Archiwa tagu: poród domowy

O odwadze

Muszę przyznać, że nieraz usłyszałam od kogoś, że podziwia mnie za odwagę. Odnosiło się to do rozmaitych kwestii: edukacji domowej, niechodzenia do lekarzy (żadne z dzieci nie było od ponad sześciu lat, z wyjątkiem Guciutkowego zabiegu… żadne przez cały ten okres nie dostało żadnego leku…. kilka razy paracetamol na silny ból głowy Feliksika…. i też jest to droga, przyznać muszę, i to jest temat na osobny wpis), porodu, wyboru ścieżki zawodowej, podróżowania i odwiedzania ,,obcych ludzi”, karmienia piersią dzieciaka w wieku przedszkolnym w każdym możliwym publicznym miejscu, ogolenia głowy na łyso, używania pieluszek wielorazowych, stosownia naturalnej higieny niemowląt, pozwalania dzieciom na łażenie w samorobnych ciuchach i dwóch różnych skarpetach itd, itp. Powody mnożą się każdego dnia!

I czuję się z tymi wyznaniami nieswojo, bo ja naprawdę nie widzę powiązania między tymi wyborami a odwagą. Tymbardziej, że w głębi serca uważam się (i nawet wyznając to, czuję dziwne nieprzyjemne mrowienie) za osobę pełną lęku.

Boję się czegoś bez przerwy.

Boję się chemikaliów, braku kontroli, uwiązania, traum w sobie i w innych, boję się, że moje dzieci ktoś skrzywdzi, boję się uzależnień i zatrutego powietrza, boję się zdewastowanego środowiska naturalnego i braku ciepła między ludźmi. Boję się skutków ubocznych wszechobecności antybiotyków i hormonów, boję się utraty wiary w siebie u moich dzieci jak również tego, że wyrobią sobie odruch obawy przed oceną. Boję się, że któreś z moich dzieci na jakimkolwiek etapie pomyśli, że jest samo i otacza je bezdenna przepaść samotności i braku wsparcia. Boję się ocieplenia klimatu. Boję się depresji, bezradności, bezduszności porodów szpitalnych, bezrefleksyjnej przemocy, dyskryminacji, patriarchatu, usprawiedliwania bestialstw religią, konsumpcjonizmu, marnotrawstwa, ludzi którzy wyładowują złość i urazy na słabszych, niesprawiedliwości, miliarda rzeczy.

Przeczytałam jednak już jakiś czas temu, że życiem każdego człowieka kierują dwa motywatory: miłość i strach. Mając to na względzie, staram się po prostu, by ten strach jaki w sobie mam, nie dominował i równoważę go miłością, gdy tylko mam czas na zrobienie chociaż maleńkiego bilansu. I wtedy podejmowanie decyzji zdaje się jakoś prostsze.

Rok temu o tej porze….

….. Już poprawiałam się na kanapie pod napływem skurczy które witałam z ekstazą radości, że jeszcze ciut, ciut i poznam moje trzecie dziecko. Nie zapomnę tego uczucia…. Głęboko duchowego chociaż doświadczanego tak fizycznie…

Dzisiaj trzecie dziecko jest radośnie drepczącym roczniakiem i jutro obchodzić będziemy w gronie rodziny jego pierwsze urodziny. Następnego dnia natomiast czeka je operacja pod znieczuleniem ogólnym. Nie jest to dla nas łatwy temat z wielu powodów. Przede wszystkim trudno było mi się pogodzić z myślą, że nie mogę nic zrobić. Nie chciałam tej operacji dla niego i długo odwlekaliśmy decyzję, czy w ogóle pozwolić Guciutkowi przez to przechodzić. Nie korzystamy z opieki medycznej i nie mamy zaufania do tzw. medycyny konwencjonalnej, jednak w wyjątkowych okolicznościach trudno uparcie bić głową w mur. Chodziliśmy do homeopatki, na specjalne zabiegi masażu, konsultowaliśmy sprawę z wieloma osobami…. W końcu trafiłam do urologa w Polsce który po prostu Guciutka zbadał i powiedział, że w jego przypadku żadne inne niż operacja metody nie zmienią stanu rzeczy gdyż z jakichś niepojętych dla nikogo powodów to co się tam stało albo się nie stało wymaga po prostu chirurgicznej korekty, fizycznego działania, narzędzi.

No więc zapadła taka a nie inna, trudna decyzja.

Nie idę do szpitala, Gucio idzie z tatą. Mogę urodzić samodzielnie dziecko w domu bez asysty, już o tym wiem, zrobiłabym to chętnie jeszcze nieraz w swoim życiu gdyż uważam, że miłość i odwaga to dwie siły którym warto się w życiu poddać, ale odmawianie roczniakowi cycusia (musi być na czczo kilka godzin przed zabiegiem) i patrzenie jak wiotczeje pod wpływem leków usypiających a ktoś go zabiera i coś mu robi, przerasta mnie. Wiem, że tego typu uczucia udzieliłyby się Guciowi a ja muszę się z nimi zmierzyć sama. On nie zasługuje na to, by zmuszać go do brania tego na siebie. Miłość i odwaga tym razem zatrzyma mnie w domu mojej kochanej przyjaciółki i douli. Popędzę do szpitala na pierwszą wieść o tym, że Gucio będzie sie wybudzał. To też nie była dla mnie łatwa decyzja. Co ze mnie za matka, że nie potrafię towarzyszyć własnemu dziecku w szpitalu? Ano taka, która wie, że tata się do tego tysiąc razy lepiej nada. Jestem głęboko przekonana, że to najlepsze co mogę mu dać na tę okazję.

Bardzo mocno przeżywam dzisiejszy wieczór. Rok temu o tej porze poprawiałam się na kanapie. Nie przyszło mi do głowy, że trzeba będzie z tym dzieciątkiem jechać kiedyś do szpitala. Chciałam je pięknie urodzić. I urodziłam o poranku. To zdarzenie odcisnęło w mojej duszy ślad tak wyraźny, że nie potrafię zawrócić. Już zawsze w chwilach zmęczenia będę wizualizować sobie i wspominać moment, w którym dotknęłam jego wychodzącej główki. I ten, gdy go zobaczyłam pod wodą w mroku. Absolutnie idealnego. Taki on właśnie jest dla mnie, jest ucieleśnieniem ideału dziecka, platońskim bobasem z jaskini macierzyńskich cudów.

Co za przewrotność losu, że akurat u niego lekarze coś tam muszą poprawiać!

Ten mały człowiek ma niesamowitą rolę w teatrze świata.

 

Matka pracująca

,,Spodobałam się” ostatnio jednej mamie oczekującej na poród drugiego maleństwa i zaproponowała mi pracę w wymiarze 20 godzin tygodniowo. Bez mrugnięcia zaakceptowała moją doulową stawkę (solidnie podniosłam cenę po porodzie Guciutka żeby mi się opłacało cokolwiek robić skoro już mam go zostawiać) i tak oto będę zatrudniona na pół etatu! Wszystko stało się w przeciągu kilku dni a już w przyszłym tygodniu zaczynam. Jeszcze do dzisiejszego poranka miałam mieszane uczucia… Czułam satysfakcję, radość, ekscytację… W wyobraźni wydawałam już kasę na fanaberie typu kurs Hypnobirthing Teacher na który raczej mnie nie stać… Ale także lekkie przerażenie i poczucie winy.

Wszystko jak na razie urządzamy tak, żeby pod moją nieobecność dziećmi zajmował się tata. On będzie pracował 3 dni w tygodniu a ja 4 (jednak ja mniej godzin). Martwiłam się oczywiście co ze mnie za matka, że zdecydowałam się na regularną pracę w wymiarze tak wielu godzin, bo przecież gdy wychodzę z domu to Gucio płacze. Dzisiaj jednak wychodził rano Marcin i Gucio także płakał :) Natomiast podpytałam starszaki i wyznały, że Gucio bardzo tatę lubi i jak mnie nie ma, to jest szczęśliwy więc spokojnie mogę pracować (Boże jak ja je kocham!!!)

Tak więc już niedługo będę gotować dla zdrowe pyszności dla ciężarnej z cukrzycą, ogarniać pełnego energii dwulatka i dwa psy, pomagać rodzinie w przygotowaniach do drugiego porodu  domowego a potem robić cokolwiek rodzina już po drugim porodzie domowym potrzebować będzie. Uwielbiam to robić i czuję że Wszechświat mi sprzyja. I cieszę się, bo poza wszystkim ja w tej pracy na pewno odpocznę, nieważne co mnie tam nie czeka :D