Archiwa tagu: szczepienia ochronne

ZAWSZE

Zawsze komuś COŚ będzie przeszkadzało. Tak mamy skonstruowany ten piękny świat, że dwie rzeczy są na nim stałe: zmienność i różnorodność. Ale to właśnie one go ubogacają. Dlatego należy upatrywać w nich korzyści, nie zaś zagrożenia.

Z podwórka matki: karmienie piersią. Zawsze ktoś uzna, że natura wymyśliła to obrzydliwie. I ma prawo tak myśleć, nawet jeśli JA uważam, że to w pewnym stopniu chore. Osoba, która uważa, że karmienie piersią narusza jego prawo do podziwiania wyłącznie pięknych w jego mniemaniu widoków i snucia fantazji że wszystkie kobiece piersi służą erotycznym zachciankom facetów a wyglądają jak po lateksowym tuningu z domieszką fotoszopa ma pełne prawo się oburzać. Ale jest też ,,good news” w tej sytuacji- inni mają pełne prawo go olać.

Spanie z dzieckiem: z niewiadomych już zupełnie dla mnie przyczyn ludzie uważają że mają prawo nakazywać wręcz komuś spać z dzieckiem lub bez dziecka. Jest to dla mnie totalnie niepojęte. Zapytam dość trywialnie: dlaczego niektórym zależy aby pani F. przestała spać ze swoim 7- miesięcznym synkiem? Co na tym zyskają? Skąd ten pęd by państwa C. przekonać do współspania z rocznymi bliźniakami skoro maluchy od dawna całkiem szczęśliwie zasypiają w swoich łóżeczkach? Czy życie tych, którzy za tym optują zyska na wartości jeśli tak się stanie?

Pampersy i przewijanie dziecka: mimo nawoływań zwolenników tzw. wychowania bezpieluchowego raczej nie szykuje się rewolucja. Niemowlęta i małe dzieci prawdopodobnie wciąż jeszcze będą pakowane w pieluszki różnego rodzaju. Możemy sobie myśleć na ten temat co chcemy. Mało tego! Skoro pieluszki, to i przewijanie. I tu szok: dzieci noszą pieluszki w takim celu, aby nie pozostawiały po sobie kału i moczu gdzie popadnie. Dla jednych widok przewijanego dziecka to koszmar. Pomyślmy jednak co by było, gdyby pieluszek- pampersów czy jakichkolwiek innych by nie było? To byłoby dopiero powodów do oburzenia! I tu możemy znowu docenić różnorodność ponieważ zawsze można spojrzeć na sprawę z innej perspektywy i odczuć ulgę. Polecam.

Szczepienia. Ostatnio walka trwa. Zwolennicy szczepień ścierają się z przeciwnikami. Argumentów za i przeciw codziennie coraz więcej. I nie byłoby w tym nic nieprzyzwoitego, gdyby nie fakt, że ZNOWU ktoś komuś mówi, co ma robić. Każdy uważa się za autorytet w kwestii cudzego zdrowia, dziecka i jakości życia. Dlaczego?

Dlaczego tak jest, że rościmy sobie prawo do starań o ujednolicenie ludzkich wyborów? Zmieńmy perspektywę i zacznijmy wreszcie doceniać różnorodność gdyż to ona jest bardzo ważnym silnikiem ewolucji! Nie lubisz zielonego koloru- a jednak nie atakujesz ludzi wrzucających na fejsa foty w zielonych butach. Wolisz koty od psów- a jednak nie opluwasz na ulicy staruszka z pudelkiem na smyczy. Czas zrozumieć, że także w innych aspektach ludzki wybór, o ile nie wiąże się z bezpośrednim zadawaniem komuś krzywdy- jest suwerenny i nie podlega dyskusji. Chyba, że ktoś sam prosi o radę i ma w sobie tyle otwartości by usłyszeć cudzą opinię- ale to zupełnie inny temat.

Oczywiście mam swoje osobiste zdanie na różne tematy. Nie lubię tego i owego, a za tamtym i siamtym opowiadam się rękami i nogami. Jednak nie wyobrażam sobie wychodzić z inicjatywą ,,uświadamiania” ludzi którzy mają moje poglądy delikatnie mówiąc w d…e. Nie z obawy przed kontrargumentami a z szacunku do wyżej wspomnianej suwerenności. Nawet jeśli same wybory wydają mi się zgoła bezsensowne. Ale to czyjaś bezsensowność, nie moja. Wolę oszczędzać energię i skupiać się na tym, by na ,,swoim” poletku orać jak najlepiej potrafię. Za ewentualne plony lub ich brak będę mogła mieć potem pretensje tylko do siebie.

ZAWSZE znajdzie się ktoś kto skrytykuje nasze wybory. Jednak jest i ,,good news” w tej sytuacji. Możemy go olać. Bo również ZAWSZE znajdziemy kogoś kto nas poprze. I to kolejny ważny silnik ewolucji na który warto liczyć.

Karmiłam dziś piersią w miejscu publicznym…

To było tak: Felek był w przedszkolu, więc poszłyśmy se z Lulcią na małe zakupy. I zaczęło się już przy kasie. Chciałam zapłacić za trzypak bodziaków z promocji, ale moja córka nie doceniła gestu i uznała, że co innego jej do szczęścia potrzeba. Trzymana na rękach, zaczęła się do mnie dobierać. Pani ekspedientka wyglądała na młodziutką osobę, jej mina nie zdradzała zainteresowania tym, co się rozgrywa przy dekolcie płacącej za towar klientki, więc zestresowałam się dopiero po wyjściu ze sklepu. I tak- zajęłam najbardziej środkowe miejsce najbardziej środkowego środka centrum handlowego. Nie ze złośliwości czy dla indoktrynacji. Po prostu nigdzie indziej miejsca nie było, a pokoik z przewijakiem i krzesłem był na innym piętrze. Nie miałam czasu, poza tym  pomyślałam: mam specjalnie się pieprzyć windą, by dostać się  rejony kibli i wtapiać w tłum myślący o oddawaniu kału i moczu, chociaż chcę tylko nakarmić dziecko? Nie, nie dam się. Usiadłam. Wielki sweter pozwolił nie pokazać aświatu ni centymetra skóry, ale bałam się spojrzeń- wszak takie DUŻE dziecko! Ukradkiem zerknęłam, ile już moralistów nade mną pomstuje. Nie było żadnego. Nikt nie zauważył, nikt się nie zdziwił, nikt nie odwracał głowy w zakłopotaniu, Lila possała najpierw jednego cycka, potem drugiego, odczekała chwilę i znowu drugiego, po czym zajęła się cały czas trzymanym w łapce maślanym ciasteczkiem.

Bo jestem normalna. Moje dzieci chodzą ze mną niekiedy na zakupy, gdzie kupuję im w sieciówkach piżamy i bodziaki, a jak stękają, to i ciasteczka. Małe awanturuje się, gdy ma wejść do wózka, duże, że nie chce iść do przedszkola. Wcale a wcale nie jemy jaglanki na śniadanie. Po co ja o tym piszę? Bo chcę pokazać, że to, co niektórzy uznają za wynaturzenie, to właśnie jego przeciwieństwo. Reagujemy brakiem zaufania na to, czego nie znam. Dlaczego tak rzadko spotyka się  kobiety karmiące starsze dzieci, powyżej roczku, dwulatki, przedszkolaki? Dlaczego się boimy? Ja wiem, dlaczego. Jednak, kiedy ktoś sugeruje mi, że może nadchodzi czas odstawienia Lulci, nie przejmuję sięi robię swoje. Szlag mnie tylko trafia, gdy na bardzo znanym ,,dzieciowym” blogu znajduję gloryfikację butli. To znaczy może nie gloryfikację, ale wprost napisane, że tak na prawdę nie ma różnicy, czym karmimy dzieci. Czytają to tysiące niepewnych siebie matek dziennie. Które,jak ja kiedyś łapią się na hasła typu: ,,Naturalne karmienie ma znaczenie tylko wtedy, gdy dziecko jeszcze nie je stałych pokarmów”, ,,mleko modyfikowane to idealny zastępnik mleka matki”, ,,karmienie naturalne to dla kobiety ograniczenie” itd, itp. Wiem aż za dobrze, jak to jest, bo miałam inne podejście niż dzisiaj jeszcze 3 lata temu. Dopiero po urodzeniu Lulci coś mnie tknęło. Jak każda niewierząca w swoje możliwości matka jeszcze w ciąży zaopatrzyłam się w pakę nanu czy innego bebika, ,,jak by co”. I pewnego dnia, pijąc rano kawę (Lulcia była malusia, więc wciąż byłam przekonana, że maksymalnie pół roku pokarmię i do widzenia), przyjrzałam się składowi owej paki. Przy taurynie zasłabłam. Kojarzyłam, że to składnik red bulla. Silnie pobudzający i niekiedy uzależniający. Raczej nie polecany jako element diety niemowląt. Resztę, ile zrozumiałam, tyle posprawdzałam w internecie. Ogarnęła mnie zgroza. Ale pomyślałam: jak odstawię, od razu dostanie mleko krowie, żadnych tauryn. Więc to jeszcze nie było to. Tymczasem karmiłam i Lulcia dobijała półrocza. Mój mąż był w Anglii, więc nie mając pomocy, uznałam, że póki co pokarmię jeszcze, a skończę, jak ponownie się zejdę z Marcinkiem. I na etapie tej decyzji wzięłam udział w internetowej dyskusji na temat kilkulatków przy piersi. Ja wtedy na prawdę nie miałam pojęcia, że tak się w ogóle zdarza, dla mnie to było zboczenie. Pisałam, co o tym sądzę, odezwały się matki karmiące dzieci w wieku przedszkolnym, trochę ich było. Słały linki, nawiązałyśmy kontakt prywatnie. Byłam w szoku, mimo różnicy zdań traktowały mnie z  ciepłem i szacunkiem. Pomyślałam: to ze mną jest coś nie tak. Czytałam zatem o tym, że tak na prawdę w naszym kręgu kulturowym trwa nagonka na karmienie naturalne. Że koncerny produkujące mleko w proszku opłacały lekarzy i położne, by wmawiały kobietom, że ich pokarm jest niepełnowartościowy. Wciąż nie chciało mi się wierzyć, tłumaczyłam sobie, że to jakaś schizofrenia. Aż nie poszłam z siedmiomiesięczną Lulcią na szczepienie do przychodni. Ponieważ córcia miała jakieś uczulenie na nóżce, pani doktor zapytała, jakie mleko jej podaję. Odparłam, że wciąż karmię. Doktorka przekrzywiła głowę i zrobiła sztucznie zdziwioną minę. Zaczęłam rozumieć. Po kilku dniach napisała do mnie znajoma, że właśnie odstawia półroczne dziecko od piersi, bo tak jej nakazano w szpitalu (małe miało nawracające uczulenia). Nagle takie sytuacje w moim otoczeniu zaczęły wręcz się sypać. A to koleżanka nie podjęła się karmienia noworodka zupełnie, bo jej mama wmówiła w nią, że z wcześniakiem (zdrowiutki, ale urodzony kilka tygodni przed terminem) musi co do mililitra wiedzieć, ile pochłania, a to zapewni wyłącznie butla. A to położna na pytanie o rozszerzanie diety zaczęła odpowiedź od tego, że piersią karmi się półroku, bo potem dziecko się uzależnia. Byłam przerażona. Czytałam coraz więcej i zdobyłam pewność, że zdecydowana większość przypadków karmienia maluszków butlą to NIE JEST żaden wybór kobiety, ale wynik manipulacji, agresywnej reklamy, braku wiedzy, braku pewności siebie, skorumpowania personelu medycznego. My matki, dyndamy na końcu informacyjnego łańcucha pokarmowego. Internet to niewiarygodna głębina, gdzie niedoświadczeni nurkowie łatwo biorą stary kalosz za skrzynię skarbów. Chłoniemy każdą informację, która pozwoli nam się lepiej poczuć- czyli odpowiadać na ,,potrzeby” konsupcjonistycznego świata. Wtedy czujemy się docenione- jak mimo potwornego zmęczenia uda nam się wyjść na imprezę raz w tygodniu (chociaż instynkt podpowiada raczej spać w tym czasie), schudnąć do rozmiaru sprzed ciąży w ciągu paru tygodni po porodzie. Licytujemy się, jak bardzo nie potrzebują nas nasze własne dzieci. Jeśli któreś za bardzo potrzebuje, to nasza wina, bo chowamy maminsynka, który se w życiu nie poradzi. A gdzie miejsce na relację? Na odwagę, by przyznać się: CHCĘ NAJLEPIEJ DLA MOJEGO DZIECKA I DAJE MI TO SPEŁNIENIE? Nie wypada tak mówić. Nie wypada gloryfikować bliskich relacji. Nie wypada karmić powyżej pół roku a publicznie w żadnym wieku. To wszystko z tego wynika. Odważmy się temu sprzeciwić.

Trzy sprawy które dały mi siłę

Z oczywistych względów nie opisuję wszystkiego, co się u nas dzieje, a dzieje się dużo. Dwa razy w tygodniu przedszkole (3 godz.), spotkania w grupie polskich rodziców, kontakt z organizację wspierającą naturalne rodzicielstwo, rytmika dla maluszków… I mnóstwo okazji do obserwacji. Ale jakoś tak nie czuję potrzeby dzielenia się wszystkim. Natomiast lubię dzielić się odczuciem ,,mocnego uderzenia”- tym, co mnie poruszy w duchu jako mamę. Otóż dzisiaj miałam aż trzy takie sytuacje, wszystkie z samego rana!

Zaprowadziłam Felka do przedszkola, on stara się być bardzo dzielny, ja staram się wspierać i jakoś idzie, chociaż bez łez się nie obywa. Ale histerii nie ma. Natomiast ostatnio żalił się, że ,,pani była zła i na niego ksycała jak siedział na kiblu”. Podał sporo szczegółów tej sytuacji. Wkurzyłam się okropnie, najbardziej na własną bezsilność. Że jednak mnie tam nie ma, nie widzę, nie mogę pomóc. Ale postanowiłam sprawę wyjaśnić, chociaż nie wierzyłam, że pani na prawdę krzyczała. Pewnie w hałasie mówiła głośno, a Felonek tak to odebrał. W każdym razie chciałam paniom dać do zrozumienia, że kontakt z dzieckiem jest i żeby uważały na to jak mówią, bo wrażliwsze dzieci mogą się po prostu bać. Poszłam do pani i powiedziałam. Ręce mi się trzęsły, głos mi się trząsł, nie jestem na prawdę kłótliwa, boję się wyjść na przewrażliwioną wariatkę, mój angielski nie jest perfekcyjny… Tak ciężko czasami ubrać mi w angielskie słowa to, co czuję, wybieram więc najprostsze. Tak było i tym razem. Pani była niezmiernie zdziwiona. Tłumaczyła, że hałas, że niemożliwe, że coś tam, co w sumie mnie nie zaskoczyło. Rozmowa przebiegała a sympatycznej atmosferze, chociaż ja tam prawie zawału dostawałam przy każdym zdaniu. Ale najważniejsze że ta rozmowa miała miejsce. Punkt dla mnie, dodało mi to skrzydeł.

Potem byłam w recepcji zapisać się z maluchami na Mikołajki, organizowane w ,,naszym” Children Centre. Przy rejestracji dziecka do systemu placówki należy podkreślić, jak długo było karmione piersią (niesamowite, co?)- wcale, 6 tygodni, 3 miesiące, pół roku czy rok. Felek już od dawna funkcjonuje w systemie, ale musiałam wpisać Lileczkę. ,,I still do it”- mówię, podkreślając opcję ostatnią. Pani recepcjonistka aż rozpływała się w pochwałach pod moim adresem.  Kolejny punkt. Wyszłam na prawdę podjarana:)

Jeszcze tylko przychodnia. Dostałam list, że mam przyjść z Lileczką na szczepienie tego i tego. Tu nie trzeba szczepić dzieci, jest to wybór rodziców. A jednak, przed poinformowaniem o naszej decyzji ,,na nie” w przychodni, odczuwałam okropny stres. W końcu poszłam, powiedziałam, że dostaliśmy wezwanie, mamy być, ale nie chcę szczepienia, więc pewnie powinnam z kimś o tym porozmawiać. Pani w recepcji przyznała mi rację, zupełnie bez zdziwienia, oceny, krytyki, namawiania, czegoś tam… Powiedziała, że mam przyjść na tę wizytę, dziecko będzie zbadane, podpiszę coś tam i już. Nic się nie stało. Nie pękło niebo. Trzeci punkt. Nie wierzę, że to wszystko jest takie proste! :)