Archiwa tagu: zabawa

Playgrupa dla bobasów

Pierwszy raz w życiu byłam dzisiaj z bobasem na playgrupie- z nim i tylko z nim- takiej dla bobasów, w salce przy kościele, z zabawkami dla bobasów, przekąskami dla bobasów i w ogóle wszystkim stworzonym, zaplanowanym i ułożonym z myślą o dzieciach do lat 4.

Bobas nadzwyczajnie dobrze się bawił. Miał moją stuprocentową uwagę (a ja jakiś wybuch introwertyzmu, nie podeszłam nawet do dawnej klientki którą wypatrzyłam kątem oka… tak bardzo chciałam tam być TYLKO z Guciem), co zapewne musiało mu się podobać, bo z reguły starszaki dominują przestrzeń, zarówno w domu, jak i na homeschoolingowych spędach. Miał zabawki, których nikt mu nie zabierał, nie to co w domu, gdzie ani kubkiem kawy, ani nawet telefonem spokojnie nie dadzą się ponapawać. Założyłam mu pieluchę bo nie chciało mi się latać z nim do toalety umiejscowionej na końcu długiego korytarza. Pełen luz. Już zapomniałam jak to jest być w otoczeniu samych bobasów. I zapomniałam jak to jest być w otoczeniu 50 matek tą jedyną karmiącą piersią. Kiedyś dawno temu, jak Felek i Lila byli takimi bobasami i mieszkaliśmy w Ashford, strasznie przejmowałam się tym, że nie ma wokół mnie innych gołych cycków niż mój własny… Krępowałam się karmić, próbowałam zrozumieć, chciałam naprawiać świat. Dzisiaj wiem, że ten świat nie potrzebuje naprawiania tylko trzeba trafić w dobre miejsce.

Playgrupa przy kościele to nie jest szczyt marzeń alternatywnego freaka, ale chyba osiągnęłam już taki etap, że mam to totalnie gdzieś i uważam, że warto wyskrobać funciaka, żeby przez 90 minut móc spokojnie obserwować szczęśliwe, suche, niezmarznięte i nieprzygaszone niemowlę, popijając kawę którą ktoś ci zrobi i przegryzając ciastko które ktoś ci poda. A przez kilka lat wydawało mi się, że już moje nogi na żadną ,,zwykłą” playgrupę nie zajdą… Tym bardziej cieszę się, że kolejnej szufladki z korzyścią dla siebie i dziecięcia się pozbyłam. A dziecię mam wyjątkowe pod względem aktywności… Śpi mi w dwóch setach po 20 minut, resztę dnia rozpieprza co się da… Latam z wywieszonym językiem jak pies po zawodach łapania frisbee… Z tym, że moje frisbee waży już pewnie z dychę i nie trzeba go rzucać, bo samo włazi na sufit, taranując przy okazji wszystko co leży mu na drodze. Tylko łapać trzeba a nie zawsze się zdąży. Tym psom jakoś z większą gracją to wychodzi niż mnie….

 

Na playgrupie

Wiele razy wspomniałam, że jeździmy na playgrupy homeschoolingowe i zdałam sobie sprawę, że dla niektórych brzmieć to może nieco enigmatycznie. Napiszę zatem w skrócie, jak wygląda nasza ulubiona, obecnie spotykająca się w piątki w godzinach 10.30- 15.00 w południowo- wschodnim Londynie… Po raz pierwszy trochę przypadkiem trafiłam tam prawie 2 lata temu i od tamtej pory sporo zmieniło się na lepsze, chociaż już wtedy było fajnie. Obecnie jednak jakość czasu tam jest na prawdę uskrzydlająco wysoka! 

No więc.

Grupa, o nazwie Play Project, to dzieło pewnej samotnej mamy dwóch córeczek. Jej kreatywność, determinacja i dar zjednywania sobie ludzi doprowadził do powstania miejsca do którego napływają co tydzień tłumy homeschoolersów z całego Londynu, a nawet okolic. Kilkadziesiąt rodzin przebywa na ogromnym, specjalnie wynajętym drewnianym placu zabaw (tzw. Adventure Playground) wyposażonym w kuchnię, tolatety i hol do grania w ping ponga, czytania czy po prostu schowania się w czasie deszczu. Jest gdzie nakarmić dziecko, zmienić pieluchę, zrobić sobie kawę czy podgrzać przyniesiony obiad (można też gotować, ale trochę szkoda na to czasu gdy wzywa chęć rozmowy z tymi wszystkimi niesamowitymi ludźmi a kuchnia jest mała!).

Wielu rodziców nieodpłatnie albo za grosze oferuje zajęcia, porozsiewane po różnych zakątkach obiektu. Marcinek nieraz pełnił funkcję strażnika ogniska, na którym nawet maleńkie dzieci mogły samodzielnie ugrilować sobie to i owo (z reguły pianki marshmallows :) ). Pod specjalnie rozłożonym namiotem odbywa się kurs szycia (Lila zachwycona), na boisku facet daje czadu przy muzyce porywając dzieciaki do fantastycznych zajęć ruchowych (chusta animacyjna, szalone tańce, hulahopy, wariactwo i piski, nie jakieś tam skakanie przez kozła w kolejce na ocenę). Czasami jest joga, czasami malowanie. Co komu akurat uda się zorganizować. Jedna z mam, też doula, zaprosiła nas na ,,zajęcia feministyczne” dla dziewczynek- Lila i jej koleżanki będą uczyć się o sławnych kobietach w historii świata.

Jednakże dzieci uczestniczące w zajęciach to niewielki procent. Większość po prostu buszuje przez te wszystkie godziny, przybiegając ,,do ludzi” tylko jak są głodne. Ja moich zupełnie nie widzę przez cały czas, sporadycznie Lila przyjdzie odwiedzić Gucia. I to jest w tym najpiękniejsze. Że nikt tych cudownych istot nie pilotuje. Nawet maluszki radzą sobie wspaniale na drabinkach, zjeżdżalniach i pajęczych sieciach, chociaż dopiero co nauczyły się chodzić. Nikt za nimi nie biega z obłędem w oczach, wymieniając wszystkie możliwe katastrofy jakie mogą się zdarzyć (bo spadniesz! bo zachorujesz! bo się pomoczysz!). Moja ulubienica, dwuletnia dziewczynka, bez względu na porę roku już w bramie obiektu ściąga buty i skarpety i rusza ekspolorować, głównie samotnie, brudząc się przy tym niemiłosiernie. Nigdy nie widziałam jej żeby płakala. Jej mama siedzi sobie spokojnie i pije herbatę, gadając z innymi (czasami widuję tatę, jak idzie z małą do toalety), po 4 godzinach po prostu następuje scalenie się rodziny (jest w niej jeszcze chłopiec) i wszyscy razem wracają do domu bez awantur, wyciągania na siłę, próśb i gróźb.

Zresztą naprawdę rzadko zdarza się żeby ktoś tam płakał i to jest akurat część wspólna wszystkich homeschoolingowych grup, jakie miałam przyjemność obserwować.

W tej piątkowej najbardziej lubię chwile, gdy siedzimy sobie w kółku w składzie np. pięciu matek i gadamy o tym i tamtym. Każda ma przy piersi ssaka, ssaki są w różnym wieku, od urodzenia do sześciu lat. Ssaki ssą a my gadamy nie zwracając uwagi że któremuś sutek z buzi wypadł albo zmienia je co minutę z prawego na lewy. PART OF LIFE! Komentować to byłoby jak marnować potencjał rozmowy na zauważenie faktu, że każda z nas ma po pięć palców u dłoni…

Lubię też to, że w przypadku wielu dzieci za Chiny nie jestem w stanie stwierdzić, czy to chłopiec czy dziewczynka bo dla wszystkich obowiązuje jedna stylówa: kolorowe ciuchy (różowe buty czy dres w kucyki pony u chłopaka nie jest niczym wyjątkowym), brudne jak cholera, niekiedy połatane, długie pokołtunione rozpuszczone włosy i czyste niewinne spojrzenia. To nie tak, że my, rodzice, robimy cokolwiek żeby nasze dzieci wyglądały podobnie. Po prostu nic nie robimy a to się jakoś tak dzieje że upodobniają się do siebie.

Patrzenie na szczęśliwe dzieci staje się moim nałogiem. Im bardziej w to wsiąkam, tym bardziej chcę wsiąkać dalej. Nie widzę już innej drogi dla naszej rodziny. Pociąg w jedną stronę. I serce rośnie, jak widzę, że jest w nim tych pokołtunionych dzieci coraz więcej.

 

Inspiracja, podziw

Typowy homeschoolingowy dzień za nami. 8 godzin poza domem, planetarium, plac zabaw, wyścig hulajnogowy, kanapki z humusem w piętrowym autobusie. Ból głowy matki (mnie) desperacko usiłującej odpowiadać na każde pytanie, reagować na każdą niedyspozycję, podawać bidon z wodą na czas.

A tu kolorowa rodzinka w parku. Mama, tata, bobo w nosidle, toddler pcha wózek, dwie małe dziewczynki mknące w podskokach w kierunku drewnianych drabinek. ,,Piękni”- myślę. Spacerek w godzinach szkolnych, a starsze dzieciaczki na outingu, to pewnie też ciągną homeschooling, jak ja matka pociągowa….

- Spójz na nogi tego pana- szepcze konspiracyjnie Lila starając się z całych sił nie pokazywać palcem. Tak. Zbyt zajęta byłam użalaniem się nad swoim bólem głowy, żeby dostrzec.

Tata nie miał nóg. To znaczy miał, ale sztuczne. Jak wiele się zdarzyło, ile musiał przejść dosłownie i w przenośni, by w ten dżdżysty lutowy dzień z taką radością na twarzy wybrać się z liczną rodzinką do parku?

Tak często wydaje nam się, że czegoś nie możemy. Że coś nas przerasta. Boli głowa, boli istnienie. Ale to nie tak. Nie jesteśmy stworzeni do tego, żeby się poddawać.

Fajnie, że mają tyle dzieci. Może więcej mądrych ludzi pójdzie kiedyś naprawiać ten świat.