Archiwa tagu: przeprowadzka

Węże wodne i piła mechaniczna na youtubie czyli przygotowujemy się!

Za niecałe dwa i pół miesiąca Marcin jedzie do Hiszpanii. Ekscytacja sięga u nas zenitu. Budzimy się i gadamy o Hiszpanii. W ciągu dnia gadamy o Hiszpanii. Dzwonimy do siebie nawzajem z Marcinem i opowiadamy co superowego widzieliśmy na Instagramie z życia innych hiszpańskich off gridowców :D Lila prowadzi notes, w którym pisze i rysuje co będzie tam robić a Felek wyprzedaje swoje nieużywane zabawki. Trudno nam się zająć czymkolwiek innym i w cokolwiek zaangażować.

Kilka dni temu ponownie spotkaliśmy się z właścicielką landu. Tym razem przyniosła setkę zdjęć swojej rodziny zrobionych w okresie, gdy żyli tam, gdzie my teraz jedziemy. Felek potem z emocji się rozchorował. My oddychamy głęboko… Pozostaję pod ogromnym wrażeniem tego, co zobaczyłam na tych zdjęciach. Gołe dzieciaki łapiące w górskiej rzece wodne węże (nie wiedziałam, że takowe istnieją). Jeżdżące konno do sklepu. Pies przytulający się z kotem. Budowa glinianego domku na fundamentach ruin. Pełna dokumentacja dwunastu lat w camperze z dzieciakami, zwierzakami, sąsiadami. Niewybrażalnie piękne krajobrazy.

Najbardziej w Emmie, naszej nowej ‚landlady’ podoba mi się to, że dla niej nie istnieją problemy tylko rozwiązania. Nie ma wody? Jest strumień. Wysycha? Można nabrać ze źródła we wiosce. Zresztą chcą nam podłączyć bieżącą bo i tak planowali. Nie wiadomo co zrobić na obiad? We wsi w jednym z pubów do zamówionego piwa dorzucają darmowe przekąski dla dzieciaków :D Skorpiony żądlą? Tam są tylko takie nietoksyczne, poboli i przestanie. Listonosz nie dochodzi tak daleko od wioski? Można wynająć skrzynkę pocztową w urzędzie i sprawdzać co tydzień czy dwa. Marcin w życiu nie używał piły łańcuchowej? Co za problem, na youtubie są filmiki. Zresztą to wszystko nie ma znaczenia, bo ważne jest wychowanie strong minded kids. I podarowanie im możliwie maksymalnej ilości wolności. To są słowa Emmy i dokładnie to samo mam w głowie. Nie ważne co będzie, bo będzie dobrze, bo nie ma możliwości, żeby było inaczej!

Niestety słyszałam, że tamtejsza ludność nie przejmuje się szczególnie zwierzakami, akty okrucieństwa są powszechne a stada bezdomnych, nierzadko okaleczonych psów błąkają się po okolicy. Bardzo mnie to zasmuciło i przeraziło. Jako dziecko obcowałam z tym na codzień; łańcuchowe zdychające z głodu psy, chore koty, bezduszność ludzka dosłownie nie mająca granic. Gdy tylko mogłam, dokarmiałam te niewinne istoty, spuszczałam z uwięzi (sąsiedzi strasznie mnie za to tępili), opatrywałam. Jednak pewnego dnia, jako starsza nastolatka, postanowiłam, że przestanę widzieć psią i ogólnie zwierzęcą krzywdę. Dokładnie pamiętam ten dzień. Przechodziłam obok łańcuchowego psiaka do którego nie było żadnego dostępu bo dodatkowo tkwił w zaryglowanym boksie. Zabolało jak porażenie prądem. Przystanęłam i przemówiłam sobie do rozsądku. Że jest tego za dużo i albo się zamuruję, oślepnę i ogłuchnę albo sama wyląduję w psychiatryku. Na wiele lat zamknęłam serce i było mi łatwiej. Urodziły się dzieci. Zaczęłam psów się brzydzić, trochę bać. Wkurzały mnie. Ale ostatnie lata dużo spędzam na pracy mającej na celu otwieranie serca i dokopałam się do tej jego części w której czekała uśpiona bezkresna miłość do psów.

W związku z tym informacja, że na terenie Hiszpanii dochodzi do rytualnych bestialstw wywołała we mnie szereg trudnych do okiełzania reakcji. Jedną z nich była obawa że dzieci zobaczą skrzywdzonego psa i co ja im wtedy powiem. Podzieliłam się tą obawą z Emmą. Ona jest jakby ucieleśnionym głosem mojego wewnętrznego dziecka. Jest mną gdy miałam osiem lat i marzyłam o własnym szpitalu dla psów, jest mną gdy miałam lat czternaście i krzyczałam ,,Vivat anarchia” bo tylko to wydawało mi się sensowną odpowiedzią na wszystko co widziałam wokół siebie. Tylko że Emma jest już dorosła i potrafi to wszystko zrealizować, dać wsparcie komuś innemu, zadziałać, ubrać to wszystko w słowa nieociekające absurdem. I ona powiedziała mi: dzieci to wszystko widzą i szybko uczą się zwierzaki ratować. Przyzwyczajają się do tego i zamiast doznawać szoku po prostu robią to co słuszne. Wyobraziłam sobie to i ….zalało mnie ciepło.

Ludzie pytają: a nie będzie wam tam za ciężko?

Życie jest ogólnie ciężkie. Dla mnie trudne jest to, że jak idę z dziećmi wzdłuż ulicy, nie słyszę co do mnie mówią, bo jest za głośno. I że choćbym nie wiem, jak pragnęła, nie mogę żyć zero waste. Urodziłam dziecko i udało mi się przeżyć w niebywałej cudownej bliskości, bez pampersów, butelek, wózka, mokrych chusteczek. A teraz on ma dwa i pół roku i na widok sklepu woła, że chce loda. Ja oczywiście nie chcę mu go kupować, ale ile można odmawiać? Codziennie tysiąc razy? Chcę być gdzieś, gdzie posunięty do nonsensu konsumpcjonizm nie żre oczu, nie nadaje rytmu, nie tworzy definicji mnie jako mamy. Taka, co kupuje gówno albo taka która nie kupuje. A co z tymi, które całą duszą chcą być od tego daleko ale z drugiej strony nie czują tego całego trzymania dzieciaków ,,w ryzach”, zabraniania im cukru, plastiku, wszystkiego czego pragną bo jest dostępne, świeci i woła… A co jeśli tego wokół nie będzie? Spytałam dzieci. One: Jakoś to będzie. Felek: Fajnie, że nie będzie tyle tego do chcenia. Mówię im: tam nie będzie stałego internetu. A oni mi na to: tam nie będziemy potrzebować stałego internetu. Mam mądre, wrażliwe dzieci. Tak samo zmęczone zalewem gówna w jakim tkwimy. Życie, jak pisałam, jest ciężkie. A ja już nie chcę tego dźwigać. Chcę odsapnąć. Chcę dać dzieciom szansę na odsapnięcie też.

Marcin będzie zaraz kupował bell tenty i piecyki do nich. Proszę, wesprzyjcie nas jeszcze trochę. Przysięgam, że znajdzie się u nas miejsce dla każdego, kto będzie chciał towarzyszyć nam w odsapnięciu. Proszę. Proszę wpłaćcie nam piątaka zamiast kupić jutro loda. Tutaj

Przysięgam że odwdzięczymy się całym sercem.

 

 

 

 

 

TO się dzieje

3 dni temu za namową znajomej i po gruntownych rozmowach z Marcinkiem zdecydowałam się na krok o którym nigdy nie sądziłam że go poczynię…. Miałam wiele oporów. Raz w życiu tylko pożyczyliśmy pieniądze od kogoś, nie braliśmy nigdy kredytów. Chociaż bywały w naszym życiu okresy (nie wiem jakich słów użyć ale zaryzykuję) że ledwo nam wystarczało na jedzenie, szczególnie w Polsce, nigdy nie obarczaliśmy tym innych. No i wiadomo… Tyle tragedii naokoło. A nasze dzieci zdrowe, my też. Ale przełamałam się. Założyłam dla naszej sprawy profil na stronie crowdfundigowej, tzw. zrzutkowej. W skrócie: ty piszesz na co zbierasz a ludzie, jeśli im się projekt podoba i/ lub cię lubią, to wspierają cię drobnymi (albo większymi) kwotami. Możecie sobie zatem wyobrazić moją minę po 2 dobach funkcjonowania stronki gdy na naszym koncie było już prawie tysiąc funtów :)

Permanentna ekscytacja jakiej obecnie doświadczam już odbija się na moim zdrowiu i chodzę wyczerpana, boli mnie noga i nie umiem się zrelaksować. To jest jakby zastrzyk z adrenaliną działający we dnie i w nocy. Oczywiście nawyknę do myśli, że nasze życie się zmienia, ale wciąż jest to dla mnie tak nowe, że nie umiem się nie jarać. Jak tak dalej pójdzie, to nie dożyję przeprowadzki bo zejdę na zawał! Szumi mi w uszach za każdym piątakiem wpłaconym na nasze panele słoneczne!

Oczywiście wiele osób powie: a co będę wpłacać. Niech zarobią. Sam nie mam. Każdy by tak chciał. Oj, wiele rzeczy można powiedzieć sobie i innym i NIE WPŁACIĆ, jestem tego absolutnie świadoma. Dlatego wdzięczna jestem serdecznie nawet tym, którzy nic nie wpłacili i nie okazali żadnego wsparcia ale też nie zalali nas widocznym hejtem. Kocham Was! I też zapraszam na turnus relaksacyjny do Hiszpanii za darmo np. na święta albo wiosnę :)

Natomiast dla tych którzy wpłacicli albo wyrazili więcej ciepłych uczuć w sposób odbieralny mam szczególne miejsce w sercu i wiedzcie że nigdy Wam tego nie zapomnę. Będziemy się rozliczać z tych datek, możecie być pewni. To, czego potrzebujemy to przede wszystkim samochód (już możemy go kupić dzięki Waszej dobroci i szczodrości) ale także całoroczne namioty (takie duże, nazywają się bell tents), no chociaż jeden, i jeśli ludzie nadal będą nam sprzyjać, panele słoneczne. To nie jest tak, że jak nie uzbieramy to nie pojedziemy. Pojedziemy. Ja mam jeszcze kilka porodów do wyjazdu i może coś tam dodatkowego się trafi. Marcin już zwolnił się z pracy, ostatni dzień będzie we wrześniu, więc to już się dzieje. To nie jest ,,pożyjemy, zobaczymy”. Już żyjemy i widzimy. Odpycham od siebie myśli, że nie znam hiszpańskiego, że nie będzie pracy i składek emerytalnych, że homeschooling w Hiszpanii nie istnieje i cały ten negatywizm jaki się pleni jak chwasty. Nie. Ja tu pod szklanką hoduję sobie na słoneczku delikatną roślinkę, która zupełnie się nie nadaje do tego klimatu i łatwo może zginąć, ale jest piękna, egzotyczna, wspaniała. I nazywa się ,,Jadę, Bo Wiem, Że Tam Znajdę Siebie, A Reszta Się Ułoży”. Inni mówią: wywal to, bo i tak ci zgnije/ uschnie/ nic z niej nie będzie. Nawet jeśli nie posługują się przekazem werbalnym, to ich postawy to mówią. I gdy to wyczuwam, myślę sobie o bezkresnych polach na wiosce, gdzie się wychowałam…. Każdy robi dla siebie i swoich dzieci to, co może a co uważa za najlepsze. Ludzie mają różne pragnienia. Ja chcę żeby moje dzieci były wolne, miały psa, rower i poczucie, że mogą wszystko…. Nie pójdą do szkoły. Nie będę się zarabiać żeby kupić to czy tamto. Nie będę tej presji wywierać na ich tacie. Wierzę w nowy model społeczeństwa gdzie więzy między ludźmi oraz połączenie człowieka z naturą są możliwe i konieczne. Wierzę w to głęboko i mam do tego prawo, tak jak inni mogą sobie wierzyć w inne rzeczy.

Docelowo chcemy stworzyć miejsce, gdzie podróżnicy z dziećmi będą mogli zostać na czas nieograniczony, wejrzeć w siebie i swoje miejsce na Ziemi. Gdzie będziemy mogli zapraszać bliskie nam osoby w celach rekreacyjnych albo ratowniczych. Samotne mamy na zakrętach życiowych, wchodzące w dorosłość dzieci znajomych które nie wiedzą, co zrobić ale wiedzą, że nie chcą w wieku 17, 20, 25 lat stawać się trybikami w maszynie systemu bo czują, że zostali stworzeni do jakichś bardziej znaczących rzeczy. Wszystkich którzy to poczują zapewniam, że jeśli uda nam się zorganizować dodatkowe komfortowe i bezpieczne miejsca noclegowe, a nad tym już teraz pracujemy, będą mogli do nas przyjechać i nabrać górskiego powietrza…. do płuc i duszy. A wtedy pomyśleć, co dalej. Dostaję dreszczy na myśl o tym, ile dobrego można zrobić dysponując takim miejscem.

Jeśli to, co piszę rezonuje z Tobą i jesteś w sytuacji w której kilka funtów nie stanowi dla ciebie bariery nie do pokonania, proszę wprost, wesprzyj nas tutaj.

Jeśli chciałbyś stronę zrzutki udostępnić, to błagam, napisz kilka słów od siebie, bo samo udostępnianie nie daje zbyt wiele. Stron, gdzie ktoś prosi o pieniądze są miliony. Nie da się wesprzeć każdego i sama nad tym nieraz ubolewałam. Ale pomagam, gdy coś przemówi do mego serca. Wiem, że inni mają podobnie.

To dla nas ogromna sprawa. Dziękuję każdemu nawet za to, że doczytał do końca ten wpis :)

 

 

 

 

 

Nowe horyzonty

Wszystko wskazuje na to, że w tym roku spełni się nasze wieloletnie marzenie i przeniesiemy się na łono natury. Chcę stworzyć reportaż dokumentujący przebieg tego procesu… Wydaje mi się, że będzie to niezmiernie odświeżające i ubogacające doświadczenie. Już jakiś czas temu na jednej z grup dotyczących alternatywnych ścieżek życia znalazłam infomację o angielskojęzycznych doulach i położnych prowadzących szkołę w południowej Hiszpanii i ich corocznym festiwalu… Zapragnęłam tam być. Poczułam sercem strasznie mocno, że to bardzo, bardzo moje.  Jednakże ilość pracy w Londynie jaką mam ostatnio nie pozwoliła nam na dodatkowy wyjazd.

Ale nie poddałam się, to nie w moim stylu. Dodałam się do wszystkich możliwych grup dotyczących tamtego regionu, nie zniechęcałam się, że połowa postów była po hiszpańsku. Połowa po angielsku, czyż to nie cudowne?

Pewnego dnia jak zwykle wracałam z pracy pociągiem i scrollowałam fejsa. Nagle moim oczom ukazało się ogłoszenie kobiety, która szukała kogoś do opieki nad 2 końmi na jej ogromnym terenie w południowej Hiszpanii. Że możemy z ziemii korzystać jakby była nasza, nie ma tam zbyt wiele wygód ale jest potencjał pod wieloma względami. Napisałam jej po prostu, że to będziemy my. Gdy zaczęłam z nią pisać, cała się trzęsłam. Wyobraźcie sobie, co czułam, gdy okazało się, że mieszka obecnie w mieście niedaleko Londynu.

Spotkaliśmy się dzisiaj z nią i omówiliśmy wszelkie niezbędne szczegóły. Została podjęta decyzja, że Marcin pojedzie tam w październiku a my dołączymy po 2, 3 tygodniach gdy on przygotuje nam nieco przestrzeń do życia. Wyszliśmy z tego pubu a ja czułam spokój. Czyli to już. Dzieje się. Będzie pies, rower i jeszcze koń. Znaczy się dwa. Ja większość dzieciństwa jeździłam konno.

No i jeszcze te położne- doule piętnaście kilometrów dalej.

Planujemy spędzić tam minimum pół roku z nadzieją, że raczej dłużej. Następne moje marzenie to napisanie książki o tym, jak można żyć pięknie gdy wie się, że wszystko jest w nas. Patrzę na moje dzieci. Na przykład Guciutek dzisiaj znowu doprowadził mnie do łez wzruszenia. Na deptaku facet zarabiał pieniądze dmuchaniem przeolbrzymich baniek mydlanych. Miały po kilka metrów średnicy i dla malutkiego Guciutka mogły wyglądać nieco przerażająco gdy tak miotały się w powietrzu. W chwili gdy jedna z nich leciała w naszym kierunku, małe uczepiło się rączką mojej spódnicy. Spojrzałam na jego twarz a ona wyrażała najgłębszą radość, zachwyt i pełne pozytywnego napięcia oczekiwanie. Jednocześnie rączusia na wszelki wypadek szukała bliskości, bo przecież niewiadomo co też taka wielka bańka wymyśli. To było tak wspaniałe. Miłość i strach. Jedno zawsze musi wygrać. Pisałam o tym ostatnio. I o tym, że nie chcemy by wygrywało to drugie, jak również nie chcemy żeby wygrywało w dzieciach. Ale one to… mają w sobie. Nie tłamsić tego to wystarczający ,,styl” w rodzicielstwie. Ja nie potrzebuję żadnego innego.

Lila szaleje a Feliks przyjął z godnością wieść o nadchodzących zmianach. Tacy są i uwielbiam oboje nieprzytomnie. Są doskonali i nie trzeba ich zmieniać. Wszystko co robię ma na celu utwierdzenie ich w tej pewności.