Archiwa tagu: slow parenting

Ekscytujący weekend przed nami…

Nasza córcia jutro kończy roczek. Cofam się myślami do ubiegłorocznego finiszu września. Upały. W pierwszy dzień jesieni Felek kąpał się w ogródku w baseniku. Codziennie chodziliśmy przynajmniej na 3 godziny na plac zabaw. Ale już się wychowawczo bardzo nie udzielałam. Jak humor u synka był nie ten, czekałam. Siadałam na krawężniku obok awanturującego się w pozycji stojącej/ siedzącej/ leżącej Felka i czekałam aż mu przejdzie. Czemu mi to przeszło? Czemu nie ma we mnie dzisiaj tej cierpliwości sprzed roku? Natknęłam się dzisiaj na szczątkowe informacje o ruchu Slow parenting i… zatęskniłam! Do tego, jaką kiedyś mamą byłam cały czas a nie tylko w przypływie lepszego nastroju. Pierwszy raz kupię książkę na temat wychowania dzieci (http://merlin.pl/Pod-presja-Dajmy-dzieciom-swiety-spokoj_Carl-Honore/browse/product/1,876533.html- nie reklamuję tej księgarni internetowej, po prostu szkoda mi czasu na szczegółowe opisy…). Już kupiłam, teraz czekam na przesyłkę. Ale o czym to ja… Roczek Lileczki już jutro. Jaka ona jest? Radosna, cudna, drobniutka, ale chociaż płacze coraz mniej, umie to robić coraz głośniej i z większą złością. Gdy jest zła, krzyczy ,,nie!”, gdy chce do mamy, powtarza ,,mamamama…”. Jedno ze światełek mojego istnienia. Więc będzie w ,,drugim roku życia”- nie mogę w to uwierzyć…

Tymczasem jest i synek. Który w niedzielę wylatuje do Polski na prawie 3 tygodnie. Wiąże się to dla mnie ze świadomością rychłego nadejścia szalejącej tęsknoty. Wiem, jak było, gdy przebywał u dziadków ponad dwa dni- nie potrafiłam w tym czasie w żaden sposób wypoczywać. Jakże mi go brakowało, gdy rodziłam Lileczkę i nie widziałam go 6 dni. Patrzyłam na noworodka i wydawał mi się taki… niemój. Bo mój był synek. Trochę czasu minęło, zanim i Lileczka stała się tak bardzo moja, że bardziej się nie da. I teraz mam dwa drgania w sercu- Felek jedzie, a Lileczka po raz pierwszy będzie na noc beze mnie, bo ja wraz z moją siostrą i synkiem śpimy u Krystyny, by o świcie razem ruszyć na lotnisko. Ale przecież czas leci. Jakoś się trzeba z tym pogodzić, że oni rosną, że kiedyś nie będą mnie aż tak potrzebować, ani… ja ich. Wczoraj naszła mnie refleksja, że mam marzenie. Do niedawna żadnych przez długi czas nie miałam, i gdy sobie to uświadomiłam, przeszedł mnie dreszcz. A teraz mam. Chciałabym wyruszyć na samotną podróż, zupełnie samotną, po jakichś buszach Polski albo innego, albo kilku innych europejskich krajów. Nie teraz. Nie za miesiąc, może nawet nie za rok, najpierw obiecane i wyczekiwane od kilku lat bałkańskie wakacje z Marcinkiem i z dziećmi. Ale już ośmielam się wierzyć, że pieluchy, mleko i nieprzerwane wycieranie, podnoszenie, mycie, nalewanie, nakładanie i usypianie kiedyś się skończy. Ekscytuję się tym weekendem, bo czuję, że to początek jakiegoś nowego etapu. I chociaż atakują mnie oczywiste obawy, nie odbierają mi siły i chęci do życia- a wręcz przeciwnie.