Archiwa tagu: rodzice

Raz, dwa, trzy…. Zaraz zamykają bibliotekę z internetem….

… więc piszę…

Życie w Hiszpanii dokonało w nas tego, czego z nadzieją godną kani wypatrującej dżdżu, oczekiwaliśmy. Jesteśmy bardziej żywi. Tak bardzo bardziej, że intensywność tego ,,bycia żywym” uderzyła nas a bywały i dni, kiedy odczuwaliśmy ją jako nie do zniesienia. Marcin zaczął mówić, że kimkolwiek jesteś i cokolwiek ukrywasz, TU wylezie bardzo szybko. Czy lubię osobę, jaka ,,wylazła” ze mnie już po kilku dniach życia w andaluzyjskim buszu? Najpiękniejsze jest to, że to nie ma znaczenia. Prawdziwości się nie lubi lecz akceptuje lub nie. Ja zdecydowałam się ją przyjąć bez zbędnego lukrowania.

Ta osoba to ktoś, kto może zwymiotować z nadmiaru niepotrzebnych, pustych społecznych interakcji i zupełnie nie ma z tego powodu poczucia winy. Taka jest i najwyżej będzie unikać powyższych. To osoba, która zapłacze po parwowirusowej śmierci psa ale następnego zaszczepi bez mrugnięcia okiem, chociaż wcześniej uchodziła za (podobno) antyszczepionkowca (nigdy nim nie byłam ale ludzie kochający szufladki już mnie do jednej wepchnęli). To osoba, która jeszcze niedawno nie odważyłaby się powiedzieć podejrzanemu gościowi, że mu nie ufa, teraz już nie ma z tym najmniejszego problemu. Nie będzie płacić czegoś co można mieć za darmo (woda, opał, transport) ale zabierze dziecko na wycieczkę autostopem żeby kupić zupełnie niepotrzebny strój spidermena i frytki BO CHCE. I nikomu nic do tego.

Nie rozumiem, co mówi do mnie starowinka w sklepie, ale bardzo bym chciała. Uczę się hiszpańskiego po swojemu. Nie na aplikacjach, bo nie mam za bardzo internetu, ale ze składów na opakowaniach kupowanych produktów, od znajomych Brytyjczyków co siedzą tu po 20 lat, wsłuchuję się w dzieci na placu zabaw, tłumaczę sobie w swoim tempie reklamy, czytam z ust, patrzę w oczy, nie boję się.

Schudłam bo dużo się ruszam, ale nie uprawiam gimnastyki czy jogi, bo wystarczy, że muszę zejśc z góry żeby przynieść wodę z rzeki. Na umycie naczyń, które potem umyję albo nie….

Wszystko jest tu uzasadnione i ma głęboki sens oraz swoje konsekwencje. Poznajemy ludzi, którzy wierzą w odejście z kapitalistycznego systemu i bardzo inspirujące jest to, jak żyją i co mówią. 

Mnóstwo rodzin podróżuje z dziećmi, unschooling jest tu zjawiskiem powszechnym, chociaż według hiszpańskiego prawa jest nielegalny. Dziecko robi to, co widzi, to jest jądro unschoolingu, powiedział nam jeden z ojców który się u nas na jakiś czas zatrzymał. Niech widzą same sensowne rzeczy, tak sobie myślę. A nie jak chomik biegający w kółku, który biega żeby zapomnieć na chwilę, że jest w klatce. 

 

Apdejt

Tyle się ostatnio dzieje, że zamiast skrobać klawiaturę jak rasowy kronikarz XXI wieku, tracę wenę, oglądam seriale do północy w celu relaksu (ten absurd! im bardziej my matki zmęczone jesteśmy, tym później chodzimy spać, bo zajmują się czymś na maksa nierozwijającym po nocach :P ) i wydaję majątek na składniki do mydła, którego potem nie mam siły robić. Standard.

Tymczasem jutro wraz z psiapsiółą z kursu (wczoraj jeszcze ostatkiem sił upiekłam babeczki i poszłam do niej na herbatę- moje dzieci jak zawsze zdemolowały mieszkanie gospodarzy, narazili mieszkające tam niemowlę na trwały uszczerbek na zdrowiu- na szczęście nic się nie stało, a niemowlę pękało ze śmiechu, oraz wyjadły wszystko co się do tego nadawało a leżało na wierzcchu. Kocham gościny, ale bardziej gdy mają miejsce u mnie!) jedziemy do szpitala po nasze identyfikatory Breastfeeding Peer Supporterek. Obie wczoraj zgodnie się nakręcałyśmy, że nie czujemy się chyba jeszcze gotowe! Na szczęście nasze trenerki na ostatnich zajęciach mówiły, że póki co nikt nie wymaga od nas pełnego profesjonalizmu w pełnieniu swojej roli. Najtrudniejsze dla mnie to wyjść poza siebie, poza przekonanie, że moje doświadczenie ma wielkie znaczenie. Muszę coś wymyśleć, żeby nauczyć się sensowniej słuchać, a mniej gadać. Medytuję o tym dużo, więc jakieś tam pierwsze kroki są :)

Reszta z apdejtu: byliśmy ostatnio na urodzinach u Felka koleżanki z klasy (płakałam w duszy, patrząc na moje duże szkolne dziecko rozimprezowane i zupełnie mnie nie dostrzegające przez prawie 2 godziny- to było tak czyste, tak piękne doświadczenie, zobaczyć syneczka w akcji totalnego uspołeczniania, nawijającego po angielsku z rówieśnikami, walczącym na balonowe miecze… Przerzucałam sobie w pamięci obrazki  z Felciem nowonarodzonym, Felciem niemowlaczkiem, Felciem każdego dnia dalszym ode mnie, dzięki któremu to dystansowi WIDZĘ i ocenić potrafię, jak bliski mi on, paradoksalnie!) w weekend jedziemy na duży wegański festiwal, w przyszłym tygodniu udaje się nam sprzedać dzieci cioci i wychodzimy nareszcie razem na koncert w nadziei resetu. Trzymajcie kciuki żebym ja dzisiaj to mydło znowu zrobiła :)

Mech

Miewam takie dni, albo poranki, albo popołudnia, że moja cierpliwość i błogie rodzinne poczucie jedności ze wszechświatem, szwankują. Nie wiem, co jest tego przyczyną, z reguły jak coś nade mną ,,wisi”, jakieś obowiązki, a tu kurde, trzeba się dziećmi zajmować, sama siebie nie poznaję. Staram się na zewnątrz nie okazywać tych uczuć, nie chcę być niesprawiedliwa dla dzieci, ale w środku aż mnie roznosi. Gdy czuję, że to widać, próbuję o tym mówić, żeby przynajmniej Felek zrozumiał. Ale on zdaje się wtedy celowo robić wszystko, żeby mnie wkurzyć jeszcze bardziej- albo tak jest w moim subiektywnym odbiorze. Dzisiaj tak było. Poszłam z dziećmi na spacer i okazało się, że wózek złapał gumę. Ale obiecałam im już plac zabaw (ostatnio rzadko chodzimy- samobójstwa Lileczki), więc się wlokłam. Cały czas myślałam o tym wózku, co teraz muszę zrobić, kupić GDZIEŚ zestaw do naprawy, zmobilizować Marcinka, stracić na tym dużo czasu i nerwów (szczególnie na tym pierwszym) itd… Mój Zen został zaburzony. Skutkiem czego drażniło mnie to, że Lila nie chce iść za rękę, że Felek ciągle o coś pytał, że zbierali po drodze jakieś śmieci, a więc sprawy, z którymi normalnie dobrze sobie radzę.

Moje tłumione wkurzenie sięgnęło apogeum, kiedy poelcieli mi do jakiegoś przydrożnego drzewa, znaleźli mech i zaczęli go odrywać. I przynosić do mnie, żebym im wzięła do domu. I pakować do wózka. ,,Nieeeeee…….!”- jęknęłam. I wtedy zobaczyłam reklamówkę na dnie wózkowego kosza. ,,Mam pomysł. Pakujcie sobie mech do tej siatki”- czyli można. Dzieci zachwycone. Uzbierały całą. Jaka radość na buziach, jaki zapał. Poczułam ulgę, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. Poszliśmy na plac zabaw, gdzie bite 2 godziny było miło. Mnóstwo dzieci, Lila ani razu nie skoczyła z niczego, trzymała się przy mnie, m.in. leżąc na trawie (!!!!- no takie pobyty na palcu zabaw to ja rozumiem), a Felonek w tym czasie wchodził w intensywne interakcje z innymi dziećmi. Sielanka!

A mchem bawili się potem w ogródku. Myślę, że czasami warto nie pozwolić negatywnym emocjom wydostać się na wierzch. Przeciez dwulatka, czterolatek nie pojmą tych zawirowań, w jakie wpada dorosła kobieta, obarczona wysiłkiem takim czy innym, obowiązkami. Nie sądzę, by sprawiedliwie było obciążać swoimi problemami dzieci. Lepiej wytrzymać i potem wyładować się w rozmowie z kimś równym sobie, wyrzucić z siebie to, co gnębi. Albo zwyczajnie poleżeć na trawie. I pozwolić nazbierać mchu na zabawę w ogrodzie.