Archiwa tagu: wychowanie

Szuflady

Guciutek uwielbia robić to, czego nie powinien. Myślę, że nie jest w tym wyjątkowym dziesięcioipółmiesięczniakiem. Ostatnio jesteśmy w Polsce u moich rodziców i mojego synka zafascynowały szuflady pełne skarbów typu majtki albo klocki starszej kuzynki.

Więc z lubością otwierał te szuflady i wyciągał wszystko co się dało. Niestety po niedługim czasie zauważył, że szufladę można także zamknąć.

Zabraniałam bawić się szufladami Felkowi, zabraniałam Lili gdy byli w tym wieku. Przy Guciutku postanowiłam ograniczyć niepozwalanie do minimum. Szuflady w moim mniemaniu w tym minimum się nie mieszczą.

Oczywiście po kilku próbach przyciął sobie paluszek. Po kilkunastu sekundach płaczu zrobił to samo z drugą szufladą i sytuacja się powtórzyła. I tak w kółko. Za każdym razem Guciutek płakał a ja go pocieszałam, tuliłam i całowałam. On wtulał się we mnie łkając a potem szedł do szuflad… Aż zrozumiał czym to się będzie kończyć.

Wolę być mamą tulącą niż niepozwalającą. Wolę być tą, która niewzruszona patrzy na nieuniknioną krzywdę która czeka na dziecko podejmujące takie a nie inne wybory. Mogę powiedzieć czym to grozi. Mogę napomknąć, że to samo robiłam i też się nacięłam. Ale nie mogę zabronić, zamknąć za bramką albo w kojcu, karać za to, że dziecko czuje przymus samodzielnego przekonania się co jest w środku. Muszę widzieć zbliżającą się katastrofę i trwać w czekaniu na nią a potem dać miłość. To bywa trudne. Ale jakie wzmacniające dla wszystkich.

Zostawił w końcu te cholerne szuflady w spokoju :)

Muzeum Zoologii

Zabrałam dzisiaj starszaki do Muzeum Zoologii. Muzeum jak muzeum, czaszka ocelota, ucięta głowa psa w formalinie, układ nerwowy gołębia i oskórowane myszy. Lila zachwycona, Felek sobie rysował. Dzień jak wiele innych SPRZED Guciutkowej ciąży…

To, co warte napomknięcia to fakt, że pojechałam tam bez Guciutka który na ten czas został z tatą. Prawie 5 godzin! Nikt w związku z tym nie przeżył żadnej traumy.

Jestem szczęślliwa. Po prostu bardzo jestem szczęśliwa i dumna, spokojna i pewna swoich decyzji. Trzecie dziecko a ja dopiero teraz ośmieliłam się wychowywać je i opiekować się nim tak, jak czuję, że należy, a nie żeby komuś się przypodobać. Nie chciałam zostawiać malusia póki oboje nie czuliśmy że to dobre i nie zostawiałam. Poczułam, że przyszedł na to czas i to robię. Proste jak drut, a ile satysfakcji daje! Owszem, Marcinek miał pewne trudności z uśpieniem synka, ale cóż mogę rzec…. To dlatego, że właściwie zawsze robię to ja. Przełamanie rutyny musi wiązać się z jakimś bólem. I potem ten ból mija, bo dziecinka uczy się, że i przy tacie można poczuć się wystarczająco bezpiecznie by zasnąć bez awantury. Bo tata też prowadzi aktywną politykę niezostawiania płaczącego dziecka, ale też nie ulegania awanturom. Gdy Guciutek płacze z jakiegokolwiek powodu którego nie pojmuję, po prostu jestem przy nim. Nic oprócz tego nie robię i polecam tę metodę bo nie ma nic trudniejszego dla takiego maluszka jak uczynić go pępkiem świata- one zwyczajnie nie są gotowe na to, by brać na siebie TYLE, taką odpowiedzialność. Świat, nawet świat ,,tylko” własnych rodziców, to bardzo dużo.

Bobaski funkcjonują najlepiej wtedy, gdy się je kocha i szanuje ich potrzeby, jak również etapy rozwoju, nie zakłócając ich. Nie potrafią się odnaleźć w sytuacji, gdy dorosłe osoby na siłę usiłują się do nich dostosować. Nie mogą tego podnieść i buntują się w mniej lub bardziej spektakularny sposób. To one chcą do nas lgnąć, nie my do nich. To one ,,wpasowują się” w naszą rzeczywistość, tą, jaką zastały przy urodzeniu, bo to od początku istnienia rasy ludzkiej był warunek ich przetrwania. A my mamy kochać. Mało, co? A mówią, że rodzicielstwo to ciągła orka na ugorze. Nie, gdy się tę prostą prawdę przyjmie.

Na zakończenia napiszę, że Lila pojechała dzisiaj na noc do swojego chłopaka. Słodkie te dzieci jak milion chałw z cukrem!

 

 

 

Królowa (nie)ogarniania

Ostatnio każdy dzień szedł jak po grudzie. Zaczynał się płaczochaosem i tymże się kończył. Zaczęłam czuć się naprawdę beznadziejnie. W barku rozgościł się ostry ból, niechybna oznaka stresu i presji. Już nie wiedziałam, czy to ząbkowanie czy ja po prostu się nie nadaję. Raz nawet skapitulowałam i dałam niespełna pięciomięsięczniakowi bułkę do żucia :D Natychmiastowe uspokojenie się na 10 minut- kto by nie skorzystał?! Oczywiście wcale się tym nie chwalę i nie namawiam innych do stosowania…. Próbuję jedynie pokazać że było na serio kiepsko.

Ale dni takie jak dzisiejszy dodają mi pewności siebie i nawet radości w życiu (dzięki niej bóle w barku mijają).

Bałam się tego dnia bo oczywiście zaczął się jak każdy ostatnio. Z jedną pozytywną różnicą: starszaki zamiast bezproduktywnie latać i marudzić zadawały różne ambitne pytania, np. skąd się wzięła Ziemia i takie tam. Puściłam im dokument i oglądali uważnie. Ja w tym czasie bez hardkoru położyłam Guciutka na poranną drzemkę. Gdy wróciłam, w ruch poszły książki edukacyjne i mieliśmy ok. 40 minut na ogarnięcie tematu, tego i kilku innych (co kocham w edukacji domowej ale co mnie osłabia momentami, to ta wielotorowość- nie ma dla nas czegoś takiego jak ,,zrealizowanie tematu” bez poruszenia dwudziestu innych). Poczułam że coś sensownego zostało zrobione i w związku z tym dużo lepiej.

Wczesnym popołudniem pojechaliśmy w czwórkę (dzieciaki plus wciąż jeszcze zgarbiona obolała matka) do Gucinej terapeutki (technika Bowena- ma na niego korzystny wpływ, polecam). Jest to dla nas podróż trzyetapowa- dwa pociągi i metro. Na czas ,,masażu” starszaki mają obowiązek grzecznie poczekać w salonie tej pani. Zawsze muszę ich w tym celu jakoś przekupić. Tym razem dostali soczki. Udało się! Nic nie rozpieprzyli i nie włazili do gabinetu! Punkt (kolejny!) dla mnie :D

Od terapeutki do starszakowej nauczycielki angielskiego (w duchu unschoolingu i RB- płacimy babeczce za możliwość bawienia się naszych dzieciaków u niej w domu z jej córeczką, ona ma jedynie do nich gadać co jakiś czas)- metro plus dwa pociągi (napomknę jedynie, że oczywiście co jakiś czas Guciutka trzeba jakoś karmić i wysikiwać). W międzyczasie park. Guciutek zalicza meltdown. Ja razem z nim ale staram się nie pokazać tego po sobie. Guciutek zasypia. Zostawiam dzieciaki na ,,lekcji” i idę na mrożoną kawę… Guciutek się budzi i chce pić moją kawę. E tam, i tak już czas wracania po dzieciaki…

Wracamy do domu (dwa autobusy) i okazuje się że Guciutek (normalne po Bowenie) ma lepszy nastrój. Śmieje się jak głupi na sam widok siostry lub brata. Jest miękki i szczęśliwy. W domu nie zajmuje mi dużo czasu położenie go do spania już na noc. Smażę naleśniki z mąki quinoowej :D Polewam agawą i serwuję z uśmiechem. Starszaki oglądają swoją wieczorną bajkę, po niej epatują pędem do wiedzy. Dzisiaj rządzi średniowiecze (Lila) i fenomen łaciny jako języka literackiego w Polsce (szukamy trenów Kochanowskiego, dzieci chcą bawić się z Orszulką. Słitaśnie). Potem Felek chce ćwiczyć czytanie (ćwiczy mimo zmęczenia 40 minut!!! Sam z siebie!!!), pomagam gdzie trzeba. Jestem spokojna. Zrelaksowana. Bark nie boli.

Po godzinie 22 dzieciaki same decydują się iść do łóżek. Zasypiają. Ja zasiadam do laptopa i jem kolację. Czuję się jak człowiek a nie osioł po tresurze i czyni mnie to niepomiernie szczęśliwą.

Ale i tak się boję następnego dnia bo kto powiedział, że będzie taki jak dzisiejszy? :D