Archiwa tagu: zajęcia dodatkowe

Lila do szkoły

   Złożyłam aplikację o miejsce w szkole dla Lilianny. Od dawna jęczy, że chce do szkoły, bo musi się nauczyć angielskiego. To jest konkretna dziewczyna. Ostatnio do północy potrafi siedzieć przy stoliczku maltretując kolorowanki i szlaczki. Twierdzi, że musi się dużo uczyć. Kilka dni temu skończyła cztery latka…

Kto wie, może po 2 dniach w szkole uzna że to jednak nie dla niej i wszystko wróci do normy :)

A może okaże się, że moja biedroneczka świetnie sobie radzi w systemowej edukacji a wszelkie utrudnienia ją motywują lub spływają po niej jak woda po kaczce? Pochylę wtedy głowę i pozwolę jej wybrać- jak zawsze wtedy gdy rzecz dotyczy moich dzieci, staram się być otwarta i chociaż nie zawsze zgadzam się z ich decyzjami, szanować ich słuszność. Nie będzie to dla mnie łatwa sytuacja- kilka razy w tygodniu jeździmy na całodzienne wycieczki, jesteśmy dyspozycyjni, ja mam swoje doulowe spotkania i coraz więcej doulowych zobowiązań- konieczność wczesnego wstawania, zaprowadzania i odbierania malucha o stałej porze przez 5 dni w tygodniu sprawi, że zarówno ja, jak i Felek staniemy przed nowym wyzwaniem… Czy czuję się na to gotowa? Nie wiem. Ale wierzę, że dziecku należy się możliwość dokonania wyboru czy chodzić do szkoły czy nie. Nawet jeśli rodzice nie są przekonani co do sensu publicznej edukacji. Nawet jeśli starszy brat konsekwentnie obstaje przy homeschoolingu…

Mamy wciąż rok na korzystanie z uroków ,,naszego” życia. Przez rok może się dużo zmienić. Przede wszystkim musimy wykombinować, co tu począć, żeby Lila zmieniła swoje preferencje odnośnie pory chodzenia spać. 23.30 to zdecydowanie nie czas na szlaczki i literki nawet najpilniejszej pięcioletniej uczennicy :)

Baby lotion i mąka ziemniaczana pozwalają zebrać myśli

Zrobię szybki update bo jakoś ostatnio pisanie regularne mi nie idzie. Kocham tego bloga, wiele mu zawdzięczam. Dzięki niemu poznałam przeogromne ilości fantastycznych ludzi. Nie chciałabym go zamykać ale czuję, że coś się wypaliło. Na pewno wypaliło się moje przemożne pragnienie by dzielić się każdym podmuchem uczucia, każdym bólem i każdym spacerem. I sama nie wiem, czy to dobrze czy źle.

Jestem inną mamą, niż wtedy, gdy zaczynałam pisać. Innym człowiekiem. Moje dzieci to nie pełzające pampersiaki i nie embriony, ale niezależne kilkulatki. Inaczej się z takimi pisze dzieciowego bloga. Inne są rozterki. Inne kropki nad ,,i”. I trzykropki w innych miejscach…

Ale czasami mnie najdzie, choćby dzisiaj. Felek niedługo wraca z Polski po krótkich wakacjach, mam więc tylko Lilę i wiele przemyśleń. Robimy razem dużo fajnych rzeczy ale mam też więcej przestrzeni tylko dla siebie. Nie wiem, czy wspominałam, że Lila nie chodzi jednak do przedszkola. Zrezygnowała po drugim dniu. Nigdzie się zatem nie musimy spieszyć ani denerwować. Jest całkiem miło. Dzisiaj kupiłam jej najtańszy balsam do smarowania dla niemowląt (nigdy bym tego nie użyła jako kosmetyku ale jako impuls twórczy posłużył doskonale) i dosypałyśmy mąki ziemniaczanej wg przepisu znalezionego niedawno w internecie. Wyszła przesuperaśna bielutka mięciutka masa, którą moja córcia bawiła się sama… prawie 2 godziny. Pomyślałam sobie, że warto się tym odkryciem podzielić, bo każdy pomysł na fajne zajęcie dziecka i zebranie w tym czasie własnych myśli może być w cenie, czyż nie? Dodatkowo łatwo się to sprząta.

Jakoś tak fajnie jest się mamą, gdy nie trzeba latać ani pochylać się ani nawet nic mówić a jednocześnie wie się, że dziecko bezpiecznie kreatywnie zajmuje się w odległości metra. Dla mnie szczególnie jest ważne to, by za bardzo nie dołączać do dziecięcych zabaw, gdyż w moim odczuciu ,,dorosły” pierwiastek zaburza prąd tej naturalnej rzeki dziecięcego rozwoju, odkrywczości, manualnej gorączki doświadczania, tarzania się, brudzenia i czyszczenia, sprawdzania i mazania. Fascynujące jest obserwować dzieci, które otrzymawszy farby czy inne artykuły do tworzenia mają pełną wolność i nikt nie sugeruje im co mają robić. Organizuję u siebie w domu co jakiś czas tego typu właśnie spotkania, maluchy mają pełne przyzwolenie na to, co zrobią z udostępnionymi materiałami. Ostatnio pewien czteroletni chłopiec wykąpał się w czarnej farbie (uprzednio rozbierając do majtek), którą rozlał na specjalnie do tego przygotowany stół- po prostu zalał ów stół farbą i położył się w tym. Potem jeździł na pupie. Radość, zaangażowanie, pomysłowość, konsekwencja, skupienie, ruch- tak często martwimy się, obserwując dzieci, że ich życiu brakuje tychże elementów. No jak to brakuje? To my odbieramy im motywację. Kontrolą i ,,podsuwaniem pomysłów”!…

Czuję się wolna gdy mogę dać wolność, kochana gdy mogę dać miłość, doceniona gdy doceniam i szczęśliwa gdy w jakikolwiek sposób mogę chociaż na chwilę uszczęśliwić. Baby Lotion i mąka ziemniaczana dały mi dziś ponownie trochę do myślenia na temat kształtu mojego macierzyństwa, kształtu kondycji duchowej mojej rodziny. I skojarzenia miałam miękkie, miłe w dotyku, plastyczne.

 

Balety

Moja córcia ma przyjaciółkę Maię. Maia ma 3 latka, jej mama jest Polką, cudowną kobietą, z którą ostatnio spędzamy relatywnie sporo czasu. Maia skradła serce Felkowi i otumaniła Lilę. Razem tworzą świetne trio, które tylko czasami generuje zbyt wiele decybeli- ale to chociaż oznacza, że wszyscy żyją.

Maia od kilku miesięcy chodzi na balet, więc Lila też chciała. Zapisałam Lilę wczoraj na balet a dzisiaj była z Maią na pierwszych zajęciach. Cudne, małe perełki podskakujące na paluszkach. Lila jest zachwycona baletem. Felek płakał podczas zajęć z baletu Lili, bo też chciał, ale te zajęcia były tylko do czterech lat a Felek ma już pięć i pół.

Jak Felek miał chodzić kilka miesięcy temu na balet, to był tylko dwa razy bo więcej nie chciał.

Wkrótce potem nie chciał chodzić do szkoły.

Lila 6 stycznia zaczyna przedszkole, bo Maia chodzi do przedszkola, więc i Lila nie popuściła. Niestety pójdzie do innego, ale nie przeszkadza jej to. Chce być duża, chce jeść lancz z dziećmi przy stoliku i mówić pani, że toilet jak zachce jej się siusiu. Z tego powodu chce iść do szkoły, jak będzie ,,jesce więksa”.

Jutro idziemy z Felinkiem do jednej sali gimnastycznej rozeznać się, czy są jakieś zajęcia dla takich starszaków. Bo Felek oglądał akrobacje na youtubie i powiedział, że by chciał tak. Tysiąc razy się upewniałam, czy on wie, o co prosi. Twierdzi, że wie. A ja jak ten Syzyf, niezmordowany prze lata, znowu omotana tą nitką nadziei pędzę na drugi koniec dzielnicy bo a nuż mój syn zechce coś robić, coś z kimś innym niż ja albo tata.

Zaciskam zęby, bo poniekąd wiem, skąd wzięły się te jego, nasze trudności i dlaczego dwoje naszych dzieci tak niewyobrażalnie się od siebie różni. Kocham każde bezwarunkowo już teraz, bo się tego wyuczyłam. Nie będę już nikogo do niczego zmuszać ani popychać. Jeśli Lila z własnej woli pójdzie do szkoły, zostanę z Felkiem i jakoś to będziemy dalej pchać.

Najtrudniejsze dla mnie jest to, że w takich chwilach (jak Lila na balecie i Felek z mokrymi oczami- ten potworny kontrast) boleśnie uderza mnie świadomość, dlaczego w ogóle moje dziecko nie chodzi do szkoły. Bo czasami niektórym się wydaje, że po prostu potrzebuję tematu do obgadywania na fejsie albo szukam aplauzu opowiadając o naszym ,,planie dnia” na internetowej konferencji. Sama zaczynam momentami w to wierzyć i wtedy czuję się wyjątkowo… Jednak prawda jest brutalna. Felek nie chodzi do szkoły nie dlatego, że jego matka jest nawiedzona i ma własne nauczycielskie zapędy oraz wizję przyszłości pierworodnego- lecz dlatego, że w żadnej z placówek nigdy się nie zaaklimatyzował. Cierpiał, chorował, płakał i prosił, żeby go nie zostawiać. Albo przestawał prosić. I wtedy jego zachowanie zmieniało się na makabryczne. Nie mogliśmy do niego dotrzeć, a kółko się zamykało.

I tak przez kilka lat. Przyszedł czas, by powiedzieć ,,dość”. Nie, nie stoimy w miejscu. Powoli toczymy przed siebie głaz i razem jest nam łatwiej. Lila nas wyprzedziła ale przecież to nie jej wina. Niech sobie tańczy, cudeńko.