Archiwa tagu: unschooling

Piękni ludzie, piękny świat

Tytuł tego wpisu nawiązuje do jednej z moich ulubionych piosenek z młodości. EastWest Rockers. To były czasy. Człowiek myślał, że całe życie będzie tylko jeździł z imprezy na imprezę i podróżował pracując od czasu do czasu żeby zarobić na to pieniądze. No, nie wiem, czy człowiek, ale ja tak myślałam :)

I potem coś się stało. Urodził się synek, potem córeczka a świat wydał się nieprzyjaznym miejscem. Nie dlatego, że dzieci przedstawiały sobą jakieś nadzwyczajne problemy, lecz dlatego, że społeczeństwo jakie znamy, to w swoim najbardziej podstawowym mainstreamowym wydaniu nie daje żadnego wsparcia młodym rodzicom (moje dzieci właśnie kwiczą ze śmiechu słuchając audiobooka ,,Dzieci z Bullerbyn” chociaż zaraz wybije północ a ja dopiero co wypełniłam aplikację do zamieszkania w komunie w Kornwalii. Never give up!). Ale rozważania na ten temat, wierzcie mi, obfite, mam już za sobą. Chcę mieć więcej dzieci i w dupie mam co społeczeństwo uważa na ten temat. Bo swoim życiem i dobrostanem mojej rodziny zamierzam kierować w taki sposób aby mi łaska i politowanie społeczeństwa nie były do niczego potrzebne.

Nie tego społeczeństwa na którym chciałam polegać, ale się zawiodłam kilka lat temu.

Niebawem jedziemy do Walii w gościnę do kolejnych poznanych na FB unschoolersów. Troje dzieci, domek na zadupiu, autobus przerobiony na chatę dla gości, rodzice zaangażowani w ruchy alternatywne. Jak nam się spodoba, to wynajmiemy coś w ich okolicy. W czasie jak będziemy tam na miniwakacjach, w ,,naszym” mieszkaniu będzie rodzinka z Francji, mama podróżuje z dziećmi edukowanymi w domu, nie mają kasy a chcą zwiedzić Londyn. Nie znam ich i pewnie nie poznam. Ale pozwalam im spać w swoim łóżku za darmo.

Tego samego miesiąca prawodopodobnie pojedziemy też do wyżej wspomnianej komuny w Kornwalii. Popatrzeć, pogadać, spędzić z tymi ludźmi trochę czasu. Boże święty a kiedy żyć, jak nie teraz, dzieci coraz starsze i jak mamy ich nauczyć ufności i miłości do ludzi jak nie dając się temu porwać w całości, bez reszty i setek ,,ale”.

Wydaje mi się, że świat potrzebuje radykalnych zmian aby jakiś czas jeszcze funkcjonować i że te zmiany muszą nastąpić w naszych głowach i sercach, no nie ma innej opcji. A, jeszcze na Majorkę lecimy. Też do unschoolersów w gościnę. Postanowiliśmy bowiem trzymać ze swoimi. Stworzyć swoje ,,społeczeństwo” które głównie opiera się na wzajemnej trosce, szacunku, podziwie, radości i poczuciu wspólnoty. Tym niesamowitym uczuciu, że jest się częścią czegoś dobrego.

 

Wieczór ,,dla siebie”

Niech was nie zwiedzie tytuł tego wpisu…

Właściwie to siedzę już tylko dla samego siedzenia. Dzisiaj przyjaciółka napisała mi, że korzystając z choroby, siedzi pod kocem i czyta mojego bloga po raz trzeci od początku doświadzając różnych uczuć. Rozczuliło mnie to, ale i dało do myślenia. Oto moje wnioski:

1. Jestem tym samym człowiekiem, jakim byłam zawsze, ale jestem zupełnie inną mamą niż byłam dziewięć czy nawet pięć lat temu. Doskonale pamiętam to, jak zaczynałam swoją macierzyńską ,,karierę” i tę pisaninę. Byłam jak poraniona samica usiłująca chronić potomstwo na ślepo przed trudnym do określenia zagrożeniem. Dzisiaj wiem, że tym zagrożeniem jest pochramolona zachodnia cywilizacja która gloryfikuje ,,wartości” takie jak materialne bogactwo, intelekt, technikę, panowanie nad naturą; ośmiesza natomiast wszystko co ,,miękkie”, ludzką uczuciowość, symbiozę gatunków, współpracę, szacunek do planety. I już nie gryzę wszystkiego co się zbliża w desperackim akcie zasłonięcia młodych własnym ciałem przed złem, bo wybrałam dobro i chociaż jestem nadal świadoma, że zło dominuje, przynajmniej w naszym kręgu cywilizacyjnym, to jednak wierzę, że ingeruje ono w nasze życie na tyle, ile pozwolimy mu ingerować.

2. Nie ,,jaram się” macierzyństwem. Własnym ani cudzym. Nie oceniam innych matek, jak to czyniłam niegdyś namiętnie, bo sama czułam się niepewnie. Dzisiaj wiem, że jak toddler nie przesypia nocy, domaga się cyca jakieś sto razy na dobę, ogląda bajki, zjada lizaki znalezione za kanapą pogubione przez starsze rodzeństwo po halołinie i nosi używane buty, to nie rzutuje to na jego rozwój psychofizyczny, a przynajmniej nie w stopniu w jakim sugerują tzw. specjaliści. Dzieciowe artykuły, także te z fajnych portali, które kiedyś traktowałam jak prawdy objawione, nie wzbudzają we mnie dzisiaj większych emocji niż reklama wakacji na Teneryfie (owszem, fajne, ale w sumie co mnie to. Życie sprawia, że zamiast tam, jadę w błoto Devon pilnować psów znajomych z grupy, a jakże Edukacja Naturalna Dziecka!).

3. Pewne rzeczy są dla mnie tak oczywiste, że nie chce mi się nawet tego akapitu poświęcać na opisywanie ich. Szybko, bo wieje nuuuudą: pieluchy wielorazowe, unschooling, noszenie, karmienie piersią do samoodstawienia, zaufanie do naturalnej odporności dzieci…….Itd, itp….Ani raczej nigdy w tych kwestiach nie zmienię zdania, ani nie zamierzam kogoś do niego przekonywać! Róbta co chceta!

4. A jednak, jak mnie paniusia na playgrupie dla bobasów ochrzaniła, że edukuję dzieci domowo (wyznałam jej to bo najpierw ni z gruszki ni z pietruszki, zupełnie z dupy, bo poznała mnie minutę wcześniej, opisała mi szkolne traumy swojego pięciolatka) bo się poddałam i muszę wiedzieć, że popełniam błąd, nie poczułam się atakowana, a jedynie strasznie mi się zrobiło jej żal. I wydała mi się przybyszem trochę z innej planety. Wątku jednak nie kontynuuowałam. Bo o czym tu gadać z kosmitami? Parę lat temu zapewne usiłowałabym ją przynajmniej przekonać do swojej świętej racji.

5. Mam dużo pracy. Kiedyś całym bez reszty moim światem była dwójka małych dzieci. Teraz lubię to, że jestem zajęta jako doula i nadal fascynuje mnie wszystko co z tym związane. Uważam, że start w macierzyństwo, start pełen oksytocyny, optymalne warunki porodu, skóra do skóry, karmienie piersią noworodka to zasady jakich należy się trzymać, bo tak powoli, powoli, naprawia się ten rozklekotany świat. Ludzie, których bazą jest miłość sprawią, że w przyszłości coraz mniej osób będzie doświadczać bólu o jakim wspomniałam w punkcie 1. I takich ludzi rodzić się będzie coraz więcej. Jako doula mam swój malusieńki wkład w to i nadaje to sens mojemu życiu jeszcze większy, tak czuję, niż pozwoleniu dziecku na taplanie się w błocie w listopadzie (aczkolwiek i to ma swoje niezbywalne znaczenie!).

6. W przeciwieństwie do Marysi sprzed lat, na którą macierzyństwo spadło gdy zupełnie nie była na to gotowa i to w stężeniu zupełnie nie do normalnego ogarnięcia, jestem Marysią, która wie czego chce i nawet czasami znajduje chwilę żeby zadbać o siebie. Pójść do osteopaty czy do teatru. Mam troje dzieci, a decydując się na to trzecie, robiłam to z całą gotowością i teraz fakt, że jest ono niemiłosiernie niegrzeczne, nie sprawia, że czuję, że zawiodłam, że to mnie przytłacza, że powinnam ten przypadek z kimś skonsultować albo chociaż wyżalać się na blogu. Gucio jest intensywny i rozpieszczony, takiego go uwielbiam i takiego chętnie zostawiam z tatą jak jadę na spotkanie z klientką :) Wiem też, co też jest znaczącą różnicą w stosunku do mojej wcześniejszej świadomości, że to MINIE. Już za chwilę nie będzie awantur w sklepie o zakup dwunastu identycznych opakowań kredek ani o to, że chce ubrać majtki na spodnie czy Felka buty na miasto! Ale będzie nudno. Wtedy pewnie postaramy się o czwarte :)

Tak więc…. Wieczór ten zamierzałam poświęcić na updejtowanie mojej doulowej strony internetowej, bo zachęcona nowymi klientkami postanowiłam podnieść znowu cenę i uatrakcyjnić opisy usług; skończyło się na Mamie na Puszczy. Tylko że ja już dawno nie czuję się jak ten wołający na puszczy (stąd nazwa bloga! Zaczynając go pisać miałam ochotę wyć żeby ktoś mnie usłyszał, przyszedł, pokazał się, że ,,też tak ma”).

A jutro idziemy na pokaz światełek w parku….