Archiwa tagu: studia

Sylwester!!

Żegnamy roczek 2010. W ciągu tych 12 miesięcy moje dziecko nauczyło się chodzić i mówić, jeść, witać się i żegnać, poszło do żłobka i polubiło ludzi innych niż mama. Zafascynowały go maszyny typu traktor i koparka, nosi rozmiar 92-98 (wkraczał w śpioszeczkach 74), buty i bluzy z kapturem. Udaje bociana, żabkę i karetkę. Co do mnie to… stałam się panią magister, poszłam na staż, do pracy, zapisałam się na egzamin z prawka i ogarnęłam się w znacznym stopniu. Jestem szczęśliwa, nie cierpię na chroniczne zmęczenie. Mamy plany. Jest super.

Dziś będziemy hucznie witać Nowy Rok, już 2011. Jedziemy w 16 osób (w tym 3 maluchów: Feliś, Staś i Helenka) do Czarnej Wody,niewielkiego miasteczka na Kociewiu. Tam wynajmujemy cały 6- pokojowy domek i bawimy się przyzwoicie, bo za ścianą będą spały nasze małe szczęścia. Dzieci to radość. Nie ma większego i głębszego sensu egzystencji niż rozmnażanie się. Wszystkie genderowe wariatki mogą mnie zjeść- nie dbam. Pisałam o literaturze feministycznej magisterkę, temat płci kultury jest mi znany i bliski. Uważam, że nasza kultura poprzez różnice w traktowaniu przez społeczeństwo (często tego nieświadome) ma w sobie dużo ułomności. A mimo to obstaję przy swojej tezie- dzieci to cel istnienia dorosłych. To dzieciom należy się kulturowa admiracja, skoro starzy nie potrafią dojść do żadnego konsensusu i tylko latają z jednej manifestacji na drugą, żądając zabronienia aborcji, dostępu do aborcji, praw dla gejów, praw dla hetero, praw dla psów i karpi, większych pensji, mniejszych pensji dla kogoś innego, dłuższych autostrad, krótszych autostrad (to ci, którzy mają zaszczyt mieszkać na trasie budowy…), zamknięcia zakładu, otwarcia, inwestycji, w celu poparcia dla poparcia kogoś tam itd, itp. Życzę wszystkim rodzicom z okazji Nowego Roku, żeby ich dzieci potrafiły zająć się na dłużej jedzeniem jogurtu, tak jak moje, dzięki czemu mogę pisać bloga. Życzę wszystkim nie-rodzicom, żeby zdążyli zwiedzić kawał świata i byli szczęśliwymi, spełnionymi ludźmi, zanim wezmą się za robienie dzieci. A dzieciom życzę duuuużo mamy i taty. No to pa! Do zobaczenia w roku 2011.

Rozmowy W TOKU

Ruszyło się to i owo, ktoś w końcu dostrzegł, że na skrzynce mailowej sterczy moje rozpaczliwe wołanie o pomoc w postaci CV. Temat wiadomości zawsze w tym samym stylu, np. ,,praca- idealna kandydatka” albo ,,praca!!!!!!!!”, świadczyć ma to o nadziejach, jakie sobie robię, czyli że ktoś mnie w końcu do serca przytuli i zatrudni. Oczywiście na sensownych zasadach. Dziś byłam np. na rozmowie, co do której mam jedną pewność: marzę o tym, by okazało się, że wypadłam kiepsko. Manager, który ze mną rozmawiał, wyglądał na klasycznego buca: błyszczący śliski garniaczek, chuda dupcia, solarium aż waliło po gałach, a figlarnie postawione na żel kłaki uderzały nienaturalną czernią… No i ta mina: ,,Jestem zajebisty”. Zrobiło mi się licho, chciałam się wycofać mrucząc, że popełniłam pomyłkę, ale stwierdziłam, że będę dzielna. Okazało się, że mogłam spokojnie zwiać, bo pan manager nie wiedział nawet, iż jest z kimkolwiek umówiony… No tak, dzwoniła do mnie jego sekretarka, to skąd niby miał wiedzieć?! Póki co zapisał coś tam na moim CV – nie wiem co, ale pewnie coś w rodzaju ,,za niska”, ,,niezła dupa” albo ,,ma obrączkę- nie dzwonić”. W każdym razie nie wiem, czy w ostateczności zostanę tym doradcą klienta biznesowego, czy nie, bo na kontakt mogę liczyć dopiero po 1 listopada. Nie szkodzi. Już w środę idę na kolejną rozmowę – do jakiejś agencji reklamowej, na stanowisko pracownika biurowego, czyli jak mniemam, telefonicznego naciągacza, którego zadaniem jest namawiać przedsiębiorców, by dali sobie założyć hipersuperjaskrawą stronę www.
Ludzie, słucham mojej ukochanej, piosenki Jamala, z czasów studenckich, z czasów, gdy Marcinek dał się pocałować po raz pierwszy, he he… Nie wierzę, że kiedyś byłam bezdzietna! Ale ja nie o tym….
Ja o rozmowach kwalifikacyjnych. W ubiegły piątek odbyłam budującą rozmowę na temat współpracy z teatrem dla dzieci – i chyba coś z tego będzie. Środa już zaznaczona w kalendarzu. W sobotę pędzę aż do Gdyni, gdyż o moją krwawicę upomniała się także cukiernia! Wysyłałam te CV w takie miejsca, że aż sama się dziwię. Cukiernia, w sumie nie aż tak tragicznie. Ciekawe, czy dałoby się coś tam przemycić na chatę. Trzeba patrzeć przyszłościowo, więc myślę także o tym. Jeśli mogłabym wybierać, jeśli ktoś spytałby mnie, co chcę robić i mi wtedy taką pracę zaproponował, chciałabym pracować w bibliotece lub księgarni, agencja reklamowa (o ile miałabym jakąkolwiek moc decyzyjną, a nie tylko klikała bezmyślnie w kompa i w telefon) też nie byłaby zła. Ale szczerze to powiem tak: przede wszystkim chciałabym pracować blisko domu- niestety nie mogę za bardzo wybierać, na razie to ja jestem wybierana- albo i nie.

Przemyślenia letnie

Witam po dłuższej przerwie. Patrzę na ilość wyświetleń, ktoś jednak to czyta. Młode mamy, jeśli myślicie podobnie albo wręcz przeciwnie, odezwijcie się w księdze gości albo za pomocą dodania komentarza, przesuwacie się jak widma po tych moich wypocinach, wiem, że jesteście, ale śladu po sobie nie zostawiacie… No, zresztą, ważne, że w ogóle ktoś zajrzy raz na jakiś czas. Ja w końcu też zajrzałam. Skończyła się zła passa, mam więcej czasu. Oddałam już magisterkę do dziekanatu, wiele nerwów i przygód mnie to kosztowało. Felisia zaniedbywałam, parę razy puściły mi hamulce, efekt: jeden mały klaps, kilka krzyknięć, a potem depresja. Przeszło mi, gdy odkryłam niebywałą zależność: im bardziej ja byłam zestresowana, tym bardziej dziecko nieznośne. Postanowiłam więc bardziej się kontrolować, racjonalizować emocje, szukać odprężenia, poświęcać uwagę maluchowi – nawet gdy było to nieco udawane, bo moje myśli uparcie krążyły wokół pojęć takich, jak obrona, dziekanat, wersja elektroniczna, poprawki, komputer, drukowanie. Teraz już jest dobrze. Niebawem wybieramy się na festiwal rzeźb z piasku, może nawet uda się przekonać Felisia do kąpieli w morzu -niedawno dał sobie zamoczyć czubki paluchów u nóżek.
Upały trochę nas męczą, ale dajemy radę. Co jakiś czas tylko Feliś zaczepia obcych ludzi żałosnym ,,mniam mniam”, wskutek czego zwracają mi uwagę, że chyba głodzę dziecko albo muszę bronić swoich argumentów w starciu z leciwą damą, twierdzącą, że niezależnie od pogody maluch powinien być w skarpetach. Chadzamy na trójmiejskie imprezy plenerowe, których jest na prawdę dużo. Feliksa zachwycają pszczoły i dziecięce koncerty szopenowskie. Objada się ciastem na organizowanych w ogrodzie urodzinkach u cioci, ogryza udko z kurczaka na obiedzie u babci, pluje i płacze, gdy usiłuję go przekonać, że warzywna zupka w jego plastikowej miseczce to najlepsza rzecz pod słońcem. Okazuje zniecierpliwienie, gdy za długo stoję w kolejce na targowisku, rzucając czapką na imponujące odległości. Mruczy z rozkoszą ,,brum brum”, gdy tata kupi mu autko za napiwek od klienta. Fascynuje go świat motoryzacji, odróżnia autobus od tramwaju i wie doskonale, iż ten drugi nie ma nic wspólnego z ,,brum brum”. Czasem jednak napotyka trudności w zakwalifikowaniu roweru – raz jest to ,,brum brum”, raz nie.
Biegamy boso, słuchamy ptaków, wiemy, jak robi wrona. Ja od dawna, a mój synek… Jeszcze rok temu trudno było go posądzić o wiedzę na jakikolwiek temat. Teraz jest kompanem, członkiem rodziny, częścią społeczeństwa i… chyba gaworzy w łóżeczku, więc koniec pisania, początek wariowania!