Archiwa tagu: sen dziecka

Słuchawki

Guciutek miał jeden ze swoich spadków nastroju. Mnie pobolewała głowa. Za każdym jego krzykiem coraz bardziej. Pomyślałam sobie, że właściwie za jakie grzechy ja muszę tego słuchać? Jest zmęczony. Ma spać. Nie reaguje na moją dobrą wolę. Nie mam do dziecka pretensji, ale co ja zawiniłam? Poszłam po słuchawki wygłuszające i założyłam sobie na uszy. Poczułam się jak na dnie oceanu. Wzięlam Guciutka ponownie na ręce. Ból głowy przestał się pogłębiać. Na moje ciało spłynęła głucha błogość. Przestało mi histerycznie zależeć na uciszeniu go.

W tym momencie małe przestało płakać.

Bujałam go, ale zachciało mi się do łazienki. Wciąż na głucho odłożyłam Guciutka i wymknęłam się z pokoju. Gdy wróciłam po 2 minutach, on już spał.

Wniosek z tego wszystkiego dla mnie jest wyłącznie taki, że napewno nie da się ukoić dziecka samemu będąc nieukojonym. I że to nic złego w tym, że matka decyduje się na niesłuchanie ryku swojego dziecka :)

 

 

 

Co zrobić gdy dziecko płacze?

Ten wpis miałam ochotę popełnić już dawno. Chyba jeszcze zanim w moim życiu zaistniał Guciutek. Bo płacz dziecka, bez względu na wiek, to temat który wzbudza ogromne emocje. I zdanie na jego temat jest jednym z silniej dzielących. Tacy już jesteśmy, że łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Słyszymy w markecie płacz niemowlaka i w duchu współczujemy mu matki, która nic nie robi, lecz jak gdyby nigdy nic przegląda proszki do prania. Wrzeszczący kilkuatek rozżarza w nas morderze instynkty, bo na pewno rozpuszczony i drze japę o lizaka. Albo tablet. No, w każdym razie wymusza, bo cóż innego mógłby robić? Noworodek- wiadomo- na ch… ciągną tak małe dziecko w miejsca publiczne? Przecież są w nich zarazki, zimno, gorąco i w ogóle kiepsko. A jeszcze Bogu ducha winni ludzie muszą tego słuchać. Biedne maleństwo, biedne otoczenie!

Niestety, niebezpieczny bywa ten ,,bliskościowy dyskurs”, który absolutnie wyklucza stosowanie metody ,,wypłakiwania” dziecka (i dobrze) ale w zamian daje na talerzu pięknie udekorowane poczucie winy. ,,Profesjonaliści” od bliskości z dziećmi w ładnych słowach sugerują, że wszyscy rodzice to pozbawieni empatii krzywdziciele własnego potomstwa. W jaki sposób? Ano, niewinnym stwierdzeniem że dziecko płacze bo sygnalizuje potrzebę. Jest to oczywiście prawda. Ale co ma sobie pomyśleć matka, która od 2 godzin skacze po ścianach żeby jej maleństwo zamilkło? No jedyne co sobie pomyśli, to że jest beznadziejna, bo nie umie odczytać sygnału o potrzebie. Przecież dała jeść, zmieniła pieluszkę, włożyła do chusty! A to dalej ryczy i ryczy. No po prostu dno!

Pół biedy, jeśli taka mama otoczona jest mądrym wsparciem, ale najczęściej tak nie jest. Z reguły słyszy, że dziecko ma albo ,,charakterek”, czyli robi jej na złość, albo to ona partaczy. Na przykład głodzi dziecko. Albo przymraża. Ewentualnie podgotowuje albo torturuje metkami u kaftanika! Tak czy siak, płacz dziecka postrzegany jest jako coś jednoznacznie negatywnego. Przestępstwo dziecka lub matki, czasami obojga rodziców. I ktoś musi ponieść za nie karę. A najłatwiej ukarać osądem. Wyroki sypią się więc jak plastikowe koraliki z rozprutej poduszki- rogala…

Co by się stało, gdyby przyjąć po prostu, że płacz jest sposobem komunikacji małego dziecka ze światem, jest zjawiskiem fizjologicznym i potrzebnym, bo bez niego nikt na malucha nie zwracałby uwagi- umarłoby biedactwo z głodu. Bo nie zapyta uprzejmie: ,,Przepraszam, czy mógłbym dostać trochę mleka?”, nie zagai ,,Ta pogoda dzisiaj! Ciśnienie opadło, czy jak?” i nie zacznie snuć historiii: ,,Nie uwierzycie, ale 3 tygodnie temu znalazłem się w zupełnie dziwacznym miejscu. Wszystko jest suche, jasne i zimne. W dodatku coś dziwnego dzieje się z moim ciałem. Co jakiś czas wylatuje z niego jakaś substancja i to często boli!” I tak dalej, i tak dalej. Nie zrobi tego, Może jedynie płakać. I chociaż wygląda to traumatycznie, nie traktujmy tego jak końca świata. Do jakiegoś momentu wolno zgadywać. Po kilku dniach życia dziecka rodzice z reguły już rozpoznają który płacz jest od głodu, a który od zmęczenia, ale jeśli nie, to też nic takiego. Nie jesteśmy złymi matkami, gdy nie mamy pojęcia czemu dziecko ryczy i nigdy nie dajmy sobie tego wmówić. Powodów może byc trzysta pięć, co gorsza, to co wywołało dramat w poniedziałek, w środę przejdzie już przez maluszka niezauważone. A 4 tygodnie później już nikt nie pamięta że zrobienie kupy albo sikanie mogło powodować czarną rozpacz, za to dźwięk piszczącej gumowej myszki staje się głównym winowajcą… I tak w kółko, aż dziecko zaczyna mówić. Nowy etap i nowe powody do płaczu…

Guciutek wpada w amok płaczu mniej więcej co 7-10 dni. Szczególnie gdy jest zmęczony, przebodźcowany. Nagle zaczyna okropnie krzyczeć. Brzmi to mniej więcej jak połączenie zepsutej piły mechanicznej z rżeniem konia w agonii. Znacie to? No to wiecie, jak system nerwowy dorosłej osoby może na coś takiego reagować. Co wtedy robię? Nic. Właściwie nic szczególnego. Oferuję pierś. Z reguły nie chce. Bujam. Nie pomaga. Noszę. Nic. Kładę spać, daję smoczek. Amok trwa. OK, czyli to coś, na co nie mam żadnego wpływu. Po co mam nim trząść skoro to nie przynosi ulgi? Po co tracić cenną energię. Kładę go koło siebie, smoczek trzymam w pogotowiu, tak jak i gołe cycki zaraz przy jego nosie w razie gdyby zmienił zdanie. Otulam, całuję w czółko. I jestem. Fizycznie cała należę do niego, ale na tym etapie wiem, że nic nie zależy ode mnie. Chcę jednak, żeby wiedział, że w przypadku tego głębokiego nieszczęścia, jakie go spotkało, czymkolwiek ono jest spowodowane, nie zostanie sam. Nie staram się obsesyjnie go uciszyć. Mam w dupie, że sąsiedzi pomyślą o mnie, żem zła matka. Ma taki czas i tak to musi wyglądać. Jego historia jest trudna i smutna, ale nie moją rolą jest ją na siłę naprawiać. Wysłucham. I tyle.

Jestem z nim tak długo, aż zaśnie i wtedy wiem, że zrobiłam co mogłam. Nie żeby przestał płakać, żeby się przymknął, żeby ulżyć mu w cierpieniu. Tak, dziecko płaczem sygnalizuje potrzebę, ale nie każdą można zaspokoić z ,,zewnętrz”. Są potrzeby, których nie odgadniemy albo na które nie zaradzimy. Co można zarobić, to pokornie zaakceptować ten fakt i być. Jeśli poza coraz silniejszym bujaniem i wpychaniem smoczka potrafisz to zrobić- to nie tylko dobry z ciebie rodzic, ale przede wszystkim dla tego małego nieszczęsnego człowieka w chwili kryzysu stajesz się przyjacielem na dobre, na złe i na najgorsze.

 

 

Taki sobie dzień

Przeżyłam. I wciąż przeżywam. Bo chociaż już zrobiłam. Zjadłam. Posprzątałam. Uśpiłam. Włączyłam. Przeczytałam. Opowiedziałam. Odpowiedziałam. I wykonałam tysiąc innych czynności dzisiaj, to Felinek wciąż ślęczy nade mną, zamiast iść spać i usiłuje nawiązać rozmowę, nie bacząc na to, że mnie już dzisiaj przepaliły się wszystkie korki. Marcinek w pracy na 15 godzin, zostaje tam na noc i jutro też pracuje cały od rana do nocy. Życie, panie, życie! A te łobuzy jak na złość zastrajkowały i oznajmiły, że chcą tzw. ,,dzień domowy”. Czyli absolutnie z nikim się nie spotykamy, nigdzie nie jedziemy, spędzamy sobie czas ,,spokojnie w domku”, uczymy się i bawimy, Brzmi rozkosznie? Nie dla mnie!

Od rana Lila miała jakiś absurdalny nastrój. Proszona o pozbieranie pisaków, wysypywała tę resztę pozostałą w pudełku na podłogę. Ostrzeżona, by nie wylać zupy, przechylała celowo miskę z hardą miną. Felek wlazł na drzewo, to mu zabierała drabinę, żeby nie mógł zejść. Wkładała ogromny i nieprzerwany wysiłek w to, bym się nie nudziła i za bardzo nie wzruszała na myśl o macierzyństwie… Dodatkowo co około 20 minut wybuchała płaczem.

Guciutek jak to Guciutek. Nie raczy za dnia pospać dłużej niż 20 minut ciągiem. Jest w wieku, kiedy zaczyna wymagać rozrywek. Nie wiem, czy trzeba cokolwiek tu dodawać. Każdy kto ma dziecko, wie, jak wymagającym odbiorcą rozrywki jest trzymiesięczniak, jak szybko się nudzi i w jaki sposób objawia swoje niezadowolenie. Póki co króluje migająca lampka Felka na sznurku. Jak nią pod odpowiednim kątem kiwać nad głową dzieciny, to od biedy idzie wypić kawę. Jedną ręką oczywiście, bo drugą machasz. Trzecia by się przydała do odsuwania Lili, która swoim przytulaniem do akurat uciszonego cudem bobasa niemal nie wyprawi go na tamten świat.

Szkoda gadać. Felkowi nie, bo gada cały czas. Zaczepia się celowo swetrem o klamkę szafy i rozpaczliwie woła o pomoc. Żal mi go, bo cały dzień ustępuje maluchom dostępu do matki, a wieczorem ona już nie ma siły nawet posmarować kanapki, więc mu odwala. Jestem z siebie bardzo dumna, że udało mi się przeżyć ten dzień. Dwa razy w sposób niekontrolowany i niezamierzony przysnęłam. Z jednej drzemki wyrwało mnie przebudzenie Guciutka (po ok. 7 minutach snu poprzedzonego półgodzinnym usypianiem wstał wyspany z radosnym uśmiechem od ucha do ucha), z drugiej najście Lilianny proszącej o nałożenie obiadu, jakieś 2 minuty po tym, jak zamknęłam oczy.

W zasadzie to mnie to wszystko śmieszy. Nie czuję bezsilności, nie marzę o wysłaniu towarzystwa na księżyc (no może, ociupinkę), nie czuję się beznadziejną matką. Nie obwiniam całego świata, że muszę zajmować się własnymi dziećmi. Jest jak jest. Niemowlę tak działa na życie, że je tymczasowo rozpieprza. Za kilka lat nie będę zbyt wiele pamiętała z tego okresu i pewnie zatęsknię za salcesonami w bodziakach. Nie ma sielanki, ale nie ma traumy. Poczytam i pójdę spać. A jutro kolejny piękny dzień, tylko jeszcze jedno dziecko biorę pod opiekę :D :D :D