Archiwa tagu: rodzicielstwo bliskości

Wakacje

W końcu wakacje, aż trudno mi w to uwierzyć. Za kilka dni Felinek leci do Polski na miesiąc. Będę miała czas dla Lileczki, siebie i może czegoś jeszcze. Wraz z jedną bliską mi duszą, Pascale, którą poznałam na kursie Breastfeeding Peer Supporter i odtąd trzymamy się dzielnie razem, idziemy na początku sierpnia na spotkanie w ośrodku wspierania biznesu… Z założenia zakładamy, że dowiemy się, jak założyć kawiarnię nie mając lokalu ani pieniędzy :D I chociaż nie liczę na cud, cieszę się, że wciąż jakieś pomysły do głowy przychodzą i udaje się nimi w dodatku zarazić jakieś energiczne osoby…

Poza tym spotkania lokalnej, bardzo prężnie działającej grupy Attachment Parenting. Wycieczki krajoznawcze. Homebirth Group. Tu i tam, i siam. Lato minie szybciutko, co mnie niezmiernie cieszy, bo może nie będę miała czasu tęsknić za synkiem.

Dzisiaj przyszedł formularz zmiany szkoły. Zamierzam go wypełnić, odesłać jutro i… czekać na miejsce. W kwestii nowej szkoły nie mam żadnych złudzeń, ale nie mam też już siły dojeżdżać taki kawał po dziecko z drugim dzieckiem, a zrozumie ten kto w godzinach szczytu jeździł w Londynie autobusami. Znam fajniejsze rozrywki.

Taki beznamiętny ten wpis, ale nie mam siły… Moje dzieci całe popołudnie wraz z Felka kolegą darły się jak opętane. Marcinek zabrał je teraz na wieczór do lasu po drewno na ognisko. Aż głowa zaczęła mnie boleć, jak nagle wszystko ucichło…


Atmosfera jedności

Wczoraj doświadczyłam czegoś, czego mi brakowało od bardzo długiego czasu. Otóż nasza rodzina znowu była Jednością. Świadomie pielęgnowaną, okazującą sobie uczucia, silną jak skała bez najmniejszej szczeliny. Tak do tego ostatnio tęskniłam, że chciało mi się płakać ze szczęścia.

Przyszli wieczorem couchurferzy, czteroosobowa grupa z Gdańska (podczas rozmowy okazało się, że mieszkają na ulicy sąsiadującej z naszym dawnym nadmorskim lokum…). Najpierw Felonek oszalał z radości. Od pierwszych chwil pokazywał im wszystkie swoje prace, książki, zabawki i wygibasy; śpiewał i opowiadał, że on też kiedyś będzie ,,kołcselfelem”, po prostu go roznosiło. Widząc, jaki jest szczęśliwy, pozwoliliśmy mu latać tak długo jak będzie chciał, więc w końcu krótko przed 22.00 padł na kanapie przeznaczonej dl naszych gości- Marcinek potem go przeniósł, szkoda, że w żaden sposób nie przełożyło się to na wydłużenie snu synka rano :) Lila smarkała, więc wzięłam ją w kocu półśpiącą do salonu, popiskiwała, ale bez hardkorów, co rusz dobierała się przez sen do cycka, Felek podlatywał i ją głaskał po główce, chwaląc się, że ma siostrę, ogólnie peace& love. Marcinek siedział obok mnie, wymienialismy drobny dotyk co jakiś czas, każdy coś tam gadał, no mówię wam, pozytywny kosmos. W takich chwilach nasze mieszkanie jawi mi się jako przyjazne miejsce, pełne dobrej energii i na prawdę, na prawdę czuję misję, widzę, że obecność podróżników dobrze robi całej naszej rodzinie.

Dziś czuję się niestety nieco gorzej, nie mogę znaleźć pracy i czuję się bezproduktywnie egzystująca na tym świecie. Poza tym czytam o opuszczonych domach w Portugalii i mam doła, że póki co nie widać dla nas możliwości jechać i sobie jakiś zacharapcić :) Zrobiłabym mydło, ale oleju nie kupiłam i w ogóle do dupy się czuję. Jedyne co mnie przy życiu trzyma, że już za 5 dni jedziemy na weekend do Brugii i najemy się czekolady :)

Mech

Miewam takie dni, albo poranki, albo popołudnia, że moja cierpliwość i błogie rodzinne poczucie jedności ze wszechświatem, szwankują. Nie wiem, co jest tego przyczyną, z reguły jak coś nade mną ,,wisi”, jakieś obowiązki, a tu kurde, trzeba się dziećmi zajmować, sama siebie nie poznaję. Staram się na zewnątrz nie okazywać tych uczuć, nie chcę być niesprawiedliwa dla dzieci, ale w środku aż mnie roznosi. Gdy czuję, że to widać, próbuję o tym mówić, żeby przynajmniej Felek zrozumiał. Ale on zdaje się wtedy celowo robić wszystko, żeby mnie wkurzyć jeszcze bardziej- albo tak jest w moim subiektywnym odbiorze. Dzisiaj tak było. Poszłam z dziećmi na spacer i okazało się, że wózek złapał gumę. Ale obiecałam im już plac zabaw (ostatnio rzadko chodzimy- samobójstwa Lileczki), więc się wlokłam. Cały czas myślałam o tym wózku, co teraz muszę zrobić, kupić GDZIEŚ zestaw do naprawy, zmobilizować Marcinka, stracić na tym dużo czasu i nerwów (szczególnie na tym pierwszym) itd… Mój Zen został zaburzony. Skutkiem czego drażniło mnie to, że Lila nie chce iść za rękę, że Felek ciągle o coś pytał, że zbierali po drodze jakieś śmieci, a więc sprawy, z którymi normalnie dobrze sobie radzę.

Moje tłumione wkurzenie sięgnęło apogeum, kiedy poelcieli mi do jakiegoś przydrożnego drzewa, znaleźli mech i zaczęli go odrywać. I przynosić do mnie, żebym im wzięła do domu. I pakować do wózka. ,,Nieeeeee…….!”- jęknęłam. I wtedy zobaczyłam reklamówkę na dnie wózkowego kosza. ,,Mam pomysł. Pakujcie sobie mech do tej siatki”- czyli można. Dzieci zachwycone. Uzbierały całą. Jaka radość na buziach, jaki zapał. Poczułam ulgę, że nie jest ze mną jeszcze tak źle. Poszliśmy na plac zabaw, gdzie bite 2 godziny było miło. Mnóstwo dzieci, Lila ani razu nie skoczyła z niczego, trzymała się przy mnie, m.in. leżąc na trawie (!!!!- no takie pobyty na palcu zabaw to ja rozumiem), a Felonek w tym czasie wchodził w intensywne interakcje z innymi dziećmi. Sielanka!

A mchem bawili się potem w ogródku. Myślę, że czasami warto nie pozwolić negatywnym emocjom wydostać się na wierzch. Przeciez dwulatka, czterolatek nie pojmą tych zawirowań, w jakie wpada dorosła kobieta, obarczona wysiłkiem takim czy innym, obowiązkami. Nie sądzę, by sprawiedliwie było obciążać swoimi problemami dzieci. Lepiej wytrzymać i potem wyładować się w rozmowie z kimś równym sobie, wyrzucić z siebie to, co gnębi. Albo zwyczajnie poleżeć na trawie. I pozwolić nazbierać mchu na zabawę w ogrodzie.