie mówi o wartościach rodzinnych, potrzebie odwrócenia się od materializmu, rozwoju duchowości. Ale ilu ludzi faktycznie stara się te rozmaite ,,ideały” wprowadzić w życie? Mówią o wolności, a nie można się z nimi spotkać, bo albo hamuje ich szkoła, albo praca. Narzekają, że dziecko cały dzień siedzi na telefonie, a sami kupili mu dopiero co najnowszy model. Potrafią godzinami narzekać na nauczycielki swojego malucha a na sugestię o edukacji domowej reagują jak diabeł na święconą wodę. Czytamy u zwiększającej się liczbie rozwodów, samobójstw, przypadków depresji u dzieci. To nie są statstyki gdzieś tam w gazecie. To my,ludzie, społeczeństwo, tak, ja , ty, jesteśmy tego wszystkiego częścią i mamy realny wpływ na to, co się z nami stanie, jakie szanse będą miały nasze dzieci.

Patrząc na całą naszą trójkę, która z nami rozmawia, przytula się, śmieje i dobrze bawi bez względu na okoliczności, na zupełny brak spięć między nimi, na ich nieokrzesaną kreatywność i miłość do świata z którego pragną  wycisnąć ile się da, wiem, że jesteśmy na dobrej drodze. Oni nie uciekają przed rzeczywistością a ludzie nie jawią im się jako zagrożenie, nie mają potrzeby rywalizacji ani posiadania przedmiotów. Im ZAWSZE I WSZĘDZIE się podoba i to jest zachwycające. Jestem szczerze zachwycona moimi dziećmi.

Gimnastyka

Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem ogromnych emocji. Pojechaliśmy bowiem na zajęcia próbne z gimnastyki na trampolinach dla dzieci edukowanych w domu. Nikogo nie znając, jadąc w zupełnie nowe miejsce na wieś poza Londyn, czułam dreszcz ekscytacji, jednocześnie wiążąc z wypadem dość mocne nadzieje. Lila od dawna marudziła, że chce chodzić na gimnastykę ale trochę mi zajęło wyszperanie na fejsie grupy która formą zajęć jakoś by mnie przekonała, bo po cichu marzyłam o tym, że i Felek się na to pójdzie. On twardo obstawał przy tym, że na żadną gimnastykę chodzić nie będzie ale ja się nie poddawałam. Gimnastyka na trampolinach brzmiała zachęcająco i z pomocą Marcinka udało mi się zwabić i Felcia na darmowe, niezobowiązujące zajęcia próbne.

Ranek był radosny, ale i trudny, po Felku widać było, że nie spełniam jego aktualnych marzeń wyciągając go z domu, ubranie skarpet go bolało, Lili nastrój się udzielił, nagle ona nie ma stroju sportowego, ubrała dziurawe rajstopy i za duże baletki i gdybym nie wzięła jej do plecaka leginsów, to pewnie kolejny rzut rozpaczy mielibyśmy na sali gimnastycznej……. Ale obyło się bez.

Kiedy tam przyszliśmy wszyscy byli dla nas bardzo mili, zarówno panie uczące dzieci, jak i inne mamy. Nadszedł moment w którym bardziej zaawansowane dziewczynki zaczęły przebierać się w swoje stroje gimnastyczne… Lila wpatrywała się w nie w niemym, nabożnym podziwie jak w Matkę Boską Fatimską… Jej drobnym ciałkiem wstrząsnął dreszcz. Wręcz czułam ten wybuch emocji towarzyszący wyobrażeniu jej samej w takim stroju! Bez szemrania przebrała się w leginsy, którymi godzinę wcześniej tak ostentacyjnie gardziła. Bo kto to widział ćwiczyć GIMNASTYKĘ w starych rajstopach?!

Bez szemrania też ustawili się gęsiego na jeden jedyny sygnał pań trenerek z innymi dziećmi i poszli na górę do sali rozgrzewek. Rodzice zostali w poczekalni wyposażonej z ekrany na których można było obserwować potomstwo biegające, skaczące, przysiadające i usiłujące zrobić szpagat…No, nie wszystkie dzieci usiłowały, niektóre po prostu robiły :)

Po jakimś czasie towarzystwo wróciło i z rumieńcami ruszyło do sali trampolin, gdzie już zaczęła się poważna gimnastyka. Naprawdę byłam pod wrażeniem poziomu tych zajęć, bo zwykle dla dzieci homeschoolingowych wszystko cechuje się wielką dozą luzu. Tu ten luz też był, dzieciaki latały po wodę albo do mam coś powiedzieć, ale w sekundę wracały nie dlatego, że ktoś je wołał, lecz… nie chciały niczego ominąć! Z ufnością poddawały się radom pań trenerek, które pochylały się nad każdym dzieciakiem, traktując je z wielkim profesjonalizmem! Wszystko to widziałam na ekranie i na żywo bo od sali trampolin dzieliły poczekalnię otwarte drzwi zabezpieczone jedynie ‚baby gate’ na wypadek niesforności młodszego znudzonego rodzeństwa któremu nie wolno było tam włazić, ekhm…..

To nie do uwierzenia, ale Felek ani razu nie przyleciał, nawet na mnie nie spojrzał podczas całych zajęć!!!

Kiedy gimnastyka się skończyła, moje dzieci runęły z sali do poczekalni zgrzane, czerwone i tak rozemocjonowane, że trudno mi było ten żywioł ogarnąć. BYŁO SUPER!!!!- darli się oboje. Lila dodała: ,,Było tak super, że się prawie zesrałam!”, czego nie omieszkała przekazać natychmiast tacie przez telefon. Felek (ćwiczył w dresach bo on żadnych innych ubrań nie ubierze od lat) zapytał, czy jego strój był wystarczająco gimnastyczny- myślałam, że zemdleję…

W trakcie drogi do domu oboje przeżywali (Felek na swój sposób, Lila na swój), a po powrocie Lila kazała sobie włączyć na youtubie gimnastykę i ćwiczyła na karimacie. Następnie MUSIAŁAM zamówić jej strój gimnastyczny, co też uczyniłam mało nie przyprawiając biednego dziecka o zawał serca z ekstazy. Rysowała siebie w tym stroju na trampolinach do późnej nocy. Felek natomiast zajął się lego i nie kazał mi zamawiać sobie żadnego stroju, twierdząc, że zależy mu na ćwiczeniach bo były fajne. Na to Lila oburzona, że jej też bardziej na ćwiczeniach zależy ale chce mieć strój żeby w nim ćwiczyć :D No logika…

Jestem dzisiaj bardzo szczęśliwa i pozytywnie nastawiona do życia. Wszystko idzie jakoś tak pięknie i łagodnie. Przedwczoraj byłam przy porodzie, mam dwie Panie, którymi opiekuję się teraz jako doula, zarabiam już naprawdę fajnie a dzieci kwitną. Marcinek opiekuje się bobasem (no i starszakami rzecz jasna) przez całe trzy dni w tygodniu od wczesnego poranka do wieczora i spełnia się w tym niezawodnie…. Nie mógł uwierzyć, że ma już swoje ulubione pieluchy :D A propos pieluch, zakładamy na małą pupę, bo zimno, ale do regularnego użycia wszedł już też zwyczajny nocnik do którego za dnia trafia teraz większość tego, co powinno tam trafiać. A dziecinka 11 miesięcy :) Magia bezpieluchowego chowania przez pierwsze 8 miesięcy życia :) Tak więc… Nic tylko dalej tak samo, do przodu, powolutku, myśleć z radością o każdej szansie, nie bać się chorób ani innych katastrof, głowę podnosić wysoko……… Prosty przepis na to, by każdy dzień ubrać w sens.