Archiwa tagu: żłobek

Lila na sleep over

Lileczka pojechała dzisiaj do przyjaciółki na noc. Bez Felka. To jej trzecie podejście, dwa poprzednie zakończone wieczornym powrotem do domu- raz z mamą w nosidle, innym razem z tatą na barana :) Piszę o tym w związku z naszymi ostatnimi rodzinnymi wydarzeniami i sugestiami co niektórych, że trzymam dzieci za blisko siebie przez co są niesamodzielne i nie chcą nigdzie oddalać się od mamy (w domyśle: nadopiekuńcza ze mnie kwoka co tylko swoim kwoczeniem krzywdzi biedne dzieci :) )

A tu proszę: po spędzeniu prawie całego dnia ze swoją ukochaną Maią, Lila po prostu oznajmiła że chce na sleep over, bo i tak jutro mają razem jechać na homeschoolingową playgrupę (to fakt) więc mamie Mai będzie łatwiej (też fakt!). Ja prawie codziennie na postnatal job więc nie mam czasu własnymi nieukami się zajmować. Mama Mai nie zgłaszała pretensji więc ja w duchu zacieram ręce :) I co? Po kilku godzinach właśnie dostałam SMS-a , że dzieciaczki już słodko śpią, a Lila przed snem nawet aktywnie pouczestniczyła w rozmowie z tatą Mai który nie mówi po polsku- a to nowość- ale dzięki temu miesiącowi w szkole dziecko nagle zdolne do komunikcji internacjonalnej :)

Długie karmienie piersią, niechodzenie do żłobka, przedszkola, niechodzenie do szkoły. Wszystko o czym słyszałam, że produkuje niespołeczne dzieci uzależnione od znerwicowanej matki :) Wszystko to wyprodukowało mi odważne, radosne, towarzyskie, ciekawe świata dziecko. Które po prostu nie lubi się nudzić i wyraża swój zdecydowany protest przeciwko czemuś co kłóci się z jego jestestwem. A teraz jeszcze gada po angielsku!

Raj homeschoolingowy

W ostatnią sobotę, na spotkaniu polskiej grupy The Positive Birth Movement zupełnie przypadkiem (chociaż ja to już przestałam wierzyć w przypadki!) pojawiły się nowe buzie. Jedna z nich należała do Kasi, mamy 11- letniego chłopca, który od 5 lat nie chodzi do żadnej szkoły. Chyba nie muszę mówić, że szybko znalazłyśmy wspólny język :) Kasia powiedziała nam o mnóstwie rzeczy do roboty w jej okolicy, która nie jest jakoś przesadnie oddalona od naszej. I tak oto dzisiaj, wraz z dwiema jeszcze innymi Mamami, które poznałam dzięki The Positive Birth Movement oraz Attachment Parenting Grup, poszłyśmy razem na Home Education Group z prawdziwego zdarzenia! Dzieciaki w wieku 2-13 miały do dyspozycji POTĘŻNY kilkupiętrowy drewniany plac zabaw, pełen lin, labiryntów, schodów i tajemnych przejść, do tego salkę z ping pongiem i bilardem, toalety, kuchnię, ławki, stoliki i świnki morskie do karmienia (przydały się Liluni).

Nie poznawałam oczywiście własnego dziecka. Felitek od razu dołączył do syna Kasi i reszty chłopaków i latał z nimi przez prawie 3 godziny jak opętany. Kilka stopni na plusie a towarzystwo na t-shirtach- aż miło popatrzeć na te rumieńce. Dostrzegłam coś, czego już dawno w spojrzeniu mojego synka nie widziałam- pewność siebie. Dostrzegłam to, gdy wypatrywałam go w drewnianych czeluściach i udało mi się, mignął mi w pogoni/ ucieczce a za nim/ przed nim kilku starszych chłopców. Spojrzał na mnie przez sekundę a jego twarz rozświetlił uśmiech. Potem dostrzegłam to znowu, gdy stał kilka metrów nad ziemią i pomachał mi rączką. To zdecydowanie inna osoba, niż ta, która prowadzana przez kilka lat jak baranek na powtarzającą się rzeź traciła zainteresowanie jakimkolwiek rozwojem, jakąkolwiek relacją. Odzyskuję go. Wraca do mnie to, co sama zaprzepaściłam oddając maleństwo do żłobka, unieszczęśliwiając je, zgadzając się na zerwanie nici. Mam wiele na swoje usprawiedliwienie, ale nie ma to już teraz znaczenia. Mam siłę przyznać się do błędu i walczyć o nową normalność dla swojego dziecka.

Wyluzowane dzieci, wyluzowani rodzice. Niezwykle sympatyczne dziewczynki w wieku 12-13 lat w podartych rajstopach i zielonych włosach. O ironio, nasz plac zabaw sąsiadował ze szkolnym podwórkiem. Na które dzieci wychodziły na gwizdek czy inny znak i na takowy wracają po niedługiej chwili w mury szkolne, pod dach, w rzeczywistość sztucznego oświetlenia i zamkniętych drzwi mimo pięknej pogody. Nigdy więcej gwizdków w życiu moich dzieci. Nie wyobrażam sobie, żeby na cokolwiek przez płot musiały patrzeć tak smutnymi oczami jak te dzieci które dziś widzieliśmy ,,poza” naszym małym chwilowym homeschoolingowym rajem.

Felitek zachwycony totalnie, wrócił jak po jakimś duchowym detoksie. To nie tak, że na co dzień nie ma towarzystwa, bo je ma nawet i w nadmiarze, ale może nie zawsze takie jakie on sobie życzy. A życzy sobie konkretnie chłopców, najlepiej starszych. Którzy nie będą go jednak traktować (co często zdarza się w szkołach) jako młodszego, bezużytecznego smarkacza, nad którym można się jedynie popastwić dla zabawy. Mój synek był dzisiaj pełnoprawnym uczestnikiem zabawy, na temat reguł której my, dorośli, nie mieliśmy pojęcia i to było piękne. Serce topniało widząc, jak te wielkie chłopaki nosiły maluchy na rękach, wykazywały wobec nich pełną wyrozumiałość. Coś wspaniałego.

TO jest Londyn, który kocham. Miejsce, w którym czuję, że nasz alternatywny bądź co bądź styl życia nie jest traktowany jak lądowanie UFO ale pełnoprawna, zasługująca chociażby na szacunek opcja. Miejsce, w którym ZAWSZE znajdziemy kogoś, kto myśli i postępuje podobnie. Metropolia, w podziemiach której budujemy swoje wioski. Na razie tylko w przenośni ale kto wie co przyniesie czas? :)

 

 

Ząbki

Felkowi wypadł 3 dni temu pierwszy mleczak. Akurat byłam na cyckowym szkoleniu i dostałam SMS-a, który wybił mnie z rytmu… Myślami wróciłam do domu i jego chaosu chociaż tak usilnie planowałam tego dnia tego nie robić!

No więc pierwszy mleczak, dolna jedynka, a miejscu której już rośnie nowa.

Tak czekamy na te zęby gdy nasze dzieci reprezentują sobą tylko bezbronne niemowlęctwo. Mleczny okres, miękkie nagie dziąsełka, które na pewnym etapie czerwienią się boleśnie i napawają niepokojem i ekscytacją rodziców od pokoleń.

ZĄB!!!- obwieszczamy radośnie i z ulgą gdy po 4 nocach nieprzerwanego płaczu, bywa, że gorączki czy nawet wymiotów, zaburzeń snu i apetytu wśród czerwonych poduszeczek pojawia się biała smużka.

,,Ząbkowanie”- to hasło mówi wszystko. Mama wygląda jak zombie, tata spóźnia się do pracy, ciocie kiwają głowami ze współczuciem. Wiadomo. Ale przynajmniej każdy gorszy nastrój u kogokolwiek można zrzucić na ząbkowanie i wszyscy wybaczą!

Już zdążyłam zapomnieć jak to jest mierzyć się z ząbkowaniem, a tu proszę- kolejny dylemat, refleksja, zaduma. Moje dziecko dorasta. Już nie jest okrągłym bobaskiem ale niemal sześcioletnim młodzieńcem. Według ludzkiej biologii właśnie teraz, przy okazji wymiany ząbków staje się gotowy do separacji z mamą, bardziej niezależnego społecznego życia. Nie chcę drążyć tematu dramatycznego przyspieszania nadejścia tego etapu w życiu dzieci w zachodniej cywilizacji, bo wybaczyłam sobie już zarówno przedwczesne odstawienie mojego synka od piersi, jak i kombinowanie ze żłobkami, przedszkolami itd. Nie potrzebowaliśmy tego… Ale może właśnie tak? Taka była nasza droga i jeszcze nie nadszedł jej kres. Z głową podniesioną kroczymy dalej jako pewna siebie rodzina, pełna miłości i coraz większej świadomości.

Każdy popełnia błędy. Sztuką jest coś z nich wynieść i zaświadczyć: wiem, dokąd prowadzą te koleiny. Bez zniechęcania innych do wyboru tej czy innej ścieżki, bez namawiania do podążania utartą bądź zupełnie zarośniętą drogą. Każdy ma swój czas.

Mój synek jest coraz starszy i ja uczę się z tym żyć. Piszę tego bloga już równo 5 lat. Każdy ma swój czas.