Archiwa tagu: żłobek

Pani fryzjerka

Serce chce rosnąć gdy oczy widzą, jak świat wraca do swoich starych prawideł. To znaczy nie wiem, czy świat, ale zaciera się granica między tym, co określamy jako ,,mainstream” i tym, co zwykliśmy nazywać alternatywą. W zwykłym zakładzie fryzjerskim pani obsługuje klientki z około roczną córcią (w misternie splecionych warkoczykach) w chuście na plecach.

Może nie miała co z nią zrobić, a może nie chciała się jej pozbywać, jednocześnie mając świadomość, że rynek pracy i utrzymanie się w takim mieście jak Londyn potrafią być bezwzględne? Najważniejsze, że MOGŁA. Mogła to pogodzić. Czasami chcę krzyknąć, że wszystkie możemy, czasami chce mi się płakać nad kolejną niesprawiedliwą historią, jak np. wczoraj, na spotkaniu LLL, gdy jedna z mam, z siedmiomiesięcznym chłopcem szukała porady w kwestii karmienia odciągniętym mlekiem malucha w żłobku. Głos jej się łamał, bo dziecko żłobka nienawidzi. Ale tak trudno znaleźć tu jakiekolwiek słowa.

Serce jednak chce rosnąć i rośnie, bo zmieniamy się jako społeczność. Jeszcze daleko mamy do ideału i pewnie już go nie osiągniemy, lecz sam proces tych zmian jest wspaniały i budujący. Tak wiele od nas zależy. Musimy w to uwierzyć :)

Porażka przedszkolna again

Felek zaczął dziś płakać już w połowie drogi do przedszkola. Najpierw pojękiwał, potem popłakiwał, jak weszliśmy do budynku, zaczęło padać, a ten w ryk, że zmokniemy. Przecież będziesz w przedszkolu, to nie zmokniesz, ale ty nie idź do domku, bo zmokniecie z Lilą, nie synku, ja sobie tam coś szybko kupię w tym sklepie z ubraniami co sobie zawsze jakąś zabaweczkę kupujesz (dla nieuświadomionych- megatani lumpeks koło przedszkola) i nie zmoknę, buuuuu. Jak do ściany a serce w kawałkach.

Czuję, że gdzieś nawaliłam. Że zbyt słabo tłumiłam moją niechęć do wszelakich placówek edukacyjno- opiekuńczych i synek po prostu nie uwierzył mi, gdy zachwalałam mu to zasrane przedszkole. Chociaż predyspozycji do wiary w takie bzdury nie ma. Nigdy nie zaaklimatyzował się do końca w żłobku (chodził 8 miesięcy), teraz już prawie 9 miesięcy w przedszkolu i jest to samo, chociaż jest dużo starszy. Raz jest lepiej, raz gorzej, ale generalnie daleko mu do dzieci fikających po suficie ze szczęścia, że mają iść do przedszkola, a znam takie i wcale nie mało. I pochodzą z normalnych domów, a nie jakichś patologii, co do których wiadomo, że każde otoczenie jest sto razy lepsze. Ja się Felka pytam: ,,Co właściwie sprawia, że nie lubisz przedszkola?” i zawsze uzyskuję tę samą odpowiedź: ,,Nie ma tam mamusi”. A mnie nerwica bierze. Nie na dziecko. Na siebie. Bo to może być moja wina i mam do siebie o to pretensje. Bo możliwe, że przekazując komunikat o tym, że zawsze będę grać z nim w jednej lidze, niechcący przekazałam też taki, że jest z kim walczyć. I wszędzie, gdzie mnie nie ma, jest niebezpiecznie. Nie, nie taki był mój cel… Jeśli to osiągnęłam, to poniosłam mega, megasromotną porażkę.

W przedszkolu to już wył jak zarzynany. Ani plastelina, ani zabawki… Jak na ścięcie. Nic nie pomagają rozmowy o tym, że warto bawić się choćby samemu a wtedy inne dzieci się przyłączą; o jego koleżankach, które ostatnio poznał, a widziałam, że biegał z jedną za rączkę; o tym, że TAK NA PEWNO PRZYJDĘ i ŻADNI OBCY LUDZIE MNIE NIE UKRADNĄ- dżizas, nie wiem, skąd mu się to wzięło, ale powtarzane przez łzy po stokroć pytania typu ,,psyjdzies po mnie?”, ,,nikt cię nie zabieze?” doprowadzają mnie do szału, względnie do łez. Podobnie jak miliard razy składane tkliwe podziękowania za to, że go odebrałam… Powtarzam, nie jestem zła na dziecko tylko na siebie. Dla równowagi, omijanie tematu czyli normalnie wstanie, śniadanie i pójście do przedszkola także nic nie daje, wierzcie mi, że próbowałam już na prawdę wszystkiego. Nie wiem, co robić, mówić. We wrześniu idzie do szkoły na kilka godzin dziennie, znowu nowe otoczenie, dzieci, panie i myśl o tym, że mamy to przechodzić przez kolejne czort wie ile miesięcy, a może kurna lat, mnie dobija. I znowu to powiem, nienawidzę tych naszych zasranych norm kulturowych, które separują dzieci od rodziców, w dodatku w imię idei, w którą ci rodzice (ani dzieci) nie wierzą ani trochę. No, kończę, bo Lila piszczy, chora jest a muszę ją ciągać po jakichś przedszkolach. WRRRR :/



,,Nie mam w tym zabawy”

Nie chciałam pisać w wirze emocji. Położyłam maluchy na drzemkę, zrobiłam sobie kawę, wyprzeklinałam się w myślach na swój i mojego syneczka beznadziejny los. Ale i tak nie mogę na spokojnie… Wszystkim, którzy mnie pocieszali i wyrażali pewność, że będzie dobrze, dziękuję za wsparcie ale z przykrością zawiadamiam: nie mieliście racji. Bite pół godziny Felek darł się jak zarzynany obezwładniającym piskiem. W zasadzie ten wpis powinien być podzielony na 3 części. I tak zrobię.

1. Przed

Felonek nie zdradzał oznak zdenerwowania, był tylko od wczoraj bezbrzeżnie smutny, bo tata wyjątkowo nocował u cioci Krystyny. Wciąż się o niego pytał, podlatywał do okna, gdy słyszał samochód a do drzwi, gdy coś szurało na klatce schodowej. ,,Tatuś wlócił!”- mówił z wielkimi oczami. Mówiłam mu o przedszkolu, nie podejmował tematu, nie potwierdzał i nie zaprzeczał. Raz nawet wspomniał jakieś puzzle, które w środę w  przedszkolu układał. Byliśmy 15 minut wcześniej, więc zaproponowałam mu jeszcze kilka minut zabawy koło budynku. Przy okazji, jako że tym razem smoczka nie zapomniał, powiedziałam od niechcenia, że gdy będzie chciał coś  w przedszkolu mówić, niech wyjmuje smoczek z buzi, bo utrudnia on wyraźne mówienie. Bez zakłopotania mój synuś schował smoczek do wózkowego kosza. Pomyślałam: ..Dobra nasza!”. Chwilę pobiegał i sam orzekł, że już chce do przedszkola. No to poszliśmy. W korytarzu radosny, brykał, łapał co się dało. Przyszła po nas pani. Uzgodniłyśmy co i jak, robimy sobie pa pa. Już widzę, że trzęsie mu się broda, ale zdecydowałam się wyjść. Dlaczego? Dobre pytanie. Bo jestem upośledzona? Bo nie chciałam skupiać na sobie uwagi dzieci pań, latając za Lileczką, która w pół godziny zeżarłaby wszystkie przybory plastyczne i dziecięce rysunki oraz urządziła przemeblowanie? BO ZNAM FELKA I ZBYT DOBRZE WIEM, ŻE MOJA OBECNOŚĆ TAM PRZEZ JAKIKOLWIEK CZAS NIE ZMIENIŁABY JEGO REAKCJI NA MOJE WYJŚCIE ale jak zwykle łudziłam się, że może tym razem będzie tak jak w postach znajomych na fejsie? A czemu by niby miało być? Bo jest coraz starszy?- jak sugerował Marcinek, gdy wspominałam koszmar jego ,,aklimatyzacji” w żłobku. Tak, to było prawie 2 lata temu. Więc wiek nie ma tu nic do rzeczy. Język? Przed wyjazdem chodziłam z nim przez prawie 2 miesiące na angielski w przedszkolu polskim. Każdy angielski u mnie na kolanach. Nie zdradzał chęci nawiązania kontaktu z dziećmi, zabawy. Byłam tam jedynym rodzicem. A on jedynym dzieckiem z twarzą schowaną w dłonie, gdy pani ośmielała się do niego odezwać… Więc czego ja się spodziewałam? Dlaczego znów zawierzyłam historyjkom o tym, jak Bartuś/Darek/Daria/Igorek/Wiesia z rozkoszą pędzą do przedszkola, jedzą tam obiady i mają swoje ulubione dzieci, panie, zabawki? O tym, jak Natalka po tygodniu w angielskim Felek nie miał zabawy w półgodzinnym pobycie w przedszkolu beze mnie. Dlaczego z nim nie zostałam? Przecież mogłam. Boże, nie chciałam pisać w wirze emocji, położyłam przedszkolu gadała tylko po angielsku i płakała przy powrotach, że nie chce do domu? Jestem żałosna, ale o tym później.

2. Po

Pani powiedziała, że za szybko trochę, by zaczął zostawać na trzy godziny. Że w poniedziałek mam go przyprowadzić na godzinę. Spytałam, czy godzina ryku nie wybije ich z rytmu. Pani z uśmiechem odparła, że nie on jedyny tak się zachowuje i są przyzwyczajone. Ale w poniedziałek trochę z nim jednak posiedzę. Też nie wiem, po co, ale posiedzę. Chyba po to, żeby mi potem nikt nie zarzucał, że nie wykorzystałam wszystkich sposobów. To moja sprawdzona metoda. Wiem, że mam rację, ale czasami to udowadniam, jak mi się chce, żeby uciąć uparte gadanie ludzi uważających, że wiedzą wszystko najlepiej a psychologia dziecięca to zbiór prostych wzorów pasujących do każdego od początków ludzkości. Oto urywki naszych rozmów już po tych cudnych trzydziestu minutach (zaznaczam, że wypowiedzi Felka zaczynające każdy fragment były spontaniczne, nie były odpowiedziami na żadne moje pytania):

- Płakałem, bo nie chciałem być tam sam. Chciałem, zebyś ze mną była. Wstydziłem się. – Kochanie, ja też się zawsze wstydzę gdy sytuacja jest dla mnie nowa i idę  jakieś nowe miejsce. To nic złego. Widziałeś dzieci, które tam były? Wszystkie bez rodziców, prawda?- Wstydziłem się dzieci, bo chciałem mówić po polsku a one coś gadały po angielsku.- A wiesz, że tam są dzieci, które mówią po polsku? Czy chciałbyś z nimi rozmawiać następnym razem?- Tak.- To poprosimy panią, żeby cię poznała z tymi dziećmi, dobrze?- Tak.- I nie będziesz się wstydził tak mocno?- Nie.

- Nie bawiłem się tylko płakałem cały cas. – A czy inne dzieci też płakały?- Nie. Jedno tylko dziecko płakało. – Felek czy jakieś inne?- Jakieś inne. – Pewnie też tęskniło za mamą, co?- Tak.- Tak to już jest, dzieci tęsknią w przedszkolu za rodzicami, a w tym czasie rodzice tęsknią za dziećmi. Ale jak się ma trzy latka, to się chodzi do przedszkola, Maksio też w Rumi chodzi, wiesz?- Tak. Chcę z Maksiem chodzić do psedskola.- To niemożliwe, bo on jest w Polsce,a my w Anglii. – Chcę z Lilką.- Ona jest jeszcze za malutka. (i tak dalej….)

- Ja też za tobą tęskniłam. Ale byłam dzielna. Będziemy następnym razem dzielni? (jego ożywienie, troska  głosie)- Tak, ja będę tam z paniami, a potem po ciebie psyjdę.

- Za trzy dni też pójdziemy do przedszkola? Ty pójdziesz do dzieci a ja z Lilką zaczekam tam za drzwiami na tych krzesełkach? (był tam kącik dla maluszków i kawiarnia)- Ja tes tam będę z wami.- Ty kochanie pójdziesz do przedszkola na troszkę. (grymas rozpaczy)- Nie! Nie zlobimy tak. Nie mam w tym zabawy!

ITD, ITP………………………. Generalnie stanęło na tym, że  poniedziałek (za trzy dni) pójdziemy znowu do przedszkola ale konfiguracja nie została ustalona, w każdym razie obiecałam mu że pani będzie z nim układać układankę z owocami, która tak bardzo mu się podobała i na pewno panią o wyjęcie tego ustrojstwa poproszę. Na wieść o owocoych puzzlach, Felek zaczął wymieniać, jakie tam były owoce i trochę na sekundę humor mu się poprawił. W domu nie miał siły jeść ani się bawić. Nie było nawet 13.00 a padł na materac i zasnął wtulony w skarpetkę Lileczki i moją rękę.

3. Co ja czuję?

Czy muszę coś jeszcze pisać na ten temat? Czuję się jak w jakimś koszmarze, jak mucha w pajęczynie, bez szans na ratunek, bo co mam niby zrobić? Nie posyłać go? Za rok do szkoły, przez rok on się nie zmieni, a sorry, szkoła jest obowiązkowa, nie będzie możliwości przyłażenia se z mamą na pół godziny aklimatyzacji przez miesiąc. Nienawidzę cywilizacji zachodniej za to odrywanie dzieci od matek, jakieś zasrane zasady, praca zawodowa, rozwój osobisty, wolny wybór! Wybór? Jeśli mieści się w mainstream’ie, to jak najbardziej. Jak masz to wszystko w d…, to nie masz żadnego wyboru. Ani tu lepiej, ani gorzej, bo w Polsce owszem, mogłabym go jeszcze potrzymać z rok, ale za to nie pracując umarlibyśmy z głodu, a tu rok go jeszcze potrzymać nie mogę, za to stać nas na życie przynajmniej częściowo takie, jakie byśmy chcieli… Jezu, ja jeszcze 2 dni temu o jakiejś pracy myślałam, dziś już nie myślę, bo nie wyobrażam sobie zostawić Felka na dłużej niż te 3 godziny, zakładając że w ogóle kiedyś na 3 godziny zostanie. I już proszę, nie piszcie mi, że ,,wszystkie dzieci muszą przez to przejść”, bo to, że coś jest niby normalne, wcale nie oznacza, że jest dobre dla wszystkich. Dziś na poważnie zaczęłam się zastanawiać nad edukacją domową dla Felka, myślę, że na poziomie podstawówki dałabym spokojnie radę. Marcinek jest temu stanowczo przeciwny i ja go rozumiem, ale liczę na to, że jak spojrzy na Felka po jakimś czasie jego ,,chodzenia do przedszkola” albo i tej całej angielskiej szkoły, a nic się nie zmieni, też nie będzie chciał poświęcać własnego dziecka w imię czegoś tam. Bo jak w końcu do Polski wrócimy, przecież będzie jezszcze gorzej- tu podejście do dziecka, do człowieka jest trochę inne, niż w naszej ojczyźnie a myśl o tym, że znowu przyjdzie mi narażać na taki szok moje ukochane dziecko, wywołuje we mnie autentyczny odruch wymiotny. Nie pocieszajcie mnie. Mam ochotę wyć do księżyca albo upić się w trupa! Nie było ani fajnie, ani nic nie idzie ku dobremu i w dupie mam teorie, że to ,,normalne”. I że niby Felek ,,sobie poradzi”… Nie radzi sobie od dawna, ja nie potrafię mu pomóc, tzn. pomagam będąc z nim, ale gdy nie mogę- jest i będzie masakra. Aż nie wiem, co pisać, bo tylko przekleństwa mam w głowie, a szanuję moich Czytelników. I na tym dlatego zakończę, relacja zdana.