Archiwa tagu: poród

Pytania (niespełna) siedmiolatki

Moje średnie dziecię zapytało mnie dzisiaj (spróbuję zacytować):

-Mamo, a jak nie zajść w ciążę jak się nie chce być w ciąży? (…) Tak, żeby nie trzeba było nic kupować?

Z oczywistych względów od kilku lat w naszym domu bez żadnych ograniczeń wibrują w eterze wyrazy i sformułowania takie jak: ciąża, zapłodnienie, okres, spóźniający się okres, owulacja, poronienie, poród, antykoncepcja, zarodek, szyjka macicy, skurcze, rozwarcie oraz pokrewne. Gadam ja, gadają tabuny kobiet przewijające się przez nasze domostwo, gada i Marcinek, po prostu non stop te tematy są wałkowane więc silenie się na jakieś tabu ,,bo są dzieci” nie miałoby racji bytu. Zresztą, jak słusznie zauważał jeszcze kiedyś Marcin, gdy ja momentami zawieszałam się, próbując ustalić, czy jakiemuś wątkowi, przez wzgląd na obecność maluchów, należy się kontynuacja, ,,gdyby nie to, to ich też by nie było”. Racja!

Aktualnie czytam potężną książkę, ,,Taking charge of your fertility” a jest ona opatrzona wieloma ilustracjami które z godną podziwu fotograficzną dokładnością pokazują np. anatomię narządów rodnych kobiety i mężczyzny albo wygląd szyjki macicy w poszczególnych fazach cyklu miesiączkowego. Zaglądająca mi przez ramię Lila budziła moją radość, bowiem czekałam tylko aż zacznie zadawać pytania. Zaczęło się oczywiście migusiem, jak tylko doszło do rozdziału na temat badania cytologicznego i, jak wyżej wspomniałam, szczegółowych obrazków. Zadziwiło mnie, jaka ona mądra, jak dużo już wie, a już absolutnie uwielbiam fakt, że nie ma między nami najmniejszego skrępowania i ona te tematy traktuje z tym samym połączeniem ,,obojętności i fascynacji” jak przepis na ciasto z malinami albo opowieść o moim psie z dzieciństwa (o nie, prepraszam, pies budzi więcej emocji!). I cieszy mnie niezmiernie, że córka moja cudna będzie wiedziała o własnym ciele wszystko zanim jeszcze zacznie miesiączkować i cień przerażenia i niepewności  nie pojawi się w jej główce a jeśli nawet to będzie wiedziała, dokąd po radę (nie do koleżanek z klasy, których zapewne, Boże dopomóż, nigdy mieć nie będzie, a których edukacja i pęd do dzielenia się ,,wiedzą” woła z reguły o pomstę do nieba… Co i tak uważam za lepsze niż edukacja internetowa, bo po wpisaniu do google słowa seks dostaniesz wszystko ale z pewnością nie rzeczowe informacje na tematy powiązane ze zdrowiem kobiety w wieku reprodukcyjnym!!! I cokolwiek to będzie, nie nadaje się dla młodszych nastolatek. Dla starszych też nie).

Lilę zainteresował jakiś wykres (,,co to są te numerki?”) i okazało się, że wyjaśniał on biologiczne podstawy do naturalnego planowania płci potomstwa. Sama jeszcze niewiele wiem na ten temat, ale ile na bieżąco z Lilą na kolanach wyczytałam, tyle jej powiedziałam. Myślała i myślała, w końcu wymyśliła, że chce mieć najpierw chłopca, potem dziewczynkę i potem znowu chłopca (muszę przyznać, że model wydał mi się idealny :) :) ), którego nazwie Salitti (bo lubi egzotyczne imiona; uważa, że Felek, Lila i Gucio są zbyt zwyczajne i ona tak dzieci nie nazwie). Po kolejnej serii niemych przemyśleń (akurat pochłaniałam wegetariańkiego sznycla z ogniska, ona zaś wegetariańskiego burgera… Domowej roboty Marcinowy majonez spływał w upale po zgrzanych twarzach… Sielanka), wyraźnie zaniepokojona poprosiła o wyjaśnienie kwestii, co robić albo czego nie robić, gdy już się nie chce mieć więcej dzieci…

Zgodnie z tym, czego się aktualnie uczę, zaczęłam odpowiadać, nie wiem tylko dlaczego zaczęłam od prezerwatywy. Lilianna przerwała: ,,A to nie ma takiego sposobu, żeby nic nie trzeba było kupować ani chodzić do lekarzy?”. Córeczka mamusi! Weszłam w tematy mierzenia temperatury itd. Posłuchała, posłuchała i poleciała na huśtawkę. A potem budowała z Felkiem lego.

Pragnę uspokoić wszystkich, którzy uważają, że deprawuję własne dziecko. Poza tymi rzadkimi momentami, kiedy zadaje pytania, bo akurat książka o płodności jej się nawinęła, Lila nie wykazuje żadnych cech obsesji, żadnego zainteresowania seksem ani ochoty do kokietowania, łazi w poplamionych szortach Felka całymi dniami albo tapla się w baseniku ogrodowym z zabawkowymi fokami i morsami. Jest bardzo czuła wobec swojego małego braciszka, pełna empatii wobec kobiet w ciąży i zrozumienia dla kwestii typu ,,ciocia nie ma męża a jest w ciąży”. Jest po prostu tak cudowna, dziecinna i dojrzała zarazem, że brakuje mi słów. I czuję dumę, gdy mówi mi, że będzie się mnie pytać zawsze o rzeczy związane z rodzeniem dzieci, bo uważa, że wszystko wiem :O Poniekąd dlatego, że zupełnie nie czuję, że wiem chociaż 10 procent rzeczy które powinnam! Ale cały czas się w pocie czoła dokształcam, w końcu audytorium mam najsłodsze z możliwych. A jednocześnie wymagające!

 

Pączek w maśle

Od ponad miesiąca pracuję 3 razy w tygodniu, raz nie ma mnie 7 godzin, raz 11 i jestem szczęśliwa.
Gdy jestem w pracy, pozytywnie tęsknię za gromadką
Gdy jestem za dużo z gromadką, tęsknię za pracą która daje mi relaks, pieniądze i poczucie bycia potrzebną (użyteczną a nie tylko używaną :) )
Dzieciarnia absolutnie pokochała dni ,,tylko z tatą”, nawet 11 miesięczny bobas ustatkował się nieco i nie czuję nawet śladowej ilości typowego dla siebie zamartwiania się, co ze mnie za matka W końcu!
Byłam już nawet przy jednym porodzie samotnej 47 latki z jedyną dziecinką z …. wpadki…. i pomyślałam sobie: kurde, niektóre matki to jednak mają ciężko. Ale mam siłę by je wspierać bo sama czuję się jak pączek w maśle.
Dziś bolała mnie głowa, nie mogłam ustać na nogach, było mi niedobrze, ręce mdlały przy noszeniu bobasa (akurat mój dzień opieki nad gromadką). Przyjaciółka zrobiła akupunkturę….Przeszło w kilka minut. I pomyślałam sobie: ileż my, matki, mamy talentów. Umiemy leczyć, rodzić, karmić, kochać. Chore i obolałe ogarniemy dzieci, jedzenie, siebie. Ale warto też poprosić o pomoc i opiekę gdy czujemy że coś się wymyka. To dopiero daje siłę!

Gimnastyka

Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem ogromnych emocji. Pojechaliśmy bowiem na zajęcia próbne z gimnastyki na trampolinach dla dzieci edukowanych w domu. Nikogo nie znając, jadąc w zupełnie nowe miejsce na wieś poza Londyn, czułam dreszcz ekscytacji, jednocześnie wiążąc z wypadem dość mocne nadzieje. Lila od dawna marudziła, że chce chodzić na gimnastykę ale trochę mi zajęło wyszperanie na fejsie grupy która formą zajęć jakoś by mnie przekonała, bo po cichu marzyłam o tym, że i Felek się na to pójdzie. On twardo obstawał przy tym, że na żadną gimnastykę chodzić nie będzie ale ja się nie poddawałam. Gimnastyka na trampolinach brzmiała zachęcająco i z pomocą Marcinka udało mi się zwabić i Felcia na darmowe, niezobowiązujące zajęcia próbne.

Ranek był radosny, ale i trudny, po Felku widać było, że nie spełniam jego aktualnych marzeń wyciągając go z domu, ubranie skarpet go bolało, Lili nastrój się udzielił, nagle ona nie ma stroju sportowego, ubrała dziurawe rajstopy i za duże baletki i gdybym nie wzięła jej do plecaka leginsów, to pewnie kolejny rzut rozpaczy mielibyśmy na sali gimnastycznej……. Ale obyło się bez.

Kiedy tam przyszliśmy wszyscy byli dla nas bardzo mili, zarówno panie uczące dzieci, jak i inne mamy. Nadszedł moment w którym bardziej zaawansowane dziewczynki zaczęły przebierać się w swoje stroje gimnastyczne… Lila wpatrywała się w nie w niemym, nabożnym podziwie jak w Matkę Boską Fatimską… Jej drobnym ciałkiem wstrząsnął dreszcz. Wręcz czułam ten wybuch emocji towarzyszący wyobrażeniu jej samej w takim stroju! Bez szemrania przebrała się w leginsy, którymi godzinę wcześniej tak ostentacyjnie gardziła. Bo kto to widział ćwiczyć GIMNASTYKĘ w starych rajstopach?!

Bez szemrania też ustawili się gęsiego na jeden jedyny sygnał pań trenerek z innymi dziećmi i poszli na górę do sali rozgrzewek. Rodzice zostali w poczekalni wyposażonej z ekrany na których można było obserwować potomstwo biegające, skaczące, przysiadające i usiłujące zrobić szpagat…No, nie wszystkie dzieci usiłowały, niektóre po prostu robiły :)

Po jakimś czasie towarzystwo wróciło i z rumieńcami ruszyło do sali trampolin, gdzie już zaczęła się poważna gimnastyka. Naprawdę byłam pod wrażeniem poziomu tych zajęć, bo zwykle dla dzieci homeschoolingowych wszystko cechuje się wielką dozą luzu. Tu ten luz też był, dzieciaki latały po wodę albo do mam coś powiedzieć, ale w sekundę wracały nie dlatego, że ktoś je wołał, lecz… nie chciały niczego ominąć! Z ufnością poddawały się radom pań trenerek, które pochylały się nad każdym dzieciakiem, traktując je z wielkim profesjonalizmem! Wszystko to widziałam na ekranie i na żywo bo od sali trampolin dzieliły poczekalnię otwarte drzwi zabezpieczone jedynie ‚baby gate’ na wypadek niesforności młodszego znudzonego rodzeństwa któremu nie wolno było tam włazić, ekhm…..

To nie do uwierzenia, ale Felek ani razu nie przyleciał, nawet na mnie nie spojrzał podczas całych zajęć!!!

Kiedy gimnastyka się skończyła, moje dzieci runęły z sali do poczekalni zgrzane, czerwone i tak rozemocjonowane, że trudno mi było ten żywioł ogarnąć. BYŁO SUPER!!!!- darli się oboje. Lila dodała: ,,Było tak super, że się prawie zesrałam!”, czego nie omieszkała przekazać natychmiast tacie przez telefon. Felek (ćwiczył w dresach bo on żadnych innych ubrań nie ubierze od lat) zapytał, czy jego strój był wystarczająco gimnastyczny- myślałam, że zemdleję…

W trakcie drogi do domu oboje przeżywali (Felek na swój sposób, Lila na swój), a po powrocie Lila kazała sobie włączyć na youtubie gimnastykę i ćwiczyła na karimacie. Następnie MUSIAŁAM zamówić jej strój gimnastyczny, co też uczyniłam mało nie przyprawiając biednego dziecka o zawał serca z ekstazy. Rysowała siebie w tym stroju na trampolinach do późnej nocy. Felek natomiast zajął się lego i nie kazał mi zamawiać sobie żadnego stroju, twierdząc, że zależy mu na ćwiczeniach bo były fajne. Na to Lila oburzona, że jej też bardziej na ćwiczeniach zależy ale chce mieć strój żeby w nim ćwiczyć :D No logika…

Jestem dzisiaj bardzo szczęśliwa i pozytywnie nastawiona do życia. Wszystko idzie jakoś tak pięknie i łagodnie. Przedwczoraj byłam przy porodzie, mam dwie Panie, którymi opiekuję się teraz jako doula, zarabiam już naprawdę fajnie a dzieci kwitną. Marcinek opiekuje się bobasem (no i starszakami rzecz jasna) przez całe trzy dni w tygodniu od wczesnego poranka do wieczora i spełnia się w tym niezawodnie…. Nie mógł uwierzyć, że ma już swoje ulubione pieluchy :D A propos pieluch, zakładamy na małą pupę, bo zimno, ale do regularnego użycia wszedł już też zwyczajny nocnik do którego za dnia trafia teraz większość tego, co powinno tam trafiać. A dziecinka 11 miesięcy :) Magia bezpieluchowego chowania przez pierwsze 8 miesięcy życia :) Tak więc… Nic tylko dalej tak samo, do przodu, powolutku, myśleć z radością o każdej szansie, nie bać się chorób ani innych katastrof, głowę podnosić wysoko……… Prosty przepis na to, by każdy dzień ubrać w sens.