Archiwa tagu: plac zabaw

Dzieci wracają z wakacji

Po niemalże dwutygodniowym pobycie w Polsce u dziadków Felek i Lila, pod asystą taty który specjalnie na tę okoliczność zawitał do Polski dosłownie na kilka godzin, wrócili dzisiaj do domu. Wytęskniona matka pędziła rano na rynek po borówki i maliny (u babci zrywali z krzaków ale skoro lubią a tu krzaków nie mają, niech nie mają szoku kulturowo- kulinarnego) i tak ją to wymęczyło, że musiała się zdrzemnąć. Obudził ją SMS, że przychówek z ojcem w pociągu i będą za 20 minut. Czesać się czy wyjść na stację po rodzinę?- przemknęło matce przez myśl. I poszła nieuczesana.

To zadziwiające, jak człowiek łatwo przyzwyczaja się do tego, że nie musi i że może. Spędziliśmy z Marcinkiem świetny czas. Byliśmy na festiwalu, na potańcówce, na warsztatach kulinarnych, odwiedzaliśmy znajomych, oglądaliśmy filmy do nocy, udawało się pospać za dnia. Mimo to walczyliśmy z poczuciem, że robimy to wszystko żeby wypełnić sobie jakoś czas. Pozbawieni naturalnej motywacji szukaliśmy jej, narzucając sobie sztuczny rytm. Ciągle gadaliśmy o dzieciach. O dwójce za którą schniemy i o trzecim które chcielibyśmy mieć. Podczas wizyt u innych matek łapczywie chwytałam się niemowląt. Poczuć, powąchać, połaskotać. Ale nie musieć. I jechać do domu gdy się chce, bo można.

Przyjechali. Zawsze na początku emanują pewną nieśmiałością, nieichnią grzecznością. Felek trochę pociąga nosem z tęsknoty za babcią i dziadkiem. Lila wywala z walizki wszystko, co dostała czyli jakiś tysiąc nowych zabawek. Ja dostaję oczopląsu. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze 2 minuty temu był tu, może nie jakiś pedantyczny porządek, ale ład. NAGLE, totalnie nagle podłoga zamienia się w pole bitwy między niezliczoną ilością przedmiotów. Usiłuję się przestawić. Gdy zadaję Lili pytanie odnośnie jakiejś nowej laleczki, odpowiada mi Felek, ale mówiąc o czymś innym. Lila też odpowiada. Gadają naraz przekrzykując się. Nic już nie rozumiem. Staram się uzgodnić sama z sobą, jak bardzo złą matką będę, gdy już teraz zrobię sobie kawę. Ale przecież kawę robię sobie zawsze gdy coś uda mi się zrobić, jako nagrodę i element odpoczynku. Odpoczywać po 5 minutach? Wypada?

Lila postanawia się przebrać w inną sukienkę, inne rajstopy. Informuje mnie o tym w jakichś 50 nader rozwiniętych zdaniach (cel, przebieg, efekt). Felek chce grać w kółko i krzyżyk. Budować lego. Lila chce na plac zabaw. Felek nie chce. Idę z Lilą. Wymaga ode mnie dwustoprocentowego zaangażowania w jej huśtanie, latanie i wspinanie. Nadążam, próbując sobie tłumaczyć, że to normalne, pierwszy dzień po powrocie, wytęskniona, należy jej się. Biegam. Po godzinie czuję się jak po maratonie. Kondycja osłabła przez te 13 dni. Wracamy. Marcinek musi wyjść. Dzieci robią się głodne. Jedzenia i mojego zaangażowania po raz setny.

Robimy kukiełki ze śmieci i generuje to taki armagedon, że z ulgą odpuszczam, gdy Lila wykazuje zainteresowanie przebraniem się po raz kolejny (narracja wciąż w toku, z 2 stron oczywiście) i sukienka dla papierowej księżniczki idzie w odstawkę. Po omacku próbuję zbierać rzeczy z podłogi, chociaż te wokół mnie. Nie ma na to czasu, bo już prośba o kanapeczki. Czuję się jak pracownica na taśmie w fabryce, z tym, że jest trochę bardziej wymyślnie, bo zamiast jednego powtarzanego zajęcia, wykonuję różne, dziesiątki różnych, bez planu, bo polecenia są jak pociski z karabinu maszynowego. Placuszki z masełkiem. Kanapka z humusem. Ja chcę z ogórkiem. Ja chcę bez ogórka. O, ja też jednak bez ogórka. Chcę dwa. Zjesz jeden, to dostaniesz drugi. Chcę dwa!!! Masz dwa. Mamo, nie dam rady tego zjeść do końca…

CAŁY CZAS GADAJĄ!!!! :)

Gdy się kąpią, siadam i patrzę tępo w monitor laptopa. Czuję, ż się starzeję. Zjadłabym coś, ale boję się, że zanim zrobię/ zjem, oni się wykąpią i będą chcieli bajkę. A wtedy znowu trzeba będzie coś robić. Przede wszystkim słuchać dwudziestominutowego wywodu (w dwugłosie) dlaczego ta bajka i dlaczego nie ta bajka, bo oczywiście nie chcą tej samej.

Po bajce czytamy i jest prawie spokojnie. Zaczynamy 3 książeczki i żadnej nie kończymy. Lila wchodzi do szafy i wyskakuje z niej. Normalna norma. Ja skupiam swoje matczyne wróżbiarskie zdolności próbując ocenić stan zmęczenia dzieci i ewentualny czas, kiedy będą już spały. Po raz kolejny atakują mnie wyrzuty sumienia w postaci pytań cóż za matka zamiast cieszyć się dziećmi po dwutygodniowej rozłące marzy o stanie sprzed ich powrotu!

Ale zaraz, zaraz, przecież to nie tak, że mi było lepiej bez nich. Po prostu trzeba się przestawić. Znowu wrócić do normalności. Rozkładać siły. Planować. Przewidywać. Robić jedzenie ,,na później”. Dać im czas na to wszystko także. Patrzę na nich i…. nie wiem, jak ja żyłam bez dzieci. Jednocześnie dopadają mnie wątpliwości, czy umiem żyć z dziećmi. Daję sobie zatem do tego pełne prawo. Przecież żadne z nas nie jest maszyną do robienia chleba, na której trzeba włączyć jeden albo drugi przycisk i cała filozofia, a chleb wychodzi przez to zupełnie inny. Nie mam przycisku do przełączenia się w tryb z dziećmi albo bez dzieci. To wszystko wymaga chwili czasu, szczypty refleksji, solidnej garści szacunku i zrozumienia do dzieci, ale przede wszystkim do samej siebie.

Usnęły bardzo szybko, przytulone, jedno z jednej, drugie z drugiej strony. Uświadomiłam sobie, jaki spokój daje mi poczucie, że są blisko, że mam je na oku, że jesteśmy w komplecie.

Jutro jedziemy na wycieczkę. Jedzenie przygotuję już teraz.

 

 

 

Sandały i łzy

Wczoraj byliśmy na super wycieczce. Zrobiłam Felciowi wagary, złożyłam podanie o jeden dzień wolny, odstałam odpowiedź odmowną, ale pojechaliśmy na piknik. Felonek, Maksio (jest u nas na wakacjach), Lila i ja. Było czadowo, pluskali się w baseniku parkowym, tarzali w piaskownicy i szaleli na placu zabaw. Upał był potworny. Felinek w pewnej chwili popłakał się z gorąca, jak już szliśmy na autobus, Lila zasnęła w drodze powrotnej, cała taka lepka i mokra. Najdzielniej trzymał się Maks. Woda lała się litrami, ale było po prostu ZA gorąco.

Dziś Felinka wycieczka szkolna na farmę. Dostał ataku rozpaczy że kazaliśmy mu iść w sandałach. Tak, pierwszy raz od dawien dawna po prostu bez dyskusji zabroniliśmy iść mu w skarpetach, szkolnych butach i szkolnej grubej bluzie bo baliśmy się o zdrowie dziecka. Upał zapowiadał się od świtu. Nie mogliśmy pozwolić na zagrożenie zdrowia u dziecka. A on z własnej woli tej bluzy by nie zdjął. Sandały przyprawiły go o spazmy: ,,pani nie pozwala, pani kaze mieć butyyyy”……….. Och, jak mi źle z tym, jak źle. Nie było czasu na wielkie rozmowy, tłumaczenie, chociaż już od wczoraj starałam się mu najnajdelikatniej wyjaśnić, że jak będzie tak ciepło, jak na pikniku, nie pozwolę mu na założenie całego umundurowania. Zdawał się to ignorować. Chyba nie wierzył, że go zmusimy. A jednak :(

Byłam już ostro wkurzona więc powiedziałam chyba nie do końca miłym tonem, że to co pani mówi, w tym przypadku nie jest najważniejsze na świecie i nie ma bać się pani lecz skwaru. I że jeśli pani coś napomknie, będzie miała do czynienia ze mną i tatą.

Boże,Boże, ja wiem, że tak nie powinno się robić. I że to chore, durne, absurdalne. Nie zrozumie ktoś, kogo dziecko rozbiera się gdy jest ciepło i woli komfort niż podporządkowanie się. Tylko że te problemy tyczą się wyłącznie szkoły. Felinek nigdy nie poszedłby w upał w butach i skarpetach czy nie daj Boże w bluzie na plac zabaw czy do cioci.

Tak, wiem, że on się czuje bezpiecznie, bo grupa itd. Z tym, że jak odbieram Felka ze szkoły CAŁA GRUPA biega bez bluzy poza Felkiem. On trzyma się jak nienormalny tezy, że w szkole ma mieć szkolną bluzę, chociaż na tle dzieci jest wyjątkiem. Dziś z racji wycieczki schowałam bluzę głęboko i nie dałam mu wyboru.

Jestem nieczuła i popełniam błędy. Ale tak bardzo, bardzo nie chcę żeby jemu było za gorąco. I jedyne co mnie boli, że w szkole nikogo to nie obchodzi tak jak mnie i Marcinka. Ale co się dziwić? To nasze dziecko. Nie szkoły. Szkoda, że rzeczone dziecko czasami ma odrębne zdanie na ten temat :(

To wciąż się dzieje

Nie, to nie tak, że wychodzę na spacer z dzieckiem tylko po to, by szpiegować zachowania innych rodziców a potem dołować się nimi w domu i pomstować na fejsie. Nie, to nie tak, że swoją brylantowa relacją z Lilą chcę dać przykład głupiemu światu, który nic nie rozumie. Ostatnimi czasy bardzo dużą odporność i tolerancję, ba!- nawet zrozumienie w sobie wypielęgnowałam dla wielu odmiennych opcji. Jakże to wyzwalające, móc bez wewnętrznych spięć móc rozmawiać ze wszystkimi.

Dla wielu, ale nie dla wszystkich. Przemoc wobec dziecka to coś, czego nigdy i w żadnej formie nie zaakceptuję.

Dzisiaj niestety widziałam przerażenie, prawdziwe przerażenie i przeszedł mnie dreszcz. Chłopczyk w wieku Lili podpadł mamie, popchnął kolegę. Szła do niego szybkim krokiem, krzycząc. Przez sekundę twarz chłopca wyrażała nieprzytomny strach. Zastygłam. Co będzie? Uderzy go?

Spojrzała za siebie, zobaczyła, że ma świadków i tylko pociągnęła malucha silnie za rączkę, by posadzić za drzewem na ,,time out”. Dziecko krzyczało jak zarzynane. Przykro patrzeć, ale co począć. Teoretycznie nic się takiego nie stało.

Jednak ta chwila, kiedy widzisz dziecko skamieniałe ze strachu, z oczami jak talerze, patrzące na matkę w niemym przerażeniu nie pozwala ci nie myśleć o tym, co by się stało, gdyby nikogo nie było wokół.

Tak, mimo grup i akcji na fejsie, w telewizji i szeregu ustaw, dzieci wciąż są bite. W rodzinach patologicznych, owszem, ale nie tylko. Również w tych, w których chodzi się z dzieckiem na plac zabaw, w których kupuje się dziecku markowe trampki i niebieski bidon na wodę w kształcie zwierzaka. I ten kontrast- śliczny chłopiec w markowych trampkach nieruchomy w ślepym strachu przed podchodzącą do niego mamą to obraz, jakiego z pewnością długo nie zapomnę.