Archiwa tagu: szkoła

Unschooling w praktyce

Już dawno nie głosiłam żadnych (anty)edukacyjnych herezji. To dlatego, że bobas tymczasowo zdominował tematykę. Dzisiaj jednak dosyć mocno o tym myślałam- o nauce, szkole, przedmiotach szkolnych… Trudno tak zupełnie odciąć się od tego typu rozważań. Nasza kultura wciąż mocno (i pewnie jeszcze długo to potrwa) osadzona w logosie… Słowo pisane (najlepiej przez wykształconego mężczyznę!) i jego znajomość to podstawa wartości ludzkiej jednostki. ,,Na początku było słowo”… A może nie? Może na początku właśnie było to ,,podrzędne” słowu ciało, uczucie, bliskość?

Wszystko w co wierzę mówi mi, że tak.

W pewne rzeczy natomiast nie wierzę.

Nie wierzę, że naukę życia warto zaczynać od znajomości liter i cyfr. Dziecko komunikuje się z nami jeszcze zanim się urodzi. Potem jego znaki są bardzo czytelne, bardzo też wyraźne i niecierpliwe w oczekiwaniu na odpowiedź. Jak zatem możemy ośmielać się na twierdzenie, że dziecko należy ,,uczyć” komunikacji? Poprzez zmuszanie go do rozumienia słowa pisanego zanim jego umysł jest na to naturalnie gotowy? A kiedy jest?- ktoś zapyta. No wtedy, kiedy…. jest. Jeśli dziecko czyta i pisze w wieku 4 lat, to znaczy że wtedy właśnie. Ale inne dziecko może dorosnąć do tej rewolucji w wieku lat 10 i nie widzę w tym najmniejszego problemu. Problem widzę jedynie w tym, że ktoś sobie ubzdurał, że wszystkie dzieci powinny uczyć się czytania i pisania w jakimś uśrednionym tempie w uśrednionym wieku na tych samych materiałach. To jakby wiąć wszystkie dziesięciomiesięczniaki i zmuszać je wszystkie razem do nauki chodzenia z użyciem jakichś przyrządów. A o tych, którym by to ,,nie szło”, mówić, że coś z nimi nie tak.

Nie wierzę, że ,,akademickość” z jaką traktujemy nasze dzieci w szkołach w jakikolwiek sposób jest w mocy przyczynić się do ich lepszej przyszłości, cokolwiek przez nią rozumiemy.

Nie wierzę, że wiedza jest ważniejsza niż dobrostan emocjonalny. Nigdy w to nie wierzyłam. Aktualnie, wychowując trójkę dzieci, realizuję to, w co wierzyłam jako dziecko, nastolatka i młoda mama. Jestem zwyczajnie do znudzenia konsekwentna w swoich przekonaniach. Teraz po prostu mam więcej odwagi o tym głośno mówić, pisać i bez poczucia winy rozmawiać.

Nie wierzę, że dzieci potrzebują czegokolwiek innego, niż miłość i wolność w eksplorowaniu świata. Otoczone miłością nie są narażone na ryzyko związane z wolnością.Z miłości wynikają też wszelkie funkcje opiekuńcze a co za tym idzie- zdrowie. Nie ma dla mnie nic ważniejszego niż zdrowie moich dzieci, w ujęciu holistycznym oczywiście.

Czasami czuję się przytłoczona. Ostatnio miałam wrażenie, że to po prostu nie może działać. Dzieci interesują się jakimś tematem… Drążą, pytają. Ja po nocach szukam odpowiedzi. Dokształcam się. Planuję wycieczki, kupuję książki… A one po kilku dniach zdają się nic nie pamiętać, nie wiedzą o czym mówię… Zastanawiam się wtedy: po co to wszystko? Czy oni mnie nie szanują? Pytały o to, co to znaczy wierzyć w Boga i dlaczego Bóg dla każdego może oznaczać co innego. Przerabiamy zatem religie świata…. Czytam im o nich codziennie na ICH prośbę! Zaczynam wiedzieć o tych religiach wszystko….. A oni nadal nie widzą różnicy między Mahometem a Marcinem Lutrem… I na wieść o tym, że Muzułmanie nie jedzą wieprzowiny, zaczynają wywód pozornie zupełnie nie powiązany z tematem…. O parówkach… BOŻE zmiłuj się.

Ale czy to właśnie o to nie chodzi?

Żeby zapewnić? Udostępnić, pokazać, rozłożyć, zawołać- a one już same wybiorą co z tym zrobić?

Jak w metodzie BLW- oferuję…. A czy weźmie, czy zje, czy połknie, czy tylko powącha, przeżuje, wypluje albo i nawet na frykasy nie spojrzy- to już jego WYBÓR…. Jego ciało wie, czy w danej chwili kiwi albo brokuł to dobry pomysł… Czy może lepiej właśnie teraz ukraść kawałek pizzy z talerza siostry… WIE.

Tak samo wierze, że ich mózgi WIEDZĄ, co jest dla nich przydatne, co okaże się inspirujące, rozwijające… I biorą tylko to co chcą z tego, co udostępnię. A jeśli nic im z tego nie pasuje, sięgną dalej… Wezmą to, co uważałam, że może nie dla nich. Bo WIEDZĄ lepiej.

 

 

Zmiana pieluszki

Trafiliśmy dzisiaj trochę przypadkiem na czadowy homeschoolingowy piknik! Zabrałam Felka i Gucia, Lila wolała zostać z tatą w domu. Była to parkowa imprezka pod znakiem wymiany kart lego (dzieciaki wszekich roczników szaleją ostatnio na ich punkcie, kolekcjonują je i wymieniają się) ale nie wiedzieliśmy za bardzo kogo się spodziewać i czy przyjdzie ktokowiek znajomy poza najlepszym przyjacielem Felka. Dylematy towarzyskie nie trwały długo, bowiem niemal od razu zbiegła się ogromna grupa mam (był tam obecny aż jeden tata) z nieprzebranymi czeredami dzieciaków w różnym wieku- normą były trójki i czwórki rodzeństwa! Felek od razu wdrożył się w temat i praktykował angielski w handlu kartami– było to bardzo intensywne!

Jedna z mam poszła w pewnej chwili po kawę zostawiając swoje dzieci- ośmiolatkę, trzylatka i dwuletnie bliźniaki pod kuratelą piknikowej reszty. Oczywiście niewiele czasu minęło i jeden z najmłodszych zaczął rzewnie płakać. Kilka kobiet usiłowało go uspokoić, chciałyśmy iść z nim do mamy, oferowałyśmy picie, jedzenie, wzięcie na ręce, ale to tylko pogłębiało rozpacz. Nagle głos braciszka dotarł do zajętej wymianami starszej siostry. Pewnym krokiem podeszła do malucha i powąchała go. ,,Trzeba mu zmienić pieluchę”- orzekła bez cienia konfudacji. Przypadłyśmy do niej z zamiarem pomocy, ale spojrzała na nas zdziwiona. Sytuacja trwała sekundy- dziewczynka wzięła małego na ręce, położyła na kocyku i zmieniła pieluszkę trzema wprawnymi ruchami… Patrzyłam na to zauroczona, pełna podziwu który również werbalnie wyraziłam, ale dziewczynka zupełnie sobie nic z tego nie zrobiła. Inna, mniejsza, sześcioletnia, zapewniła mnie wówczas, że i ona umie zmienić pieluszkę i często to robi- a jej siostrzyczka ma 17 miesięcy….

Niby nic takiego, co to za problem wziąć i zmienić pieluchę. Żaden. Było jednak coś zachwycającego w tym, jak naturalnie tym dziewczynkom przychodziła REALNA pomoc mamie i opieka nad młodszym rodzeństwem. Coś o czym jedynie czyta się w książkach typu ,,W głębi kontinuum”… I co przywodzi na myśl że ,,szkoda że teraz tak nie jest”… Bo niby dzieci rozpieszczone, zaniedbane rodzinnie, w separacji od młodszego rodzeństwa, uczące się ułamków i ortografii zamiast życia, pozbawione zaufania dorosłych, którzy też za wszelką cenę nie chcą ,,obarczać” potomstwa żadnymi obowiązkami. A one…Te małe dziewczynki… Wyobraziłam je sobie za 20- 30 lat jako mamy, które nie będą patrzeć na swoje noworodki bezradnie, szukajac instrukcji obsługi. O ile kroków dalej są od tych, które przed porodem nigdy nie będą miały okazji zmienić pieluszki? Ja byłam taką mamą… Pierwsza pieluszka jaką zmieniłam, drżącymi rękami oczywiście, należała do mojego synka i zarówno to, jak i wiele podobnych ,,problemów” przytłaczało mnie okrutnie… A przecież to takie nic. Szkoda tylko że nie było przy mnie żadnej sześciolatki na homeschoolingu która by mi mogła wszystko pokazać i wytłumaczyć.

 

 

Dzieci, którym współczuję

Chciałabym napisać o czymś, co ukłuło moje serce. Czymś, na co spojrzałam z kilku stron a jedynym wnioskiem który mi się nasunął to jeszcze bardziej gruntowne ugruntowienie się w pewności, że moje dzieci do szkoły nie pójdą. Pewnie nigdy.

Jechaliśmy w odwiedziny autobusem, kiedy na jednym przystanku weszła do pojazdu cała szkolna wycieczka dzieci w wieku 7-8 lat. Felitkowy przedział. Moje małe zwróciły na grupę pozytywnie ukierunkowaną uwagę.

Niestety nie działało to w dwie strony, ponieważ nagle jeden z chłopców zaczął wyśmiewać Felka. Działo się to krótko, gdy dzieci już wychodziły, zdążyłam jednak zanotować nieprzychylne komentarze oraz wymianę na ten temat zdań z kolegą oraz lakoniczną reakcję nauczycielki. Felek spojrzał na agresora zdziwiony, potem na mnie i widząc mój, intencjonalnie wspierający uśmiech, uśmiechnął się trochę niepewnie. Wycieczka wyszła.

Nikt z nas nie poruszał tematu. Myślę i widzę że te moje sierotki zupełnie nie biorą takich sytuacji do siebie, nie przyjdzie im do głowy, że ktoś może po prostu, bezrefleksyjnie i bez sensu naigrawać się z kogoś innego. Nie byli nigdy ani ofiarami ani prowokatorami takich zdarzeń.

Jednak mnie coś mocno zabolało, bo ja bywałam, zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Chodząc przez lata do szkoły nie dało się inaczej.

Gdy upewniłam się, że moje dziecko nie doznało żadnego psychicznego uszczerbku, zalała mnie fala współczucia dla TAMTEGO chłopca. Ile musiał widzieć, słyszeć, czuć i doświadczyć jakiejś posranej agresji przed ukończeniem 8 roku życia, żeby teraz, gdziekolwiek nie jest, zupełnie bez celu atakować innych? Co działo się w życiu tej niewielkiej istoty, że pierwsze co dostrzega w innym człowieku to coś, co należy wyśmiać i poniżyć, żeby przypadkiem samemu nie stać się celem ataku jako pierwszy? Co nienaturalne skupiska dzieci jak szkoła, gdzie do jednego worka wrzuca się bez żadnej kontroli kilkaset niewinnych stworzeń i biernie czeka na rezultaty (z reguły opłakane) robią z tą bezbronną delikatną psychiką? Przeszedł mnie dreszcz.

Dotarło też do mnie, jak bardzo moje i im podobne dzieci byłyby bezbronne w ewentualnej konfrontacji. Nie mają domu w którym mogą uczyć się zaczepnych odzywek, reagowania na przemoc, upokarzania, ani szkoły, w której mogłyby je bezkranie trenować. Może to lepiej, że unikają takich sytuacji przynajmniej do pewnego wieku. A potem, w dorosłym życiu, wchodząc w samodzielność, może zupełnie odruchowo używać będą wewnętrznej mądrości, którą posiadają. Na to liczę. Pewnie ktoś pomyśli, że trzymamy dzieci pod kloszem i że nie jest to dla nich wcale dobre. Nie wiem. Wolę zapewniać im ten klosz, tak jak czyni to ogrodnik który nie chciałby narazić swoich ukochanych wypieszczonych róż na zadeptanie przez bezmyślny pędzący donikąd tłum.