Archiwa tagu: płacz dziecka

Słuchawki

Guciutek miał jeden ze swoich spadków nastroju. Mnie pobolewała głowa. Za każdym jego krzykiem coraz bardziej. Pomyślałam sobie, że właściwie za jakie grzechy ja muszę tego słuchać? Jest zmęczony. Ma spać. Nie reaguje na moją dobrą wolę. Nie mam do dziecka pretensji, ale co ja zawiniłam? Poszłam po słuchawki wygłuszające i założyłam sobie na uszy. Poczułam się jak na dnie oceanu. Wzięlam Guciutka ponownie na ręce. Ból głowy przestał się pogłębiać. Na moje ciało spłynęła głucha błogość. Przestało mi histerycznie zależeć na uciszeniu go.

W tym momencie małe przestało płakać.

Bujałam go, ale zachciało mi się do łazienki. Wciąż na głucho odłożyłam Guciutka i wymknęłam się z pokoju. Gdy wróciłam po 2 minutach, on już spał.

Wniosek z tego wszystkiego dla mnie jest wyłącznie taki, że napewno nie da się ukoić dziecka samemu będąc nieukojonym. I że to nic złego w tym, że matka decyduje się na niesłuchanie ryku swojego dziecka :)

 

 

 

Zmiana pieluszki

Trafiliśmy dzisiaj trochę przypadkiem na czadowy homeschoolingowy piknik! Zabrałam Felka i Gucia, Lila wolała zostać z tatą w domu. Była to parkowa imprezka pod znakiem wymiany kart lego (dzieciaki wszekich roczników szaleją ostatnio na ich punkcie, kolekcjonują je i wymieniają się) ale nie wiedzieliśmy za bardzo kogo się spodziewać i czy przyjdzie ktokowiek znajomy poza najlepszym przyjacielem Felka. Dylematy towarzyskie nie trwały długo, bowiem niemal od razu zbiegła się ogromna grupa mam (był tam obecny aż jeden tata) z nieprzebranymi czeredami dzieciaków w różnym wieku- normą były trójki i czwórki rodzeństwa! Felek od razu wdrożył się w temat i praktykował angielski w handlu kartami– było to bardzo intensywne!

Jedna z mam poszła w pewnej chwili po kawę zostawiając swoje dzieci- ośmiolatkę, trzylatka i dwuletnie bliźniaki pod kuratelą piknikowej reszty. Oczywiście niewiele czasu minęło i jeden z najmłodszych zaczął rzewnie płakać. Kilka kobiet usiłowało go uspokoić, chciałyśmy iść z nim do mamy, oferowałyśmy picie, jedzenie, wzięcie na ręce, ale to tylko pogłębiało rozpacz. Nagle głos braciszka dotarł do zajętej wymianami starszej siostry. Pewnym krokiem podeszła do malucha i powąchała go. ,,Trzeba mu zmienić pieluchę”- orzekła bez cienia konfudacji. Przypadłyśmy do niej z zamiarem pomocy, ale spojrzała na nas zdziwiona. Sytuacja trwała sekundy- dziewczynka wzięła małego na ręce, położyła na kocyku i zmieniła pieluszkę trzema wprawnymi ruchami… Patrzyłam na to zauroczona, pełna podziwu który również werbalnie wyraziłam, ale dziewczynka zupełnie sobie nic z tego nie zrobiła. Inna, mniejsza, sześcioletnia, zapewniła mnie wówczas, że i ona umie zmienić pieluszkę i często to robi- a jej siostrzyczka ma 17 miesięcy….

Niby nic takiego, co to za problem wziąć i zmienić pieluchę. Żaden. Było jednak coś zachwycającego w tym, jak naturalnie tym dziewczynkom przychodziła REALNA pomoc mamie i opieka nad młodszym rodzeństwem. Coś o czym jedynie czyta się w książkach typu ,,W głębi kontinuum”… I co przywodzi na myśl że ,,szkoda że teraz tak nie jest”… Bo niby dzieci rozpieszczone, zaniedbane rodzinnie, w separacji od młodszego rodzeństwa, uczące się ułamków i ortografii zamiast życia, pozbawione zaufania dorosłych, którzy też za wszelką cenę nie chcą ,,obarczać” potomstwa żadnymi obowiązkami. A one…Te małe dziewczynki… Wyobraziłam je sobie za 20- 30 lat jako mamy, które nie będą patrzeć na swoje noworodki bezradnie, szukajac instrukcji obsługi. O ile kroków dalej są od tych, które przed porodem nigdy nie będą miały okazji zmienić pieluszki? Ja byłam taką mamą… Pierwsza pieluszka jaką zmieniłam, drżącymi rękami oczywiście, należała do mojego synka i zarówno to, jak i wiele podobnych ,,problemów” przytłaczało mnie okrutnie… A przecież to takie nic. Szkoda tylko że nie było przy mnie żadnej sześciolatki na homeschoolingu która by mi mogła wszystko pokazać i wytłumaczyć.

 

 

Co zrobić gdy dziecko płacze?

Ten wpis miałam ochotę popełnić już dawno. Chyba jeszcze zanim w moim życiu zaistniał Guciutek. Bo płacz dziecka, bez względu na wiek, to temat który wzbudza ogromne emocje. I zdanie na jego temat jest jednym z silniej dzielących. Tacy już jesteśmy, że łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Słyszymy w markecie płacz niemowlaka i w duchu współczujemy mu matki, która nic nie robi, lecz jak gdyby nigdy nic przegląda proszki do prania. Wrzeszczący kilkuatek rozżarza w nas morderze instynkty, bo na pewno rozpuszczony i drze japę o lizaka. Albo tablet. No, w każdym razie wymusza, bo cóż innego mógłby robić? Noworodek- wiadomo- na ch… ciągną tak małe dziecko w miejsca publiczne? Przecież są w nich zarazki, zimno, gorąco i w ogóle kiepsko. A jeszcze Bogu ducha winni ludzie muszą tego słuchać. Biedne maleństwo, biedne otoczenie!

Niestety, niebezpieczny bywa ten ,,bliskościowy dyskurs”, który absolutnie wyklucza stosowanie metody ,,wypłakiwania” dziecka (i dobrze) ale w zamian daje na talerzu pięknie udekorowane poczucie winy. ,,Profesjonaliści” od bliskości z dziećmi w ładnych słowach sugerują, że wszyscy rodzice to pozbawieni empatii krzywdziciele własnego potomstwa. W jaki sposób? Ano, niewinnym stwierdzeniem że dziecko płacze bo sygnalizuje potrzebę. Jest to oczywiście prawda. Ale co ma sobie pomyśleć matka, która od 2 godzin skacze po ścianach żeby jej maleństwo zamilkło? No jedyne co sobie pomyśli, to że jest beznadziejna, bo nie umie odczytać sygnału o potrzebie. Przecież dała jeść, zmieniła pieluszkę, włożyła do chusty! A to dalej ryczy i ryczy. No po prostu dno!

Pół biedy, jeśli taka mama otoczona jest mądrym wsparciem, ale najczęściej tak nie jest. Z reguły słyszy, że dziecko ma albo ,,charakterek”, czyli robi jej na złość, albo to ona partaczy. Na przykład głodzi dziecko. Albo przymraża. Ewentualnie podgotowuje albo torturuje metkami u kaftanika! Tak czy siak, płacz dziecka postrzegany jest jako coś jednoznacznie negatywnego. Przestępstwo dziecka lub matki, czasami obojga rodziców. I ktoś musi ponieść za nie karę. A najłatwiej ukarać osądem. Wyroki sypią się więc jak plastikowe koraliki z rozprutej poduszki- rogala…

Co by się stało, gdyby przyjąć po prostu, że płacz jest sposobem komunikacji małego dziecka ze światem, jest zjawiskiem fizjologicznym i potrzebnym, bo bez niego nikt na malucha nie zwracałby uwagi- umarłoby biedactwo z głodu. Bo nie zapyta uprzejmie: ,,Przepraszam, czy mógłbym dostać trochę mleka?”, nie zagai ,,Ta pogoda dzisiaj! Ciśnienie opadło, czy jak?” i nie zacznie snuć historiii: ,,Nie uwierzycie, ale 3 tygodnie temu znalazłem się w zupełnie dziwacznym miejscu. Wszystko jest suche, jasne i zimne. W dodatku coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Co jakiś czas wylatuje z niego jakaś substancja i to często boli!” I tak dalej, i tak dalej. Nie zrobi tego, Może jedynie płakać. I chociaż wygląda to traumatycznie, nie traktujmy tego jak końca świata. Do jakiegoś momentu wolno zgadywać. Po kilku dniach życia dziecka rodzice z reguły już rozpoznają który płacz jest od głodu, a który od zmęczenia, ale jeśli nie, to też nic takiego. Nie jesteśmy złymi matkami, gdy nie mamy pojęcia czemu dziecko ryczy i nigdy nie dajmy sobie tego wmówić. Powodów może byc trzysta pięć, co gorsza, to co wywołało dramat w poniedziałek, w środę przejdzie już przez maluszka niezauważone. A 4 tygodnie później już nikt nie pamięta że zrobienie kupy albo sikanie mogło powodować czarną rozpacz, za to dźwięk piszczącej gumowej myszki staje się głównym winowajcą… I tak w kółko, aż dziecko zaczyna mówić. Nowy etap i nowe powody do płaczu…

Guciutek wpada w amok płaczu mniej więcej co 7-10 dni. Szczególnie gdy jest zmęczony, przebodźcowany. Nagle zaczyna okropnie krzyczeć. Brzmi to mniej więcej jak połączenie zepsutej piły mechanicznej z rżeniem konia w agonii. Znacie to? No to wiecie, jak system nerwowy dorosłej osoby może na coś takiego reagować. Co wtedy robię? Nic. Właściwie nic szczególnego. Oferuję pierś. Z reguły nie chce. Bujam. Nie pomaga. Noszę. Nic. Kładę spać, daję smoczek. Amok trwa. OK, czyli to coś, na co nie mam żadnego wpływu. Po co mam nim trząść skoro to nie przynosi ulgi? Po co tracić cenną energię. Kładę go koło siebie, smoczek trzymam w pogotowiu, tak jak i gołe cycki zaraz przy jego nosie w razie gdyby zmienił zdanie. Otulam, całuję w czółko. I jestem. Fizycznie cała należę do niego, ale na tym etapie wiem, że nic nie zależy ode mnie. Chcę jednak, żeby wiedział, że w przypadku tego głębokiego nieszczęścia, jakie go spotkało, czymkolwiek ono jest spowodowane, nie zostanie sam. Nie staram się obsesyjnie go uciszyć. Mam w dupie, że sąsiedzi pomyślą o mnie, żem zła matka. Ma taki czas i tak to musi wyglądać. Jego historia jest trudna i smutna, ale nie moją rolą jest ją na siłę naprawiać. Wysłucham. I tyle.

Jestem z nim tak długo, aż zaśnie i wtedy wiem, że zrobiłam co mogłam. Nie żeby przestał płakać, żeby się przymknął, żeby ulżyć mu w cierpieniu. Tak, dziecko płaczem sygnalizuje potrzebę, ale nie każdą można zaspokoić z ,,zewnętrz”. Są potrzeby, których nie odgadniemy albo na które nie zaradzimy. Co można zarobić, to pokornie zaakceptować ten fakt i być. Jeśli poza coraz silniejszym bujaniem i wpychaniem smoczka potrafisz to zrobić- to nie tylko dobry z ciebie rodzic, ale przede wszystkim dla tego małego nieszczęsnego człowieka w chwili kryzysu stajesz się przyjacielem na dobre, na złe i na najgorsze.