Archiwa tagu: poród domowy

Seria Niki i Tesla: recenzja

Kiedy kurier przyniósł kolejny prezent od Wydawnictwa RM, byłam szczerze mówiąc, delikatnie przerażona. Jak to, pięć pokaźnej objętości książek o FIZYCE? Technicznych, z eksperymentami? Ja mam o tym pisać? I w ogóle to czytać? Owszem, przy wymianie maili z Wydawnictwem napisałam, że się tego podejmę, ale nie przyszło mi do głowy że przed nami prawdziwe wyzwanie!

Tym bardziej, że oni chcieli coś więcej o Gutku… A tu zupełnie inne dzieci: brat i siostra, Niki i Tesla (coś wam mówią te imiona, co? Moim dzieciom nie mówiły… Do czasu), jedenaście i dwanaście lat, wychowywani  w towarzystwie szalonego wujka naukowca, ich rodzice także mają eksperymentatorskie zapędy. Przecież… To nie brzmi zbyt normalnie. Nic dziwnego, że przygody dzieciaków zapierają dech w piersiach i trudno przerywać lekturę gdy już się ją zacznie!

,,Chcemy to robić z dziadkiem!”, ,,Myślisz, że tata będzie wiedział, o co tu chodzi?”, ,,O jaaaaa zróbmy taką rękawicę”, ,,Mamo, muszę iść do sklepu po colę i mentosy…”; (matka zafiksowana na zdrowym odżywianiu dostaje zawału: CO????!!!); ,,No do eksperymentu z wyrzutnią!”……………

Już niedługo wynosimy się na obrzeża cywilizacji więc szczególnym zainteresowaniem obdarzyliśmy książkę pt. ,,Awantura o energię słoneczną”

20190629_170208

Jestem ciekawa na ile nauczymy się z niej faktycznie korzystać w zabawie z dziećmi, będziemy wszak nieco zajęci przystosowywaniem przestrzeni pod jak najnormalniejsze życie, ale jestem zachwycona, że już dzieci zapoznaje się obecnie z ideami odnawialnych źródeł energii. Dzięki temu w wieku trzydziestu kilku lat na dźwięk sformułowania ,,panele słoneczne” nie zbledną i nie pomyślą sobie o naćpanych hipisach którzy usiłują zrobić pralkę z plastikowej butelki. Nie mówię, że my takie skojarzenia mieliśmy… Niemniej wiem, że nasze pomysły które wcielać w życie będziemy już za niecałe 4 miesiące niektórym wydają się kosmiczne… a to tylko nauka! Może dla niektórych czas wrócić do szkoły? :)

Ja serię ,,Niki i Tesla” polecam z całego serca a u nas czyta ją cała rodzina bo nawet babcia przeczytała wszystkie tomy. Dziadek na skajpie dostał opisy eksperymentów i zadanie przeprowadzić je. Co z tego będzie? Nie wiem. Mam nadzieję, że skajp to przetrwa :D

20190629_164953 20190629_165038 20190629_165126 20190629_165321

A jeśli czujecie, że chcielibyście wesprzeć nasze zmagania z energią słoneczną i w ten sposób wyrazić swoją solidarność z obrońcami praw Planety, serdecznie zachęcam do zajrzenia tutaj.

Jesteśmy już prawie w połowie naszego targetu który pozwoli nam na bezbolesny tranfer! Dziękuję wszystkim duszom za pomoc, tę finansową ale także oferty pomocy praktycznej. Czy uwierzycie, że są ludzie, którzy tam do nas przyjadą żeby fizycznie wspomóc nasze działania typu wykopywanie kibla? Albo budowanie prysznica podłączonego pod strumień?

Czuję się trochę jakbym była w ciąży…. Nie, nie dosłownie :) Tylko wiem, że rozwija się coś pięknego, wspaniałego, coś co zmieni nasze życia na zawsze i co będziemy kochać niedorzecznie.

A co do prawdziwej ciąży to są plany rozwojowe. Być blisko chatki naturalnych, holistycznych położnych i nie skorzystać? Ech, nie w naszym stylu :)

O odwadze

Muszę przyznać, że nieraz usłyszałam od kogoś, że podziwia mnie za odwagę. Odnosiło się to do rozmaitych kwestii: edukacji domowej, niechodzenia do lekarzy (żadne z dzieci nie było od ponad sześciu lat, z wyjątkiem Guciutkowego zabiegu… żadne przez cały ten okres nie dostało żadnego leku…. kilka razy paracetamol na silny ból głowy Feliksika…. i też jest to droga, przyznać muszę, i to jest temat na osobny wpis), porodu, wyboru ścieżki zawodowej, podróżowania i odwiedzania ,,obcych ludzi”, karmienia piersią dzieciaka w wieku przedszkolnym w każdym możliwym publicznym miejscu, ogolenia głowy na łyso, używania pieluszek wielorazowych, stosownia naturalnej higieny niemowląt, pozwalania dzieciom na łażenie w samorobnych ciuchach i dwóch różnych skarpetach itd, itp. Powody mnożą się każdego dnia!

I czuję się z tymi wyznaniami nieswojo, bo ja naprawdę nie widzę powiązania między tymi wyborami a odwagą. Tymbardziej, że w głębi serca uważam się (i nawet wyznając to, czuję dziwne nieprzyjemne mrowienie) za osobę pełną lęku.

Boję się czegoś bez przerwy.

Boję się chemikaliów, braku kontroli, uwiązania, traum w sobie i w innych, boję się, że moje dzieci ktoś skrzywdzi, boję się uzależnień i zatrutego powietrza, boję się zdewastowanego środowiska naturalnego i braku ciepła między ludźmi. Boję się skutków ubocznych wszechobecności antybiotyków i hormonów, boję się utraty wiary w siebie u moich dzieci jak również tego, że wyrobią sobie odruch obawy przed oceną. Boję się, że któreś z moich dzieci na jakimkolwiek etapie pomyśli, że jest samo i otacza je bezdenna przepaść samotności i braku wsparcia. Boję się ocieplenia klimatu. Boję się depresji, bezradności, bezduszności porodów szpitalnych, bezrefleksyjnej przemocy, dyskryminacji, patriarchatu, usprawiedliwania bestialstw religią, konsumpcjonizmu, marnotrawstwa, ludzi którzy wyładowują złość i urazy na słabszych, niesprawiedliwości, miliarda rzeczy.

Przeczytałam jednak już jakiś czas temu, że życiem każdego człowieka kierują dwa motywatory: miłość i strach. Mając to na względzie, staram się po prostu, by ten strach jaki w sobie mam, nie dominował i równoważę go miłością, gdy tylko mam czas na zrobienie chociaż maleńkiego bilansu. I wtedy podejmowanie decyzji zdaje się jakoś prostsze.

Rok temu o tej porze….

….. Już poprawiałam się na kanapie pod napływem skurczy które witałam z ekstazą radości, że jeszcze ciut, ciut i poznam moje trzecie dziecko. Nie zapomnę tego uczucia…. Głęboko duchowego chociaż doświadczanego tak fizycznie…

Dzisiaj trzecie dziecko jest radośnie drepczącym roczniakiem i jutro obchodzić będziemy w gronie rodziny jego pierwsze urodziny. Następnego dnia natomiast czeka je operacja pod znieczuleniem ogólnym. Nie jest to dla nas łatwy temat z wielu powodów. Przede wszystkim trudno było mi się pogodzić z myślą, że nie mogę nic zrobić. Nie chciałam tej operacji dla niego i długo odwlekaliśmy decyzję, czy w ogóle pozwolić Guciutkowi przez to przechodzić. Nie korzystamy z opieki medycznej i nie mamy zaufania do tzw. medycyny konwencjonalnej, jednak w wyjątkowych okolicznościach trudno uparcie bić głową w mur. Chodziliśmy do homeopatki, na specjalne zabiegi masażu, konsultowaliśmy sprawę z wieloma osobami…. W końcu trafiłam do urologa w Polsce który po prostu Guciutka zbadał i powiedział, że w jego przypadku żadne inne niż operacja metody nie zmienią stanu rzeczy gdyż z jakichś niepojętych dla nikogo powodów to co się tam stało albo się nie stało wymaga po prostu chirurgicznej korekty, fizycznego działania, narzędzi.

No więc zapadła taka a nie inna, trudna decyzja.

Nie idę do szpitala, Gucio idzie z tatą. Mogę urodzić samodzielnie dziecko w domu bez asysty, już o tym wiem, zrobiłabym to chętnie jeszcze nieraz w swoim życiu gdyż uważam, że miłość i odwaga to dwie siły którym warto się w życiu poddać, ale odmawianie roczniakowi cycusia (musi być na czczo kilka godzin przed zabiegiem) i patrzenie jak wiotczeje pod wpływem leków usypiających a ktoś go zabiera i coś mu robi, przerasta mnie. Wiem, że tego typu uczucia udzieliłyby się Guciowi a ja muszę się z nimi zmierzyć sama. On nie zasługuje na to, by zmuszać go do brania tego na siebie. Miłość i odwaga tym razem zatrzyma mnie w domu mojej kochanej przyjaciółki i douli. Popędzę do szpitala na pierwszą wieść o tym, że Gucio będzie sie wybudzał. To też nie była dla mnie łatwa decyzja. Co ze mnie za matka, że nie potrafię towarzyszyć własnemu dziecku w szpitalu? Ano taka, która wie, że tata się do tego tysiąc razy lepiej nada. Jestem głęboko przekonana, że to najlepsze co mogę mu dać na tę okazję.

Bardzo mocno przeżywam dzisiejszy wieczór. Rok temu o tej porze poprawiałam się na kanapie. Nie przyszło mi do głowy, że trzeba będzie z tym dzieciątkiem jechać kiedyś do szpitala. Chciałam je pięknie urodzić. I urodziłam o poranku. To zdarzenie odcisnęło w mojej duszy ślad tak wyraźny, że nie potrafię zawrócić. Już zawsze w chwilach zmęczenia będę wizualizować sobie i wspominać moment, w którym dotknęłam jego wychodzącej główki. I ten, gdy go zobaczyłam pod wodą w mroku. Absolutnie idealnego. Taki on właśnie jest dla mnie, jest ucieleśnieniem ideału dziecka, platońskim bobasem z jaskini macierzyńskich cudów.

Co za przewrotność losu, że akurat u niego lekarze coś tam muszą poprawiać!

Ten mały człowiek ma niesamowitą rolę w teatrze świata.