Archiwa tagu: poród domowy

Rok temu o tej porze….

….. Już poprawiałam się na kanapie pod napływem skurczy które witałam z ekstazą radości, że jeszcze ciut, ciut i poznam moje trzecie dziecko. Nie zapomnę tego uczucia…. Głęboko duchowego chociaż doświadczanego tak fizycznie…

Dzisiaj trzecie dziecko jest radośnie drepczącym roczniakiem i jutro obchodzić będziemy w gronie rodziny jego pierwsze urodziny. Następnego dnia natomiast czeka je operacja pod znieczuleniem ogólnym. Nie jest to dla nas łatwy temat z wielu powodów. Przede wszystkim trudno było mi się pogodzić z myślą, że nie mogę nic zrobić. Nie chciałam tej operacji dla niego i długo odwlekaliśmy decyzję, czy w ogóle pozwolić Guciutkowi przez to przechodzić. Nie korzystamy z opieki medycznej i nie mamy zaufania do tzw. medycyny konwencjonalnej, jednak w wyjątkowych okolicznościach trudno uparcie bić głową w mur. Chodziliśmy do homeopatki, na specjalne zabiegi masażu, konsultowaliśmy sprawę z wieloma osobami…. W końcu trafiłam do urologa w Polsce który po prostu Guciutka zbadał i powiedział, że w jego przypadku żadne inne niż operacja metody nie zmienią stanu rzeczy gdyż z jakichś niepojętych dla nikogo powodów to co się tam stało albo się nie stało wymaga po prostu chirurgicznej korekty, fizycznego działania, narzędzi.

No więc zapadła taka a nie inna, trudna decyzja.

Nie idę do szpitala, Gucio idzie z tatą. Mogę urodzić samodzielnie dziecko w domu bez asysty, już o tym wiem, zrobiłabym to chętnie jeszcze nieraz w swoim życiu gdyż uważam, że miłość i odwaga to dwie siły którym warto się w życiu poddać, ale odmawianie roczniakowi cycusia (musi być na czczo kilka godzin przed zabiegiem) i patrzenie jak wiotczeje pod wpływem leków usypiających a ktoś go zabiera i coś mu robi, przerasta mnie. Wiem, że tego typu uczucia udzieliłyby się Guciowi a ja muszę się z nimi zmierzyć sama. On nie zasługuje na to, by zmuszać go do brania tego na siebie. Miłość i odwaga tym razem zatrzyma mnie w domu mojej kochanej przyjaciółki i douli. Popędzę do szpitala na pierwszą wieść o tym, że Gucio będzie sie wybudzał. To też nie była dla mnie łatwa decyzja. Co ze mnie za matka, że nie potrafię towarzyszyć własnemu dziecku w szpitalu? Ano taka, która wie, że tata się do tego tysiąc razy lepiej nada. Jestem głęboko przekonana, że to najlepsze co mogę mu dać na tę okazję.

Bardzo mocno przeżywam dzisiejszy wieczór. Rok temu o tej porze poprawiałam się na kanapie. Nie przyszło mi do głowy, że trzeba będzie z tym dzieciątkiem jechać kiedyś do szpitala. Chciałam je pięknie urodzić. I urodziłam o poranku. To zdarzenie odcisnęło w mojej duszy ślad tak wyraźny, że nie potrafię zawrócić. Już zawsze w chwilach zmęczenia będę wizualizować sobie i wspominać moment, w którym dotknęłam jego wychodzącej główki. I ten, gdy go zobaczyłam pod wodą w mroku. Absolutnie idealnego. Taki on właśnie jest dla mnie, jest ucieleśnieniem ideału dziecka, platońskim bobasem z jaskini macierzyńskich cudów.

Co za przewrotność losu, że akurat u niego lekarze coś tam muszą poprawiać!

Ten mały człowiek ma niesamowitą rolę w teatrze świata.

 

Matka pracująca

,,Spodobałam się” ostatnio jednej mamie oczekującej na poród drugiego maleństwa i zaproponowała mi pracę w wymiarze 20 godzin tygodniowo. Bez mrugnięcia zaakceptowała moją doulową stawkę (solidnie podniosłam cenę po porodzie Guciutka żeby mi się opłacało cokolwiek robić skoro już mam go zostawiać) i tak oto będę zatrudniona na pół etatu! Wszystko stało się w przeciągu kilku dni a już w przyszłym tygodniu zaczynam. Jeszcze do dzisiejszego poranka miałam mieszane uczucia… Czułam satysfakcję, radość, ekscytację… W wyobraźni wydawałam już kasę na fanaberie typu kurs Hypnobirthing Teacher na który raczej mnie nie stać… Ale także lekkie przerażenie i poczucie winy.

Wszystko jak na razie urządzamy tak, żeby pod moją nieobecność dziećmi zajmował się tata. On będzie pracował 3 dni w tygodniu a ja 4 (jednak ja mniej godzin). Martwiłam się oczywiście co ze mnie za matka, że zdecydowałam się na regularną pracę w wymiarze tak wielu godzin, bo przecież gdy wychodzę z domu to Gucio płacze. Dzisiaj jednak wychodził rano Marcin i Gucio także płakał :) Natomiast podpytałam starszaki i wyznały, że Gucio bardzo tatę lubi i jak mnie nie ma, to jest szczęśliwy więc spokojnie mogę pracować (Boże jak ja je kocham!!!)

Tak więc już niedługo będę gotować dla zdrowe pyszności dla ciężarnej z cukrzycą, ogarniać pełnego energii dwulatka i dwa psy, pomagać rodzinie w przygotowaniach do drugiego porodu  domowego a potem robić cokolwiek rodzina już po drugim porodzie domowym potrzebować będzie. Uwielbiam to robić i czuję że Wszechświat mi sprzyja. I cieszę się, bo poza wszystkim ja w tej pracy na pewno odpocznę, nieważne co mnie tam nie czeka :D

 

 

 

Ojczyzna

Jutro wracam do domu po dwutygodniowym pobycie w Polsce. Nie ukrywam, że nastraszona niezbyt dobrym PR-em, jaki Polacy robią sami sobie, po prawie dwuletniej przerwie w odwiedzinach ojczyzny, trochę obawiałam się wizyty z niemowlakiem. A bo wiadomo, nieszczepione, niechrzczone, bez czapki no i cyca trzeba czasami wywalić :) Jednak rzeczywistość bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Poza tą nieszczęsną czapką (faktycznie wszędzie gdzie byłam, brak czapki na główce Guciutka, bez względu na pogodę, budził poruszenie i komentarze zarówno wśród znajomych jak i obcych:D ) nie spotkałam się z ani jednym krzywym spojrzeniem. A nad naszym chustonoszeniem roztkliwiano się wszędzie, od kasy na stacji kolejowej, po sklepik na wiosce. Panie podziwiały wygodę i zrelaksowaną minę Guciutka. Tak trzymać!

Jedna kobieta, z pokolenia moich rodziców, na wieść o tym, że śpię z dzieckiem i wcale się z tym nie kryję, nie mogła wyjść nad tym z podziwu i rozpaczliwie wyrażała żal, że ,,człowiek tak się naużerał z tym odkładaniem do łóżeczka po nocach”.

Wysadzanie trzymiesięczniaka budziło ogólną sensację. Próbowano to wytłumaczyć na różne sposoby, ale nie spotkałam się z żadnym krytycyzmem na ten temat.

Niemal każda jedna mama, słysząc historię narodzin Gucia, przyznawała, że marzy o podobnym doświadczeniu. Nikt mnie nie opluł, że ryzykowałam życiem swoim i dziecka, a trochę się tego spodziewałam po tym, jak zobaczyłam komentarze pod polskim artykułem o porodach bez medycznej asysty.

Na nasze karmienie w miejscach publicznych nikt nie zwracał najmniejszej uwagi. Raz tylko zostałam potraktowana z wielką troską, bo pewna pani dowiedziawszy się, że nie jadam mięsa, bardzo się zmartwiła, że umrę z głodu, gdyż jako matka karmiąca powinnam się dobrze odżywiać. Było to jednak szczerze życzliwe i bardzo wzruszające. Szczególnie, że ze zdziwieniem przyznała, że bardzo dobrze wyglądam mimo tej karkołomnej diety :)

Edukacja domowa zdawała się być zagadnieniem tak abstrakcyjnym że z nielicznymi wyjątkami nikt nie ośmielił się zadawać nawet pytań na ten temat, udając że jest to absolutnie normalne :D

Jedyne co mnie zszokowało, to ceny. Jedzenie wypada drożej niż w Londynie, gdzie ludzie średnio zarabiają kilkanaście razy więcej :(

Jak to więc jest? Nie wiem, ale to, co zobaczyłam generalnie napełniło mnie radością. A teraz czas wracać do domu i rzucać się w wir naszych londyńskich aktywności. Trochę będzie mi głupio, że wszyscy mają w dupie, czy Gucio ma czapkę czy nie :)