Archiwa tagu: praca

Hulajnoga

Dostałam przedwczoraj od mojego męża żarówiasto różową hulajnogę i już nie potrafię bez niej żyć.

Jeżdżę na niej wszędzie, na zakupy, na spacer i do pracy (bo już 10 dni temu wróciłam do funkcjonalności jako postnatal doula), Guciutka mam w chuście i jestem zachwycona. Tęskniłam w Londynie za rowerem, bo bałabym się nim po tym mieście jeździć a tym bardziej z dziećmi i brakowało mi wiatru we włosach. No to już nie brakuje :) Wszędzie jestem szybciej i czuję się fantastycznie! Nie jak objuczony osioł tylko fit mama ;)

Nie wiem właściwie po co to piszę, chciałam po prostu podzielić się tym, jak dobrze się czuję, gdy nie skupiam się na ograniczeniach, lecz na możliwościach. I że wszystkich z serca zachęcam do tego samego.

 

Kwiaty

Z niewiadomych przyczyn mignęła mi na fejsie reklama nawozu do roślin- fejs jest bardzo mądry i zapamiętuje każde  niedbałe zainteresowanie dowolnym tematem, więc jeśli mój mąż czytał wczoraj o permakulturze, ja dzisiaj chcąc, nie chcąc, staję się pasjonatką kwiatków doniczkowych. Przynajmniej wg specjalistów od marketingu na fejsie :)

Specjalistką od kwiatków jest bezsprzecznie moja mama, która z każdego uschniętego badyla potrafi wyhodować np. owocujące drzewko cytrynowe. Z pestki obwalonego chemią i podróżujacego przez pół świata awokado doczekuje się dorodnego zdrowego zielonego potomstwa a niepozorna paprotka rozrasta się pod jej opieką do takiej bujności, że postawiona w doniczce na podłodze może robić za dżunglę- i robi, bo właśnie wśród babcinych doniczek moje dzieci uwielbiają bawić się w chowanego, a schować można się tam całkowicie. Jest to pewnego rodzaju geniusz, bo już nie zwykła ,,ręka do kwiatów”. Mnie usycha kaktus, ewentualnie przelewam do zgnicia bagienne roślinki :)

Sprawa wydaje się prosta: jeśli ktoś zna się na roślinach i jest w stanie odpowiedzieć na ich indywidualne potrzeby, to mu one rosną. Trzeba wiedzieć, które lubią słońce, a które półcień. Które glebę kwaśną, które zasadową. Gdy ktoś poza wiedzą, doświadczeniem i miłością do roślin ma jeszcze czas, by się nimi zajmować, jest w stanie stu albo i większej ilość gatunków w jednym pomieszczeniu zapewnić warunki do rozwoju idealne. A one odwdzięczają się… swoim wdziękiem, tlenem, pięknem, owocami, plonami. I wszyscy są zachwyceni.

Roślinka roślince nierówna i wszyscy to wiedzą i szanują. Z niepojętych przyczyn zasady nierówności tworzącej bogactwo nie stosuje się powszechnie wobec ludzi a szczególnie tych młodszych, zwanych dziećmi. One wszystkie mają być takie same- już nie nawet psychicznie, ale- co absurdalne do granic absurdu- fizycznie, więc wymyślono np. siatki centylowe. Wedle nich dziecko, nawet jeśli mama ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu a i tacie nigdy na podwórku nie nadano ksywy ,,Gruby” (o dalszych przodkach nie wspomnę, bo kto by się tam w ogóle przejmował jakimiś genami?!),  MUSI osiągać określone rozmiary a jeśli nie osiąga to znaczy że coś jest nie tak. Zaczyna się utyskiwanie, dokarmianie, straszenie. I tak przez kilka lat. Dziecko lat 4 waży 15 kilo a ma ważyć 20. Z tego tytułu mama słucha mrożących krew w życiu historii o wyrokach za głodzenie potomstwa a co niektórzy dzielą się z nią linkami na temat anoreksji wczesnodziecięcej. Nikogo nie obchodzi, że dziecko jest piękne, zdrowe, żywe i je za troje tylko po prostu jest jakie jest. Ważne, że nie mieści się w siatkach. I to jest po prostu wyrok dla wielu rodzin. Dlaczego od poziomki nikt nie spodziewa się rozmiaru arbuza?! Bo każdy o względnie rozwiniętych możliwościach poznawczych człek wie, że poziomki są małe i taki ich urok. Zresztą w drugą stronę to też intensywnie działa- rodzice oboje po dwa metry, więc ich trzyletnia córeczka wygląda na 7. Jest cudna i zachowuje się na swoje 3 latka. Jeszcze nie wie, że jej mama już nieraz musiała odpierać ataki i krytykę, że futruje dziewczynkę słodyczami. I że ,,mała jest za duża na swój wiek”. Co tu począć, podciąć nogi, a możę spłaszczyć jakoś głowę, żeby mieściła się w centylach? O dziwo, nikt nie zmusza dębu, żeby prezentował urodę szczypiorku. Bo jest dębem. Każdy to wie, rozumie i szanuje.

Jeszcze głupsze, a na pewno mające bardziej szkodliwe długofalowe skutki jest wymaganie identyczności mentalnej i emocjonalnej, np. od 30 dzieci w tej samej grupie przedszkolnej, szkolnej, jakiejkolwiek. Otóż o godzinie 9.00 wszyscy mają TO SAMO jeść na śniadanie (czyt. lubić to), by potem bawić się w to samo a następnie stworzyć podobny rysunek z tych samych materiałów plastycznych. Nie ma znaczenia, że Wielkanoc interesuje Grzesia mniej niż zeszłoroczny śnieg i zamiast wyklejać krepą tekturowe jajka chce on właśnie ulepić tenże z białej plasteliny. Ostatnio czytałam krytykę oceniania prac z plastyki i za osiągnięcia na w-fie. Że niby każdy jest inny i nie da się tego oceniać. Oczywiście! Ale na tej podstawie powinno się absolutnie zwalczać oceny ze wszystkich przedmiotów i to na każdym etapie nauczania! Pamiętam, jak podobała mi się kreatywność pewnej polonistki w naszej podstawówce, która mojemu bratu za wypracowanie dała dwie oceny: szóstkę za treść i jedynkę za ortografię. Niestety wielu z nauczycieli poprzestałaby na rozwiązaniu numer dwa. Pamiętam też matematyczkę, która właśnie za ortografię obniżała ocenę ze sprawdzianu, na którym, kurna, prosiła o udowodnienie umiejętności z zakresu dodawania i odejmowania…

Pomijam dywagacje na temat tego, jak krzywdzące może być przekonanie, że każdy młody człowiek w wieku 5- 18 funkcjonuje intelektualnie i fizycznie bez zastrzeżeń przez 5 dni w tygodniu od godziny 8 do 14. Czy jakoś tak. Wszelkie odchylenia od tej normy obwarowane są sankcjami i to podwójnie- sankcje szkolne poprzedzają z reguły te domowe, skutkiem czego za dzień niedyspozycji standardowemu uczniowi dostaje się dwa razy- od pani, a potem od rodziców, którzy wszak dowiadują się o niedyspozycji po czasie. Problem polega na tym, że owa niedyspozycja przybiera inne nazwy, jak np. niesubordynacja, złe zachowanie, wulgarność, lenistwo. Tutaj akurat kreatywność nie zawodzi…

Ponieważ sama nie chcę wpaść do kopanego przez siebie dołka, ujawnię swoją wiedzę na temat istnienia różnych szkół, nauczycieli i rodziców, bo przecież nie jest tak, że wszyscy działają świadomie na rzecz ciemiężenia nieletnich i nie ma ratunku. Otóż- wiem, że nie wszędzie jest tak beznadziejnie i wiem, że wybrana przez Ciebie, drogi czytelniku, szkoła, do której posyłasz swoje dzieci jest nadzwyczajnie cudowna a one ją kochają, więc nie będę nawet próbowała wkraczać na ten grząski grunt.

Niestety upychanie kaktusa wraz z kaczeńcem do jednej doniczki i nawożenie ich razem środkiem dla pieczarek odbywa się wciąż, bo taka jest ogólna mentalność. Wszystkie dzieci mają  gaworzyć, kulać się, łapać za misia, jeść kleik/ jabłko/ udziec barani, raczkować, chodzić, śpiewać i wiązać buty dokładnie w tym samym wieku, obliczonym co do tygodnia dla całej ludzkiej populacji. To, co dzieje się potem we większości szkół na całym, niestety świecie z kilkoma chlubnymi wyjątkami, to tylko smętna kontynuacja założenia, że z każdym coś jest nie tak i to już od urodzenia. Panuje zbiorowa paranoja, że jeśli pięciolatek mówi na żabę zaba, to kariera prawnika/ lekarza w ruinie. Jeśli półroczniak nie potrafi samodzielnie siedzieć, zapewne nie ma kręgosłupa i trzeba koniecznie coś z tym zrobić. Ortopedzi, logopedzi, psycholodzy, cała rzesza specjalistów różnych dziedzin ma pełne ręce roboty, bo przyprowadza się do nich zupełnie normalne, zdrowe i fantastyczne dzieci, którym ktoś gdzieś już zdążył wytknąć jakiś brak. Na tle- kogo, pytam? Jeśli na 25 trzylatków tylko jedno nie musi chodzić do logopedy, to może nasze oczekiwania względem zdolności oratorskich w tej grupie wiekowej są delikatnie wygórowane? Dlaczego wobec różnorodności kwiatów doniczkowych wyrażamy swój zachwyt i zrozumienie, to samo zaś w kontekście człowieka napawa nas odrazą wręcz, a na pewno niepokojem?

Również i ja byłam z Felkiem kiedyś u ortopedy. Diagnozę jaką nam dał, uważam za jedną z mądrzejszych, jaką kiedykolwiek usłyszałam od lekarza, mimo, że był to najnormalniejszy gabinet w najnormalniejszym szpitalu, publicznym i strasznym jak każda inna placówka zdrowia (porodówkę mają oczywiście do dupy):

- Tak, widzę tu lekkie to i to (nie będę szastać szczegółami ze względu na prywatność Felka). Normalnie dzieci wyrastają z tego w wieku 2- 3 lat, a on nie wyrósł (miał wtedy 5). Niech dużo biega na boso. Widocznie wyrośnie później, w ciągu następnych 5 lat.

Gdy komuś o tym opowiadam, ludzie się bulwersują, jak lekarz może tak olać sprawę a ze mnie jaka matka, jeśli to tak łatwo przełknęłam. A ja byłam zachwycona. Uspokoił mnie i moje sumienie. Bo ci ludzie chcieliby moje piękne szalone dziecko wbić w ortopedyczne kopyta, żeby wyprostować mu to i owo na siłę, jak najszybciej. Byle tylko nie tracić czasu na jego beztroskę. Wszak kopyta samą swoją topornością szybko uświadomiłyby mojemu synkowi, że coś tam, nie wiadomo co i dlaczego, ale coś bezsprzecznie jest z jego nóżkami nie tak.

No więc biega dużo na boso. I to samo polecam na wiele innych dolegliwości i odchyleń. Zmartwionym rodzicom zwłaszcza.

 

 

 

Maj

Maj to dla mnie od jakiegoś czasu bardzo ważny miesiąc.

Przede wszystkim 10 maja 2009 urodziło się moje pierwsze dziecko. Moje piękne, dzikie, mądre dziecko, które dzisiaj po 7 latach obserwowania tego świata i rządzących nim prawideł ma kilka ciekawych pomysłów na życie. Bez względu na to, co wybierze, będę spokojna i szczęśliwa. Nie mam ambicji. Nie mam absolutnie żadnych planów powiązanych z moim potomstwem. Dzisiaj imprezka urodzinowa z balonami i cukierkami, a za 20 lat on sam będzie odwijał swoje cukierki i mnie nic do tego. Myśląc o tym osiągam błogostan. Coraz mniej tych majów do wspólnego kolorowego świętowania, nad którymi my- dorośli- będziemy sprawować pieczę. Kupić, przyrządzić, zaprosić. Każde urodzinki dalej to jego wzrastająca świadomość i decyzyjność. Nic mnie tak nie napawa dumą jak decyzyjny syn. Decyzyjny w swoich sprawach, dotyczących jego, wiedzący doskonale co przyniesie mu radość a co go zmęczy. Kocham <3

2 lata temu ukończyłam kurs na doulę i kolejna data majowa odbiła się wyraźnym piętnem na moim życiu. Ten kurs był dla mnie przede wszystkim dowodem, że MOGĘ, tak, mimo posiadania małych dzieci, zrobić coś dla siebie i ukierunkować swój rozwój a co najważniejsze- maluchy nie muszą na tym cierpieć. . Rok później, także w maju, moja praca doulowa ruszyła z kopyta i stałam się mocno zajęta. Nie dopracowałam jeszcze organizacji życiowej do perfekcji chociaż już rok jestem osobą która stara się połączyć pasję z pracą i jeszcze z macierzyństwem. I jedno wiem na pewno: póki macierzyństwo jest u mnie na pierwszym miejscu z uwagi na wiek dzieci, nie będzie łatwo. Ale to nie znaczy, że nie będzie pięknie, nie będzie satysfakcji, spełnienia, dumy, ekscytacji. A przecież, cholera, człowiek nie żyje po to, żeby tego wszystkiego nie czuć!

Dzieci rosną i jest to truizm. Truizm ten pozwala zgrubsza odnaleźć się we własnych planach na przyszłość. Każdy maj to większa samodzielność dzieci, większe zaufanie i wewnętrzny spokój dla mnie. Teraz drżę na myśl, że nie znajdę na czas opieki do dzieci gdy poród wezwie, za 5 lat dzieci po prostu zostaną w domu a dzięki względnej orientacji w czasie zrozumieją, że tata albo ciocia przyjdą za 2 godziny. I zaakceptują ten stan. Robię wszystko, by towarzyszyła mi niezachwiana pewność, że tak właśnie będzie.

Nie żałuję ani jednego dnia mojego życia bo każdy z nich prowadził mnie do tego, bym w końcu mogła być osobą, którą czuję, że jestem,  bo bycie nią przychodzi mi bez trudu, bólu i wyrzutów sumienia i ukrytych chcic, by być kimś innym. Właściwie nie ujęłam tego dobrze, bo trud by być tą osobą odczuwam na codzień. Jednak trud dobrze wykonanej pracy zasadniczo różni się od trudu niezasłużonego cierpienia. I jego już nie próbuję zrzucić z pleców. Nie ma czego zrzucać.