Archiwa tagu: plac zabaw

To wciąż się dzieje

Nie, to nie tak, że wychodzę na spacer z dzieckiem tylko po to, by szpiegować zachowania innych rodziców a potem dołować się nimi w domu i pomstować na fejsie. Nie, to nie tak, że swoją brylantowa relacją z Lilą chcę dać przykład głupiemu światu, który nic nie rozumie. Ostatnimi czasy bardzo dużą odporność i tolerancję, ba!- nawet zrozumienie w sobie wypielęgnowałam dla wielu odmiennych opcji. Jakże to wyzwalające, móc bez wewnętrznych spięć móc rozmawiać ze wszystkimi.

Dla wielu, ale nie dla wszystkich. Przemoc wobec dziecka to coś, czego nigdy i w żadnej formie nie zaakceptuję.

Dzisiaj niestety widziałam przerażenie, prawdziwe przerażenie i przeszedł mnie dreszcz. Chłopczyk w wieku Lili podpadł mamie, popchnął kolegę. Szła do niego szybkim krokiem, krzycząc. Przez sekundę twarz chłopca wyrażała nieprzytomny strach. Zastygłam. Co będzie? Uderzy go?

Spojrzała za siebie, zobaczyła, że ma świadków i tylko pociągnęła malucha silnie za rączkę, by posadzić za drzewem na ,,time out”. Dziecko krzyczało jak zarzynane. Przykro patrzeć, ale co począć. Teoretycznie nic się takiego nie stało.

Jednak ta chwila, kiedy widzisz dziecko skamieniałe ze strachu, z oczami jak talerze, patrzące na matkę w niemym przerażeniu nie pozwala ci nie myśleć o tym, co by się stało, gdyby nikogo nie było wokół.

Tak, mimo grup i akcji na fejsie, w telewizji i szeregu ustaw, dzieci wciąż są bite. W rodzinach patologicznych, owszem, ale nie tylko. Również w tych, w których chodzi się z dzieckiem na plac zabaw, w których kupuje się dziecku markowe trampki i niebieski bidon na wodę w kształcie zwierzaka. I ten kontrast- śliczny chłopiec w markowych trampkach nieruchomy w ślepym strachu przed podchodzącą do niego mamą to obraz, jakiego z pewnością długo nie zapomnę.

Paluszek do wrzątku

Są dzieci, które ostrzeżone ,,uważaj, bo to gorące” trzymają się do obiektu potencjalnie niebezpiecznego z daleka. Lila za wszelką cenę w takich sytuacjach stara się sprawdzić, czy mówiłam prawdę. Właśnie sparzyła się naparem z mniszka, który stał sobie na stole spokojnie i czekał na swoje przeznaczenie. Lila asystowała mi przy zmywaniu naczyń, siedząc na blacie przy zlewie. Mniszki parzyły się spokojnie, aż zostały dostrzeżone przez Lilę i zaszczycone jej uwagą. Powiedziałam, że to gorące, co spowodowało, że moje dziecko obdarzyło mnie wyzywającym spojrzeniem a następnie włożyło palce do wrzątku.

Oczywiście nic poważnego się nie stało.

Dotarło jednak do mnie, jak trudna jest opieka nad dzieckiem o tak silnym charakterze. Wyłączając Felka udającego wilka czy potrwora, Lila w zasadzie niczego się nie boi. Codziennie spada, przycina sobie palce, przewraca się i ociera do krwi, bo nie słucha żadnych ostrzeżeń. Do niedawna byłam z nią permanentnie zestresowana podczas każdego wyjścia. Doszło do tego, że na jakiś czas zaniechałam spacerów na plac zabaw, bo nie wyrabiałam psychicznie jej wspinania się wszędzie i spadania. Boję się o dziecko. Może czasami przesadnie, ale jednak ona tę krzywdę sobie ciągle robi, więc jest to całkiem uzasadnione.

Dziś, przy okazji mniszków, dotarło do mnie w końcu, że tak będzie. Że muszę znaleźć w sobie przestrzeń na to ryzyko, którego akurat ONA nie zamierza unikać. Że muszę tulić, gdy płacze po upadku, ale nie starać się tak mocno chronić jej przed tym. Dużą wolność własną wewnętrzną widzę na horyzoncie, jak światełko w tunelu, gdy pozwolę jej na eksplorowaniu świata przy okazji i przy okazji nabijać sobie guzy, a sobie na akceptację faktu, że takie jest moje dziecko. Trudno to zaakceptować, bo trudno wybaczać sobie samej, że nie zdążyło się złapać, uratować. Jednak mam świadomość, że za jakiś czas nie będę mogła za nią łazić jak kwoka, że może ona będzie pilotem ultraszybkich samolotów, nurkiem, strażakiem (strażaczką?- nie wiem, czy już takie nazewnictwo funkcjonuje) a ja będę mogła jedynie na własny użytek drżeć a dla niej-  napawać się dumą z jej odwagi, która jednak różni mnie od niej. Lila zmieniła mnie. Odkąd mam ją, konsekwentnie ewoluluję mentalnie. Dziękuję Ci odważna moja Córciu.

Hulajnoga

Felinek uparł się, że do miasta pojedzie na hulajnodze. I chociaż ani ja, ani babcia, ani dwie ciocie które z nami ku temu miastu zmierzały- nikt!- nie wierzyłyśmy, że dojedzie, pozwoliłam mu wystartować ze sprzętem. Dotychczas robił bardzo małe dystanse.

Hulajnoga już na drugim bodajże skrzyżowaniu wylądowała w koszu wózka, a dwoje dzieci za rączkę z mamą wlokło się jak żółwie, jak zawsze zbaczając z trasy co kilka metrów, nie żałuję. Chociaż potem musiałam we wózku pchać dwójkę i hulajnogę. A potem jeszcze tonę zakupów. Ale nie podcięłam skrzydeł, nie mówiłam, że nie da rady, chociaż doskonale wiedziałam, jak to się skończy, że będzie to dla mnie pewne, być może duże utrudnienie. I było.

Tylko czyj to był pomysł, żeby telepać się do miasta, mój (w sensie dorosłej części), czy ich? Ja chciałam iść, one nie wpadłyby na to, trzeba było opracować kompromis. Ten kompromis powolutku dopracowuję do perfekcji. Ja mam jakiś plan na dzień i go wykonujemy, ale w tempie możliwym dla dwuletniej niespełna kruszyny- wszak powinno być ono dostosowane zawsze do najsłabszego ogniwa. A ogniwko moje złote nie raczy jeździć we wózku, chyba, że pod koniec trasy, gdy jest już na prawdę zmęczone. Spacery trwają godzinami, trwają dniami, trwają niekiedy absurdalnie długo. Ostatnio godzinę (!) szliśmy na plac zabaw. Sama ten dystans pokonuję w 10 minut.

Widzę w tym sens, bo kto wymyślił czas? Nie one i coraz częściej dociera do mnie (a z ulgą owo docieranie przyjmuję!), że i nie ja. Nie, nie jestem odpowiedzialna za to wszystko, cały ten zmyślony dziwaczny system w jakim funkcjonujemy i tym bardziej nie chcę pozwalać, by były za to odpowiedzialne moje dzieci.

Istoty absolutnie i doskonale niewinne.