Archiwa tagu: sen dzieci

Usypianie

Są na tym świecie ludzie (całkiem sporo), którzy uważają, że dziecko powinno od urodzenia uczyć się samodzielnego zasypiania. Wiele już napisano i powiedziano na ten temat: że stres, że nieludzkie, że okrutne, że pozbawia bliskości. Ale także: rodzice mają w takiej sytuacji więcej czasu dla siebie, a raczej dla innych obowiązków niż dane zasypiające samodzielnie dziecko, można zaimponować znajomym (jeśli dla nich to też coś pożądanego) itd, itp. Więc nie będę nic dodawać, bo odkrywcza nie będę!

Spójrzmy na to z drugiej strony, często się zdarza, że im bardziej, że tak to określę, intensywne dziecko, tym więcej z reguły czasu potrzebuje, żeby zasnąć a minuty, a bywa że godziny leżenia w ciemności ciągną się matce/ ojcu w nieskończoność, często wzmagając senność dorosłego i aaaaaaaaaaaa… tenże zasypia, co ostatecznie dzieje się także z dzieckiem (chyba że ono, korzystając z osłabionej czujności śpiącego rodzica, wymyka się oglądać bajki ze starszym rodzeństwem….). Dlaczego tak jest? Nie wiem. Ale dzisiaj leżąc z Guciutkiem, który ma zwyczaj długotrwałego i metodycznego zmieniania sobie cycka z lewego na prawy i z prawego na lewy przed snem (czasem musi to robić tylko 10 minut, ale zdarza się i 2 godziny), myślałam, co ja zyskuję. Co ja tak na prawdę zyskuję leżąc w tym ciemnym pokoju niemal co wieczór od kilku lat? Bo prawda jest taka, że ledwo przestałam być potrzebna do usypiania Lileczce, pojawił się Gucio i ja znowu utknęłam z gołymi cyckami i własnymi kłębiącymi się myślami w tej pozornie bezsenownej i totalnie niesprawiedliwej (tak mi się często zdawało!) matni.

Felek tak nie miał. Przysięgam, Felek zasypiał sam od niemowlęctwa i to nie dlatego, że go trenowałam, by to robił. Usypiałam go na rękach przez 9 miesięcy życia, a potem nagle zaczął zasypiać sam gdy był zmęczony i tak mu zostało (miał jedynie krótki okres buntu właśnie w okolicach 2 urodzin i bunt ten dotyczył drzemek za dnia). Pamiętam dokładnie wieczór gdy sam zasnął pierwszy raz! Zdziwiłam się… i…. pożegnałam….i było mi dziwnie, ale też dobrze. To było tak inne dziecko niż Lila i Guciutek. Te dwa szoguny dodały mi z 15 lat, kocham je nieprzytomnie, ale nie mogę zaprzeczyć, że ich nadprzeciętna żywotność pojechała jak czołg po mojej psychice i zdrowiu fizycznym. I jedzie dalej, bo wszak trudno mówić o Guciutku (o Lili niekiedy też) że się uspokoił z wiekiem!!!

No więc leżąc z Guciutkiem dzisiaj, czułam własne nogi i uzmysłowiłam sobie, jak bardzo jestem wdzęczna za to, że moge je wyciągnąć. Jak bardzo są zmęczone, a ja razem z nimi. I jak wcale a wcale nie chce mi się wstawać. To samo miałam wczoraj, w dodatku wycieńczona bólem głowy i gorączką które nagle nie wiadomo skąd oblazły mnie i Felka czyniąc nasze normalne funkcjonowanie niemożliwym. I uświadomiłam sobie, jak często jest tak, że im bardziej zmęczona, tym trudniej mi uśpić dziecinę, to znaczy trwa to dłużej.

Czyżby to tak miało być? Interpretujemy to jako dodatkową torturę, tymczasem maluszek wyczuwa nasze limity i po swojemu chce nam dać trochę wytchnienia, bo ,,wie”, że jak tylko uśnie to wstaniemy żeby dalej ,,robić to co trzeba”?

Zaskoczyła mnie ścieżka własnych myśli, ale postanowiłam cieszyć się każdą minutą w pozycji leżącej. Myśleć i celebrować to myślenie o tym, jak dobrze jest nic nie robić, tylko leżeć i dawać do dyspozycji raz cycek prawy, raz lewy, raz prawy… 

A że różnoraka robota czeka? Niech poczeka. Choćby i tydzień! Bez naładowanych matczynych baterii nic w rodzinie nie jest w stanie funkcjonować więc pamiętajmy… Dając sobie pozwolenie na LEŻENIE i wdzięczność wobec dzieci, że nas do tego ,,zmuszają” też jest formą jakościowej opieki nad potomstwem.

 

Kiedy nie jest łatwo

Guciutek ząbkuje. Dwa już ma, najwyraźniej zbliża się trzeci. Każdy okupiony jest bezsennymi nocami, okropnym, niekończącym się płaczem, zatkanym nosem i brakiem nastroju…. U całej rodziny. Dzisiaj jestem sama, Marcin w pracy na noc. I jest tak:

- Po nocy podczas której Guciutek obudził się o 1 w nocy i zasnął z powrotem dopiero o 4.30 musiałam rano zapakować go i iść z nim do pracy; tam spał z 20 minut. Potem chyba miał jeszcze jedną drzemkę. Kolejnej nocy budził się dosłownie co godzinkę, oczywiście ja razem z nim. Sikał jak dziki pod siebie, popłakiwał i prężył się. SPAAAAAĆ!!!!!

- Potem nadszedł dzisiejszy dzień. Marcin od świtu w pracy. Od rana sikanie, syfienie, pierdzenie balonami, konieczność umycia całej trójki i pojechania do miasta w celu zrobienia zdjęć do paszportów. Udało się, chociaż kropki od pisaka na policzku Lili babeczka musiała retuszować komputerowo…. A potem to już tylko pod górkę. Cały dzień Guciutek w zasadzie nie spał. Musiałam iść z nimi wszystkimi do przychodni (sprawa Guciutka o której kiedyś pisałam) i czekać pół godziny w poczekalni bo oczywiście obsuwka. Zgrzytałam już zębami, dzieciaki latały po suficie, Guciutek tym razem jak na złość chciał spać a ja mu nie dawałam, bo czekałam na wizytę przecież…. Lekarz poświęcił nam DOSŁOWNIE 90 sekund (homeopatka ostatnio 90 minut…. niewielka różnica), wracamy do domu. ŚPI. 20 minut.

- W domu jakoś wyrabiam z nimi do wieczora. Wszyscy razem kąpiemy się we wannie. Jest fajnie.

- Kładę Guciutka i zasypia a ja natychmiast razem z nim. Budzę się bo płacze. I nie przestaje przez 2 godziny. Starszaki głodne, same usiłują zrobić se owsiankę, znajduję kilo płatków zalanych litrem mleka i słodkie buźki proszące o podgrzanie. Nadludzkimi mocami nie czynię komentarza….. Gucio ryczy. Ale muszę podgrzać. Podgrzewam, ledwo co skubnęli po 2 łyżki. W myślach usiłuję znaleźć przeznaczenie dla litra owsianki. Gucio ryczy. Felek chce książkę. Gucio cichnie. Lila przyłazi do niego a on po 2 uprzejmych uśmiechach wpada w szał. Po godzinie przepraszam, ale chyba nie dam rady przeczytać dzisiaj książki! Lila płacze, bo zepsuła jej się lampka nocna. Mam ochotę powiedzieć: ,,Ch…j z tą lampką, idź już spać!” więc uaktywniam nadludzkie moce…. Żeby tego nie powiedzieć.

- Felkowi nagle włącza się pęd do wiedzy i chwalenia się samodzielnie zdobytymi umiejętnościami czytelniczymi. Jednocześnie prosi o wyjaśnienie jakichś kwestii matematycznych. Tłumaczę, on nie rozumie…. Chcę się załamać ale ryk. Już zaraz 21. Zasypia. W końcu. Tłumaczę matematykę chociaż siku mi się chce.

- Felek tryumfalnie ogłasza że zrozumiał.

- Lila nie martwi się już lampką bo jutro tata naprawi.

- Robię sobie na patelni jaglankę z bulionem w proszku…. PYCHA.

- Śpią………………….Wszystkie.

- Umawiam się z nową klientką na kapsułkowanie łożyska. Jest cicho. Cóż czeka mnie w nocy? I jutro?!

Krótko o podziwie…

Podziwiam zorganizowanie niektórych matek…. Na homeschoolingowy piknik zawsze mają homemadowe żarcie w kolorowych pudełeczkach. Wszystkie ich jaglane klopski są tego samego kształtu i rozmiaru. To jest takie piękne, że zapiera dech.

Chciałabym chociaż raz, położywszy dzieci spać wieczorem, znaleźć w sobie samozaparcie żeby zamiast siedzieć na fejsie zrobić jedzenie na następny dzień. Uklepać tych klopsów i je mieć. A nie czekać na poranek, kiedy każdy coś i znowu jedyne na co mnie będzie stać to ,,kupić coś po drodze”, coś, czyli bułki i ser.

Dzisiaj miałam na pikniku własne placki. Udało się! Ale kosztem starszaków cały ranek okupujących laptopa i Guciutka zamulającego w chuście, narażonego na pryskający z patelni tłuszcz. Słoik dżemu, ciastka i 2 jabłka które ja sama zjadłam potem. Jedzenie na cały dzień. Aż wstyd pisać o tym publicznie!

Teraz zamiast pisać powinnam stać i pichcić.

Ale mi się nie chce.