Archiwa tagu: studia

Czy to jest homeschooling?

Starałam się wytłumaczyć synkowi, czym jest homeschooling. Powiedział, że nie chce homeschoolingu. Ja na to: ,,No dobrze, więc jak tylko dostaniesz miejsce w szkole, to do niej pójdziesz”. On na to, że nie chce też szkoły. ,,Czego w takim razie byś chciał?”- zapytałam. A on na to: ,,Nic. Być cały cas w domu i glać w gly!”

Aspekt humorystyczny jest tutaj dość bogaty, aczkolwiek weź tu człowieku (rodzicu) coś mądrego wymyśl w odpowiedzi. Żeby był i szacunek, i mądrość starszego, i dyskretnie przemycona niechęć do gier, i jak najmniejsza podchwytliwość, tj. ostrożność w szafowaniu tekstami typu: ,,Tak, a na place zabaw nie lubisz chodzić??”. Bo wiadomo, że lubi.

Powiedziałam mu o unschoolingu, zaznaczając, że jednak łatwiej się żyje człowiekowi, kiedy umie czytać i pisać. Zresztą pomijając tego typu rozważania, wierzę, że każdy człowiek z intelektem na poziomie podstawowym JEST w stanie nauczyć się czytać i pisać, tak jak mówić i chodzić- zauważmy, jak ciężko jest nauczyć się perfekt języka obcego, jak szybko uczą się go dzieci gdy po prostu jakiś język od urodzenia słyszą- dwa, trzy lata i wszystko rozumieją oraz mogą się swobodnie wysłowić. A przecież system języka (jakiegokolwiek) w teorii wydaje się nie do ogarnięcia. Wierzę w moje dziecko, bo zaczęło posługiwać się ładnymi zdaniami w wieku niespełna 18 miesięcy. Wierzę w niego, bo bazuję też na własnym doświadczeniu- sama, bez żadnej nauki, opanowałam sztukę czytania w wieku lat czterech. Zatem jest to możliwe. Byle nie przeszkadzać.

W tym wszystkim najlepsze jest to, że sama na maksa jestem zmotywowana żeby pogłębiać wiedzę, teraz przykładowo z zakresu chemii, która nigdy moją pasją nie była- może dlatego, że nigdy w szkole nie robiłam prawdziwych pachnących kuli do kąpieli? Mój synuś robił je dzisiaj z kwasku cytrynowego, sody i oleju, a ile frajdy było przy tworzeniu mikstur? Jutro będą się w nich kąpać, więc przynajmniej ta nauka ma jakieś praktyczne zastosowanie! Tak bardzo brakowało mi tego zawsze w szkole- poczucia sensu wysiłku jaki wkładałam żeby wkuć materiał. Zaniedbywałam przy tym oczywiście to, co mnie interesowało, co potęgowało frustrację. Zresztą, pomijam fakt, że już w czwartej klasie SP jak nie chciało mi się uczyć, robiłam ściągi. I tak mijał rok za rokiem. Dopiero w liceum trochę odżyłam w pierwszej klasie o profilu humanistycznym, gdy dzięki koleżankom i mądrej pani poznałam tajniki światowej literatury o której pojęcia wcześniej nie miałam, gdyż nie miałam czasu na takie fanaberie jak czytanie dla przyjemności (zajęta byłam kuciem lub robieniem ściąg co też trochę czasu pochłaniało- weź tu przepisz na kilkucentymetrowe karteczki kilkanaście stron z zeszytu formatu A5). Jednak szybko ulga przerodziła się w koszmar, bo już od drugiej klasy, mimo że teoretycznie profil był humanistyczny a matura z języków i historii, dowalili nam nagle godzin fizyki i czegoś tam- których nie było w 1 klasie chyba po to, żeby nas nie zniechęcić. I tak wstawałam o 5 rano niemal dzień w dzień, rujnując sobie zdrowie, by opracować materiał z przedmiotów ścisłych z którymi na zawsze pożegnałam się opuszczając mury szkoły średniej. I nie nie, wcale teraz się z nimi nie przepraszam, przygotowując eksperymenty dla dzieci, bo gdy coś wybucha, nikt nie pyta o wzór chemiczny. Co nie zmienia faktu, że jestem świadoma, że BYĆ MOŻE Felek czy Lila kiedyś będą chciały dowiedzieć się, jak to działa, jak zapisać na papierze to, co się dzieje? W takim wypadku jest internet. Cudowny wynalazek, dzięki któremu wg mnie zupełnie nie trzeba w tych czasach KUĆ-każdy ma tableta albo telefon i wzór może sobie wszędzie sprawdzić w trzy sekundy. Jednak po co komu wzór gdy nie ma pojęcia, o co w nim chodzi i jak go zastosować w praktyce? Tak strasznie bolało mnie to pytanie, gdy jako dziewczynka usiłowałam wytłumaczyć sobie drogę do sensu systemu szkolnictwa. Niestety nigdy tej drogi nie znalazłam. Również jako studentka, lecąca bez poprawek przez pięć lat studiów, które nawet nie wiem, kiedy minęły, ale to, co z nich najlepiej pamiętam, to zawarcie bliższej znajomości z moim obecnym Mężem, dwukrotny wyjazd do Serbii, ciążę i urodzenie synka. Nawet nie pamiętam mojej obrony licencjackiej! Nawet tematu pracy, jaką napisałam! A przecież się przykładałam. Obronę magisterki pamiętam, ale tematu również nie za bardzo. O pracy w wyuczonym zawodzie to lepiej nawet nie będę wspominać, bo nie wiadomo, czy się śmiać czy płakać :)

Mogłabym sypać przykładami na bezsensowność szkolnej edukacji, trwającej przecież latami, bez końca. A jednak to ona jest wciąż uważna za jedyny sposób, żeby ,,coś osiągnąć”. Tylko co? Co jest warte tej strasznej ceny, jaką jest zmuszanie małych dzieci do tkwienia w jednym miejscu przez długie godziny, co jest skrajnie sprzeczne z ich naturą? Do spędzania młodości na trawieniu materiału z którego absolutnie nic nie wynika?

Dostałam formularz, za którego wypełnienie council ,,będzie mi bardzo wdzięczny” (czyli go wypełniłam, żeby się odpieprzyli, chociaż to moja dobra wola, a nie obowiązek). Było tam pytanie: czego twoje dziecko powinno nauczyć się w ciągu najbliższych 12-tu miesięcy według twoich oczekiwań? Odpowiedziałam zgodnie z prawdą: oczekuję, że moje dziecko nabędzie ciekawości otaczającego go fascynującego świata oraz nauczy się naturalnie nawiązywać kontakt z ludźmi którzy go interesują. Że wzrośnie jego pewność siebie i samodzielność.

Bo na prawdę tego oczekuję. I myślę, że na 12 miesięcy to bardzo, bardzo dużo.

Wracając do tematu, od którego wziął się tytuł dzisiejszego wpisu: byłam dzisiaj z maluchami w lesie. Napotkaliśmy wielkie, stare, przegniłe, pełne hub i dziur drzewo. Długie. Zapytałam Felka, czy miałby ochotę po nim przejść jak po moście (dał radę!! a było ciężko, sprawdziłam potem sama prowadząc Lilcię z rączkę!). Od razu się tym pomysłem podjarał, zapytał tylko dla pewności: ,,A cy to jest tes homeschooling?”

To właśnie jest homeschooling synku.



Felek u babci i dziadka

Ponieważ już w dobę po wylocie Felka odezwały się głosy krytykujące całe przedsięwzięcie, a ,,stres dziecka” to jedno z najdelikatniejszych określeń, jakie padło, spieszę by dla niektórych zrobić malutki rysik sytuacyjny. Otóż: Felek nocuje u babci i dziadka odkąd skończył pół roku. Zaczął jeszcze przed lękiem separacyjnym. Sam się w tym mniej więcej wieku odstawił od piersi, tzn. nie domagał się jej wcale, a ja nie podawałam. Dziś z mieszanymi uczuciami oceniam niektóre moje wybory z tego okresu, ale bez zadręczania się- czasu nie cofnę. Natomiast faktem jest, że gdyby nie pomoc moich rodziców, nie skończyłabym z taką łatwością studiów, nie napisałabym tak szybko magisterki, nie miałabym możliwości ślęczenia w bibliotece a później podjęcia pracy na etat. Powtarzam- być może z dzisiejszą wiedzą, podejściem do życia i bagażem, że tak powiem, doświadczeń międzyludzkich, postępowałabym inaczej. Ale było minęło. Natomiast pozytywnym, jak mniemam, skutkiem ubocznym takich a nie innych kolei losów jest to, że Felek od swojego najwcześniejszego, nieuświadomionego dzieciństwa, ma dwa domy rodzinne. Jeden z mamą i tatą, gdziekolwiek by on nie był, drugi- stały, zawsze w tej samej wsi, piękny, z ogrodem, psem i piaskownicą, z babcią i dziadkiem, którzy dają mu swoje maksimum. Rodzicom- wiadomo, nie zawsze się chce. Mają dziecko na codzień, męczą się z jego demonami, upierdliwościami. A babcia z dziadkiem zajmują się wnusiem co jakiś czas, więc mają kiedy zmagazynować dla niego pokłady energii i troski. Powiem tak: Felonek miał różne okresy w życiu. I bunty, i histerie, i okresy onieśmielającego spokoju, i bardziej intensywnego rozwoju, i mniej, i fascynacje malowaniem, i samochodami, i zwierzętami. I niechęć do nocnika, i chęć, i apetyt, i brak tegoż, no jak u każdego dziecka po prostu zmienia się co jakiś czas jego podejście do różnych spraw. Jedno nie zmieniło się nigdy- CHCENIE jechania do babci i dziadka. On tam jest po prostu szczęśliwy. Zadbany, zajęty, ma swój pokój, zabawki, babciowo- dziadkowe rytuały. Myślę, że ta odległość teraz , która go normalnie dzieli od ukochanych dziadków, to, że nie może tam jechać raz na tydzień- to jest trauma. Którą minimalizuje teraz. Moja mama śle mi na maila fotki, jak Felonek maluje kije w kuchni. Jak pompuje rowerek w garażu. Fotki, które Felek zrobił dziadkowi z zaskoczenia… Na lotnisku to mnie trząsł się głos. Gdy moja siostra z Felkiem podążała już do bramki, kucnęłam przy synku, by ,,dodać mu otuchy”, dać buźki. Oczy mi trochę zmokły, ale spojrzałam na twarz chłopca. I tu szok: mimo, że wstał o godz. 4 rano, mimo że 2 godziny jechał samochodem, a teraz był w przeogromnym gmachu obcego lotniska z ciocią, która kochana jest, ale to jednak nie mama, Felek miał na buzi wymalowany zrelaksowany uśmiech. I to on dodał mi odwagi, to ja potrzebowałam tej otuchy i on mi ją dał- nic nie powiedział, ale ja słyszałam, CZUŁAM, że całe przedsięwzięcie jest świetnym pomysłem. Ten jego uśmiech, pełen dziecięcej radości, zdrowego podekscytowania, oczekiwania- spowodował, że do domu wróciłam spokojna i pewna siebie. Martwiłam się tylko, co oni jeszcze ponad godzinę będą tam robić, jak Felek a wraz z nim moja siostra, zniesie lot (2 godz.). I co? Potem okazało się, iż był bardzo grzeczny, zero marudzenia, uciekania, wymyślania. Wiedział, że musi swoje odczekać, ale spotka go za to nie lada nagroda. On jest MAŁY- niewiele ponad 3 latka to słaba dorosłość, a zachował się tak wspaniale, taka byłam z niego dumna. Byłam i jestem. Synuś.

A teraz do tych, co już zdążyli prysnąć swoim jadem: nie wiem, czy czytacie tego bloga, możliwe że nie, bo niby czemu macie czytać? Tacy jak wy zostawiają dzieci od (na prawdę) małego na niemal cały dzień obcym ludziom w imię jakichś swoich, niepojętych dla mnie osobiście idei. Przepraszam tych, co biorą to do siebie, a nie powinni- ci, do których te słowa kieruję, o ile czytają, wiedzą, że to do nich. Krytykanci, jeśli interesuje was, co dla dziecka jest prawdziwą traumą, chętnie podzielę się swoimi spostrzeżeniami na ten temat w prywatnej rozmowie. Ale po co? Nie sądzę, byście byli zainteresowani. Macie swoją wizję i trzymać się jej będziecie, choćby nie wiem co. Radzę zatem przyjrzeć się swoim wyborom i ich efektom (szczególnie odnośnie wychowania dzieci) .Jeśli będziecie zadowoleni, polecam założenie bloga- niedroga (albo i darmowa) sprawa. Poczytam.

Przegląd myśli z dnia-porażki

Byliśmy w przedszkolu. Niewypał. Pół godziny, płacz taki, że aż porobiły się Felkowi czerwone plamy na twarzy, coś jak krwiaki, miniwylewy. W ciągu dnia powoli znikały, dwa największe w okolicach oczu nadal straszą. Nie wiem co to, ale dziecko wygląda jak chore. A wył tylko kilka minut, bo się zorientowały, że coś nie halo, pobiegły po mnie. Przypadek Felka zasłużył na indywidualną konsultację w biurze. Pani bardzo chce pomóc. Obiecała zorganizować karteczki z obrazkami,  żeby Felek mógł pokazywać pani np. że jest głodny, wyciągając karteczkę z kanapką. Pytały co wg mnie jest problemem. Mówię, że komunikacja, a raczej niezdolność do niej. Bo podoba mu się miejsce, plac zabaw, zabawki, pieczątki. I gwałtownie reaguje tylko gdy dochodzi do konfrontacji. Dziś nie było Kacpra. I dlatego musiałam ratować go już po 20 minutach. Teraz prawie miesiąc przerwy. Pani w biurze wyraziła nadzieję, że mój synek dobrze spędzi czas na wakacjach. I powiedziała, że mamy się zgłosić jak wróci, to zaczniemy aklimatyzację od nowa. Dobrze, że to prawie za miesiąc. Bo przysięgam, że na dzień dzisiejszy nie mam siły, boli mnie brzuch, głowa, czuję zawód. Ostatnio już miałam nadzieję. Dziś jej nie mam.

W czaszce wciąż brzęczy przypuszczenie, że to moja wina. Jest teraz u mnie moja siostra, przyjechała wczoraj. Lileczka nie widziała jej prawie 5 miesięcy, ale godzina wystarczyła. Lileczka została z moją siostrą, gdy my wyruszyliśmy do przedszkola. Nie było nas 3 godziny. Ani minuty płaczu Lileczki. Ani sekundy. Zabawa, świetny humor. Jak zaczęła marudzić, ciocia włożyła ją do łóżeczka by zrobić jej drugie śniadanko. Nie zdążyła, bo Lileczka cichutko zasnęła. Nie potrafię nie wspominać pewnego wyjazdu sprzed ponad 2 lat. Felonek miał prawie roczek. Pojechaliśmy do domku na wieś, świętować urodziny mojego brata. Felek został na noc z Marcinka mamą, którą dość często widywał (z pewnością częściej, niż Lileczka widzi ciocię Ewę). Płakał całą dobę z niewielkimi przerwami na sen. Płakał (wył) siedząc pod drzwiami. Uspokoił się dopiero jak mnie zobaczył. Aż mnie skręca.

Widziałam dziś noworodka. Jego maleńkość wywarła na mnie ogromne wrażenie. Nie mogłam sobie przypomnieć, jak ONI byli TACY. I uświadomiłam sobie, ile błędów, ile nienaprawialnych potknięć popełniłam. To tak przy okazji katowania się- ta potworna świadomość, że dziecko jest dzieckiem raz. I ja już nie będę miała okazji być bardziej z malutkim Felkiem. I nie udowadniać całemu bezdzietnemu światu, że dziecko nic nie zmienia, że mając niemowlaka, roczniaka, można studiować, pracować, imprezować. Bo tak bardzo chciałam. Bawiłam się i zepsułam. Nie potrafię pozbyć się tej myśli, że niezostawianie Lileczki uczyniło ją tak pewną siebie i ufną.

Nie słuchajcie jak ktoś będzie wam mówił, że trzeba jak najprędzej uczyć dziecko radzić sobie bez matki. Ja uczyłam jedno, drugiego nie zamierzam. Nie wiem, co teraz. Żeby mu tylko te krwiaki z twarzy zeszły jak najszybciej, bo jak na nie patrzę, cała moja matczyna pamięć przybiera taki właśnie purpurowy kolor i pulsuje mi w mózgu. Chciałabym z tą wiedzą cofnąć czas. Ale się nie da.