Archiwa tagu: rodzicielstwo bliskości

Fajna Mama

Jakiś czas temu Wydawnictwo Kobiece obdarowało mnie książką Fajna Mama i poprosiło o recenzję na blogu. Bardzo rzadko zgadzam się na podobne akcje, ale po przeczytaniu opisu książki stwierdziłam, że nie ma powodu, dla którego miałabym nie dać jej szansy. Jak zwykle intuicja mnie nie zawiodła. Książkę połknęłam, a wierzcie mi, że moje wymagania odnośnie literatury dla rodziców są czasami absurdalnie wysokie. Z przyjemnością napiszę kilka (no może trochę więcej) zdań na temat tego co o niej sądzę.

Przede wszystkim zacznę od tego, że gdy zaczęłam ją czytać nie wiedziałam jeszcze, że jestem w ciąży a byłam. Autorka, podobno znana amerykańska aktorka (o tym, że nią jest też nie wiedziałam, ale z pewnością nie należę do osób biegłych w dzisiejszej popkulturze) w zabawny, energiczny sposób zachęca do porzucenia niezdrowej diety i niszczących nawyków w celu zmaksymalizowania szans na poczęcie. Czytałam z wypiekami na twarzy :) Bardzo podoba mi się przedstawione w książce radykalne podejście- propozycje wyłącznie wegańskich dań, rezygnacja z leków, wszechobecnej chemii itd jednak mam świadomość, że niektórych może ono przerażać. Sama w pierwszych tygodniach, tolerując jedynie pizzerki z Lidla i pierożki z serem, odczuwałam wyrzuty sumienia, że mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie karmić siebie i maleństwa jak należy. Że zabraknie mu kwasu foliowego a wtedy to kaplica. Niestety treści Fajnej Mamy nie brzmiały pocieszająco!

Potem sytuacja się jakoś unormowała więc łaskawszym okiem spojrzałam na przepisy zamieszczone na łamach mojej nowej książki. Odkryłam tam morze wiedzy, której nie miałam. Opisy składników, których istnienie mi się nie śniło. Ściągę na temat roślinnych produktów i zawartych w nich składników odżywczych. Warzywa morskie, zupa miso, specjalny makaron orientujący energię na pozytywny poród! Brzmi szarlatańsko, ale dla mnie bomba. Już nie mogę się doczekać jak będę próbować a potem gotować moim klientkom :)

fajna-mamaAlicia Silverstone podejmuje jednak znacznie więcej tematów niż jedzenie i robi to z dużym wdziękiem. Chociaż ponownie- szastanie nazwami marek produktów które po pierwsze niedostępne są nawet w Polsce a jeśli nawet to w cenach kosmicznych- nie wydaje się bardzo trafione w polskiej wersji lektury. Podobało mi się, że autorka właściwie na wszystkie przedstawianie przez siebie teorie powoływała się na zdania mądrych lekarzy, przywołując nawet cytaty z rozmów z nimi. Jest to dość ważne, by ,,nowości” w opiece nad dziećmi (te ,,nowości” z reguły swoje źródło mają w czasach jaskiniowców, ale umówmy się, że przez ostatnie kilkadziesiąt albo i kilkaset lat ugruntowało się wiele dziwacznych i sprzecznych z naturą tradycji praktyk rodzicielskich- walka z nimi przypomina wędrówkę przez bagna!) były poparte autorytetami nauki- przynajmniej jest co pokazywać sceptykom, którzy nadal (a są tacy) uważają, że noszenie rozpieszcza, mleko krowy jest dla dziecka lepsze niż ludzkie, już trzymiesięcznym oseskom należy ładować zupę łyżką do buzi a bez kojca i stosu plastikowego szitu w ogóle nie ma sensu zabierać się za wychowanie! Zachwycona byłam z jednej strony odważną postawą jaka uderza z tej książki, z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że Alicia żyje w innych troszkę realiach niż większość jej czytelniczek, szczególnie tych w Polsce… Niemniej to, co chce przekazać może być świetną inspiracją dla każdego. Bez zbędnych uniesień mogę powiedzieć, że jest to wspaniała pozycja, zasługująca na honorowe miejsce w biblioteczce przyszłych rodziców lub tych na początku swojej drogi. Bo jest to właśnie fajne (!) kompendium wiedzy dla tych, którzy dopiero chcą się dowiedzieć czegoś na temat rodzicielstwa bliskości, pozytywnego porodu, karmienia piersią, pielęgnacji niemowlęcia. W tych tematach nie dowiedziałam się z niej niczego nowego natomiast jeśli chodzi o dietę- oszalałam :) Rozważam nawet zakup markerów- zakreślaczy żeby żadne nowe cenne informacje mi nie poumykały :)

Podoba mi się w tej książce wszystko (chociaż jest kilka wpadek drukarskich, zdarzają się strony zamieszczone dwukrotnie co trochę utrudnia płynne czytanie ,,jednym tchem”), począwszy od szaty graficznej, przez język, zdjęcia (cudowne) i ten papkowato- lukrowaty gdzieniegdzie styl. Tutaj akurat on bardzo pasuje. Wiele jest książek i projektów mających na celu ,,odkłamanie” macierzyństwa, zdjęcie z niego słodkiej polewy która w mediach skrywa prawdziwe oblicze bycia rodzicem…. Które jak każdy wie jest traumatyczne :) W tej książce o tym nie przeczytamy. Nawet nieprzespane noce opisane są jako okazja do nawiązywania kontaktu z maluszkiem. I tu uderzę się w pierś (albo lepiej nie, bo tak mnie biedne bolą, wariując hormonalnie i fizycznie już wręcz tęskniąc do mlecznego popytu i podaży, że niechybnie zawyłabym rzewnie): żałuję, że ktoś podobnej książki nie dał mi, gdy byłam mamą po raz pierwszy. Wstawałam w nocy i nienawidziłam świata, siebie, Marcinka, wszystkiego i wszystkich, że mnie w TO WROBILI, bo nie miałam żadnego pozytywnego wzoru, czegokolwiek na czym mogłabym się zaczepić, kogoś kto by powiedział: ,,Kochana, ale to jest dobre. On chce w nocy jeść bo twoje mleko jest wtedy bardzo wartościowe. Dajesz mu coś wspaniałego. Skorzystacie na tym oboje. Jesteś super!”. Potem, z drugim dzieckiem jest już inaczej, bo wiadomo, że nie skupiasz się tak obsesyjnie na swojej roli ani na tym jednym nieszczęsnym dziecku. Im ich więcej tym lepiej z nami mają :)

Uwielbiam Alicię Silverstone także za to, jak sugestywnie namawia do zatrudniania douli- dziękuję za promocję!

Mogłabym wiele pisać i dużo już różnym ludkom z mego otoczenia opowiadałam o tej książce. Niestety ze względu na mnogość przepisów nie pożyczę póki co, bo chcę je wypróbować! Więc sobie kupcie, bo widzę, że jest w promocji :)

 

 

 

 

 

Promienie słońca zza chmur

Dowiedziałam się dzisiaj rano z fejsa, że o 13.00 niedaleko nas spotkanie u jednej domowo edukującej mamy. Nie znając nikogo załadowałam dzieci na rower i wózek (z hulajnogą w zanadrzu jakby co) i ruszyliśmy. Pomijam fakt, że okrutnie się zgubiliśmy i zmęczyliśmy jak woły na ugorze przez to- w końcu trafiliśmy i weszliśmy do domu Susan.

Do magicznego miejsca, gdzie umorusana trzylatka latała po dużym domu i ogrodzie (trampolina included) z tabletem, pięciolatek sam przygotowywał sobie posiłek gdy był głodny, ściany służyły jako powierzchnie do artystycznej ekspresji a każde pomieszczenie nosiło znamiona wolności i zabawy. Radości. Tak autentycznej, że zabrakło mi tchu.

Potem dołączyły do nas jeszcze Nicky i Annabelle ze swoimi dziećmi, zrobiło się łącznie 7 kilkulatków i całkiem specyficzna atmosfera :) Dla mnie było to coś bardzo głębokiego. Jak psychoterapia, jak dotyk jakichś nieuświadomionych lęków i bólów. Z jakimi tak strasznie, okrutnie nie mogłam sobie poradzić. Po raz pierwszy zobaczyłam matki jak ja. Kochające życie, ale jednocześnie zdesperowane, matki których dzieci są nieśmiałe i introwertyczne, a które mają po prostu DOSYĆ czuć się z tego powodu jak dziwadła. Przepraszam, jeśli jakieś treści będą zbyt emocjonalne jak na publiczny blog, ale…. ale…. Zachowanie Felinka i moje reakcje od tak dawna sprawiały, że czułam się jak kosmita. W grupach rodzicielstwa bliskości czułam się, jak wyrodna, wśród ,,normalnych” ludzi jak idiotka. Wreszcie poczułam się u siebie. Zobaczyłam nieśmiałe dzieci, których nikt nie popychał ,,no idź do dzieci, no daj mi już spokój!” i poczułam ulgę tak wielką, że coś mnie aż zabolało i boli do teraz. Jakby kamlot przygniatający mnie od tysiąca lat drgnął w końcu, dając nadzieję na wolność. Jakby sterczące nade mną czarne chmury zaczęły się wreszcie rozwiewać, a z nich wyjrzało słońce. Decyzja o edukacji domowej nie jest łatwa w społeczeństwie w jakim żyjemy, proszę mi wierzyć. Z reguły poprzedzona jest jakimiś impulsami, bo nie przychodzi jako coś ,,oczywistego”. Te mamy, które dzisiaj poznałam, mają doświadczenie- z przedszkolami, innymi ludźmi, życiem w systemie. Każda, zaczynając swoją macierzyńską przygodę, myślała, że to będzie banalnie proste. Jak i ja. Czułam się jak na grupie wsparcia, terapeutycznie podziałała na mnie tylko świadomość, że nie jestem sama. Sama z poczuciem winy, galopującym strachem o własne dziecko, ale i swoją reputację. Rozerwana na strzępy- no jak to, przedszkole takie super, a ta wredota nie chce chodzić? Szkoła taka zajebista i potrzebna w życiu, a ten niewdzięcznik zmienia pod jej wpływem osobowość na jakieś monstrum? Co ze mną (lub z nim) nie tak? Jak słodko było usłyszeć, że wszystko ze mną w porządku. Tak, nie chcę by moje dziecko było spięte i nieszczęśliwe, więc COŚ Z TYM ROBIĘ- wszystko ze mną w porządku. Po trzech godzinach kojącej rozmowy, nieskrępowanej zabawy i społecznej interakcji moich malców, jaką ukradkiem podglądałam wyszłam stamtąd i czułam się, jakby skorupa żółwia na moich plecach pękała, a w jej miejsce rosły skrzydła.

Susan zaoferowała mi wszelką pomoc. Powiedziała, że jeśli chcę, pójdzie ze mną 30.09 do councilu na spotkanie (umówili mnie nie wiem po co, a ja nie wiem po co się zgodziłam) żebym nie czuła się smutna. I obiecała reagować gdy pani w biurze będzie mi zadawała pytania, które nie mają prawa paść. Czułam się tak dobrze, zaopiekowana i ważna.

A moje dzieci oczywiście nie chciały stamtąd wychodzić :) Potem do końca dania były zrelaksowane i wesołe. I widzę w tym swój udział, bo postanowiłam NIE DAĆ SIĘ PRESJI. Na to, by moje pięcioletnie dziecko umiało czytać, pisać, śpiewać, mnożyć i znało wszystkie muzea w Anglii. ,,Najlepsza edukacja w tym wieku to zabawa na świeżym powietrzu”- mówi Susan z przekonaniem. U licha, myślę to samo, teraz jedyne nad czym muszę pracować to wzmacnianie mojej tarczy ochronnej. Tarczy przed cudzymi ,,mądrościami”. Tylko musi być spora, żeby zmieściła się pod nią również moja rodzina.


Wakacje

W końcu wakacje, aż trudno mi w to uwierzyć. Za kilka dni Felinek leci do Polski na miesiąc. Będę miała czas dla Lileczki, siebie i może czegoś jeszcze. Wraz z jedną bliską mi duszą, Pascale, którą poznałam na kursie Breastfeeding Peer Supporter i odtąd trzymamy się dzielnie razem, idziemy na początku sierpnia na spotkanie w ośrodku wspierania biznesu… Z założenia zakładamy, że dowiemy się, jak założyć kawiarnię nie mając lokalu ani pieniędzy :D I chociaż nie liczę na cud, cieszę się, że wciąż jakieś pomysły do głowy przychodzą i udaje się nimi w dodatku zarazić jakieś energiczne osoby…

Poza tym spotkania lokalnej, bardzo prężnie działającej grupy Attachment Parenting. Wycieczki krajoznawcze. Homebirth Group. Tu i tam, i siam. Lato minie szybciutko, co mnie niezmiernie cieszy, bo może nie będę miała czasu tęsknić za synkiem.

Dzisiaj przyszedł formularz zmiany szkoły. Zamierzam go wypełnić, odesłać jutro i… czekać na miejsce. W kwestii nowej szkoły nie mam żadnych złudzeń, ale nie mam też już siły dojeżdżać taki kawał po dziecko z drugim dzieckiem, a zrozumie ten kto w godzinach szczytu jeździł w Londynie autobusami. Znam fajniejsze rozrywki.

Taki beznamiętny ten wpis, ale nie mam siły… Moje dzieci całe popołudnie wraz z Felka kolegą darły się jak opętane. Marcinek zabrał je teraz na wieczór do lasu po drewno na ognisko. Aż głowa zaczęła mnie boleć, jak nagle wszystko ucichło…